Mieszkaniec Józefowa przebiegł Saharę i chce to powtórzyć!

Osiem lat temu DARIUSZ WOJDA podjął decyzję, że chce zmienić swoje życie. – Byłem po prostu gruby i coraz bardziej mi to przeszkadzało. Postanowiłem to zmienić i zacząłem biegać – mówi 46-latek. Na początku były biegi na średnim dystansie, ale potem przyszedł czas na trudniejsze wyzwania – starty w maratonach i ultramaratonach, gdzie do pokonania jest ponad sto kilometrów. W ubiegłym roku mieszkaniec Józefowa postanowił przebiec Saharę. Teraz wraz z grupą znajomych biegaczy chce powtórzyć ten wyczyn w szczytnym celu.

MARCIN SULIGA

Tegoroczny start w biegu Ultra Mirage, który odbywa się na Saharze, nie będzie pana debiutem. Ten nastąpił już w ubiegłym roku.
– Debiut był dokładnie rok temu. Po startach w różnych częściach Polski i świata wpadł mi do głowy dość absurdalny pomysł, żeby wziąć udział w biegu na Saharze. Mówię „absurdalny pomysł”, bo tak naprawdę w naszych warunkach trudno przygotować się do takiego zadania. U nas jest gorąco, ale nie tak jak tam. To było wyzwanie, które chciałem podjąć: ponad 100 kilometrów biegu po piachu, w pełnym słońcu, z ograniczonym dostępem do wody, a do tego limit czasowy wynoszący 20 godzin. To było coś, czego chciałem spróbować.

Poprzednim razem pan i Piotr Rogórz byliście jedynymi Polakami, którzy stanęli na starcie tej imprezy.
– Tak naprawdę wszystko zaczęło się od Piotra, bo to on powiedział mi o tym biegu. Na początku trochę się wahałem, ale ostatecznie potraktowałem to jako przygodę i wyzwanie. Pojechaliśmy tam we dwóch, ale nie biegliśmy razem. Próba trzymania się w grupie czy parze – w warunkach panujących na pustyni – może bardzo pokarać. Trzeba biec własnym tempem, na miarę swoich możliwości. Trzeba porzucić pomysł wspierania się na trasie, bo niestety to może zakończyć się katastrofą. Decyzja, aby wziąć udział w tej imprezie, była też podyktowana pokusą: do tamtego czasu żaden Polak nie przebiegł 100 km po Saharze w ciągu jednej doby. Zakiełkowała myśl, zostać się tym pierwszym.

Co pana najbardziej zaskoczyło podczas ubiegłorocznego startu?
– Zdecydowanie temperatura sięgająca 42 stopni i płyny, którymi gasiłem pragnienie. Były w temperaturze otoczenia, więc woda czy cola były po prostu gorące. Niby jest to oczywiste, ale mimo wszystko, dopóki się tego nie spróbuje, trudno to sobie wyobrazić. Temperatura jest ekstremalnie wysoka i wyjątkowo niebezpieczna. Słońce jest bardzo nisko, dużo niżej niż w Polsce, przez to jest wrażenie dosłownie smażenia. Wystarczy pięć minut, żeby człowieka opuścił cały zapas sił. Możesz czuć się świetnie, a za chwilę paść i nie mieć siły nawet podnieść ręki. To jest niezwykłe i – powtórzę się
– niebezpieczne doznanie dla organizmu. Biegnie się na granicy wytrzymałości…
To zupełnie inne bieganie. Starty w ultramaratonach – takich jak choćby Bieg Rzeźnika – skutkują przede wszystkim zmęczeniem. Kiedy biegniesz, wiesz, że na 50 czy 60 kilometrze może dopaść cię kryzys. Na Saharze może on przyjść w każdej chwili i być na tyle poważny, że niektórzy potrzebują dodatkowej pomocy.

Statystyki tego biegu pokazują, co może się dziać. Do mety nie dociera blisko jedna trzecia biegaczy. Startując w ubiegłym roku, pewnie spotkał pan na trasie wielu zawodników, którzy nie byli w stanie zrobić kroku dalej i mówili sobie „dość”.
– W ubiegłym roku do mety nie dobiegło 51 ze 169 startujących. Wielu z nich faktycznie mijałem po drodze i powiedzenie, że mieli dość, to w tym przypadku łagodne stwierdzenie. Proszę sobie wyobrazić, że traci pan siły podczas takiego biegu. Dookoła bezmiar piachu, w zasięgu wzroku ani jednego miejsca, gdzie można by się napić lub schować w cień. Do tego jeszcze trudno jest usiąść, bo temperatura piasku na to nie pozwala. Człowiek staje się całkowicie bezsilny…
Kiedy biegłem za pierwszym razem, ani na chwilę nie zdjąłem czapki, bo bałem się, że to będące bardzo nisko słońce rozbije również mnie, że – mówiąc kolokwialnie – wypali mi mózg. To jest taka skala…

Tak jak pan mówił wcześniej, w Polsce trudno jest się przygotować do takiego ekstremalnego biegu, ale w jakiś sposób jednak trzeba to zrobić. Czym charakteryzują się treningi do maratonu, by przetrwać na Saharze?
– Jest trudno, ale można sobie pomóc. Takim niezbędnym treningiem jest truchtanie w… saunie. Zazwyczaj ustawiamy temperaturę na 60 stopni i zaczynamy wolny bieg. Jesteśmy tam do osiągnięcia granicy wytrzymałości. Ja tak zaczynałem swoje przygotowania i podobnie teraz robią moi koledzy i koleżanka, którzy chcą wystartować w tym roku. Ich pierwsze zajęcia w saunie trwały na początku zaledwie 20 minut, ale teraz już mocno przesunęli tę granicę. Myślę, że z każdym takim treningiem rośnie świadomość tego, co może ich czekać, bo widzę, jaka bezsilność czasem dopada ich w trakcie treningu. Oni wiedzą, że teraz mogą jeszcze otworzyć drzwi sauny i uciec w chłodne miejsce lub pod prysznic, a tam takich możliwości nie będzie. Słońce jest najgorszym przeciwnikiem, który jak wytrawny bokser po jednym dobrym ciosie poluje na kolejny, by położyć rywala na deskach. Pocałunek słońca może być w tym przypadku przeklęty. Dlatego musimy w miarę możliwości optymalnie przygotować się do tego wyzwania.

Wiedząc, jak to wszystko wygląda i z jakimi warunkami będziecie się mierzyć, nie ma pan żadnych obaw?
– W ubiegłym roku ten kryzys i stan przedudarowy dopadł mnie na 55-60 kilometrze. Ciało osłabło, pojawiły się dreszcze… Na szczęście udało mi się wyrównać i kontynuować bieg. Poprzednio do startu na Saharze przygotowywałem się w saunie półtora miesiąca przed biegiem. Teraz, znając realia i będąc bogatszy o pewną wiedzę, rozpocząłem treningi już trzy miesiące przed wyjazdem. Nie chcę zostawić najwęższego marginesu na błędy i na to, że na miejscu mogę mieć jakiekolwiek problemy. Zresztą ja już teraz widzę pierwsze korzyści. Mamy falę upałów, a mnie to nie przeszkadza w odbyciu normalnego treningu. Podczas gdy większość biegających czeka na późne popołudnie, ja swobodnie realizuję swoje założenia.

Jak wygląda logistycznie cały bieg? Jak wyznaczona jest trasa? Kto czuwa nad bezpieczeństwem zawodników?
– Jak wiadomo, nie jest to zbyt spokojny region, więc ze względu na zagrożenie terrorystyczne trasa biegu podawana jest dopiero na dwa dni przed samym startem. Trasę zabezpieczają służby medyczne i kawaleria wojskowa. Każdy ma ją wgrywaną w zegarek czy nawigację. Dodatkowo są oznaczenia na szlaku. Co 500 metrów umieszczane są specjalne worki, które pozwalają utrzymać odpowiedni kurs. Dodatkowo każdy z zawodników otrzymuje specjalny lokalizator GPS, dostajemy też pakiet informacji ratunkowych. Wiadomo, że bieg odbywa się na dużym obszarze i trudno jest zabezpieczyć każdy kilometr. Zawodnik musi mieć pewność, że pomoc może dotrzeć w ciągu kilku czy kilkunastu minut, i wiedzieć, co robić przez ten czas.

Dotarciu na metę muszą towarzyszyć trudne do opisania emocje.
– Faktycznie, nie da się tego opisać. Przez cały dzień człowiek zmaga się z ogromnymi przeciążeniami dla organizmu. Był moment, że naprawdę niewiele brakowało, abym bardzo źle skończył ten bieg, bo przegrzanie organizmu było już na granicy udaru. Gdyby nie udało mi się wyrównać… Potem przychodzi zmierzch i ma się nadzieję, że będzie lepiej, ale temperatura spada do zaledwie 28 stopni, więc organizm nie ma możliwości się wychłodzić.

Na 40 kilometrze wyprzedziłem Piotra i wiedziałem, że mam szansę jako pierwszy Polak dobiec do mety tej imprezy i jednocześnie zostać pierwszym Polakiem w historii, który zrobi 100 kilometrów po Saharze w jedną dobę. Ta myśl była bardzo krzepiąca na ostatnich kilometrach trasy. Gdy wbiegasz na metę i dociera do ciebie, że to już koniec, że więcej nie trzeba biec, następuje prawdziwa euforia i eksplozja radości. Dopiero potem przychodzi refleksja i satysfakcja, że udało się ukończyć bieg, który nie jest przeznaczony dla wszystkich. Gdyby tak było, na starcie pojawiałyby się tłumy, a zazwyczaj jest to zaledwie kilkadziesiąt zawodników z całego świata. Dodatkowo przekroczenie mety z rozwiniętą polską flagą dało mi niespotykane dotąd uniesienie, taką narodową dumę.

Rok temu biegł pan z przesłaniem i zamiarem zebrania pieniędzy na
budowę studni w Sudanie Południowym. W tym roku ekipie Polish Wings również będzie przyświecał cel charytatywny. Chcecie pomóc paraolimpijczykowi Jackowi Gaworskiemu.
– Tworząc Polish Wings, zaproponowałem udział bliskim znajomym, którzy mają za sobą doświadczenia biegowe i będą chcieli podjąć się ze mną wygrania Ultra Mirage zespołowo. Karolina Warchulska, Krzysiek Talarczyk, Piotr Błoński, Kazik Zawiślak, Zenek Olszak i ja – to skład, który powalczy w tym roku o prymat w imprezie.
– Polish Wings to pomysł na drużynę z założeniem, by wygrać imprezę, ale też aby ten cel poświęcić osobie potrzebującej. Z tą myślą udałem się do siedziby Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego i poprosiłem o wskazanie sportowca, którego moglibyśmy wesprzeć w ramach naszego startu.
W zasadzie padło na jednego zawodnika – wybitnego szermierza, srebrnego medalistę Igrzysk w Rio de Janeiro Jacka Gaworskiego.
Okazało się, że Jacek ze względu na swoją chorobę musi praktycznie każdego dnia walczyć, aby móc w miarę normalnie funkcjonować. Jego historia zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Postanowiliśmy otworzyć internetową zbiórkę pieniędzy i przy okazji opowiadania o naszym starcie mówić również o sytuacji Jacka. Jego historia też nas motywuje do ciężkich treningów i przełamywania barier. Jacek codziennie toczy swoją walkę
i cały czas wygrywa nie dlatego, że mu się udaje, ale dlatego, że bardzo ciężko na to pracuje i się nie poddaje, choć sytuacja, w jakiej się znalazł, miała i ma prawo załamać.

Z tego, co udało mi się dowiedzieć, jego historia jest bardzo przykra i niestety nie wystawia dobrej opinii polskiej służbie zdrowia.

– Tak naprawdę polska służba zdrowia praktycznie skreśliła Jacka, nie dała mu szansy dopisać się do programu lekowego, który pozwalałby mu zażywać odpowiednie lekarstwa. Został z tym problemem sam i z własnej kieszeni musi wykła-dać co miesiąc ponad 5 tys. 500 zł, by kupić specjalny lek na stwardnienie rozsiane, który pozwala mu funkcjonować i nie stać się – brzydko mówiąc – warzywem. Dlatego staramy się nagłaśniać jego historię i problem, z jakim musi się zmagać. Żyje do tej pory tylko dlatego, że od wczesnych lat był sportowcem, nauczył się walczyć i walczy do dziś tylko dzięki nabytemu uporowi, ambicji i woli walki. To wojownik.

Mieliście już okazję, żeby się spotkać?
– Pierwszy raz spotkaliśmy się z Jackiem razem z kolegą Piotrkiem Błońskim, który także jest w ekipie Polish Wings. Pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie mieszka Jacek, by lepiej go poznać i zobaczyć, z jakimi przeciwnościami musi zmagać się każdego dnia, a także określić ramy pomocy. Teraz komunikujemy się niemal codziennie, jeśli nie z nim, to z jego żoną Elą. Czasami atak choroby nasila się do tego stopnia, że kontakt z Jackiem jest bardzo utrudniony. Ostatnio był tydzień, że nie mogliśmy w ogóle z nim porozmawiać… Przez pewien czas nie miał zbytnio kontaktu z rzeczywistością. Choroba czasem otwiera Jackowi furtkę, by mógł czerpać z życia więcej, ale bywa też, że go bardzo ogranicza.

Jaką kwotę chcecie zebrać?
– Postanowiliśmy, że będzie to 300 tys. zł. To powinno zabezpieczyć wydatki na leczenie mniej więcej na cztery lata. To nie jest wielka kwota, bo mówimy tu o pieniądzach na zakup leku, a do tego dochodzą jeszcze zabiegi rehabilitacyjne, wizyty w specjalnych komorach barycznych. Jest tego naprawdę dużo. To kosztuje, a niestety nie jest to w jego przypadku refundowane.
Skupiliśmy się na samym leku, bo jest najważniejszy. To bardzo wyjątkowe lekarstwo, które organizm najpierw trudno przyswaja, a potem nie może z niego zrezygnować. Jeśli w którymś momencie nastąpi przerwanie kuracji, nie będzie już można do niej wrócić, bo groziłoby to śmiercią. Bez tego leku Jacek nie jest w stanie w miarę normalnie funkcjonować i dlatego skupiliśmy się właśnie na tym celu. Wierzymy, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Co do planu i obaw. Wiadomo, jak obecnie wygląda sytuacja na świecie, jak wiele namieszała pandemia koronawirusa. Nie boicie się, że impreza nie dojdzie do skutku lub nie dotrzecie na miejsce?
– Pojawiają się takie myśli, ale ze względu na cel, jaki sobie wyznaczyliśmy, nie dopuszczamy do siebie takiej możliwości. Organizator już przygotował wszystkie środki ostrożności. Do tego trzeba dodać, że Tunezja bardzo dobrze przeszła pierwszą falę koronawirusa i jest stawiana wręcz za wzór walki z COVID-19, więc z tej strony raczej nie obawiamy się większych problemów. Jedyną przeszkodą może być dotarcie na miejsce. W lutym kupiliśmy bilety w Alitalia, które niedawno zostały anulowane przez włoskiego przewoźnika. Udało się jednak kupić nowe bilety w Air France. Ta firma – jako że Francuzi są połączeni z Tunezją – cały czas utrzymuje połączenia samolotowe z Tunisem, więc jesteśmy dobrej myśli. Jedyne, co może nas powstrzymać, to absolutne zamknięcie lotnisk.

To na koniec wróćmy do pana. Jak to w ogóle się stało, że rozkochał się pan w biegach ekstremalnych? Czy zwykłe bieganie nie wystarczyło i trzeba było poszukać czegoś, co gwarantuje więcej wrażeń i emocji?
– Mój początek przygody z bieganiem był taki, że byłem po prostu gruby i coraz bardziej mi to przeszkadzało. Postanowiłem, że schudnę, a najbardziej efektywne będzie w tym przypadku bieganie. Zacząłem w wieku 37 lat. Mój start to było 10 kilometrów w Biegu Niepodległości w Warszawie. Dotarłem do mety i miałem taką eksplozję radości i dumy z siebie, że bardzo mi się to spodobało, chciałem czuć to nadal. Potem te dystanse były większe. Pojawiły się półmaratony, następnie maratony, ale i to przestało mi wystarczać. Dlatego zacząłem biegać na dystansach ultra – od 50 do 100 kilometrów o różnym stopniu trudności. Obecnie czuję się
w tym bardzo dobrze i wciąż czerpię radość z biegania.
Bieganie pozwoliło mi nie tylko osiągnąć cel, czyli schudnąć, lecz także poznawać świat i fantastycznych ludzi. Tak też narodził się pomysł startu na Saharze. Tych pomysłów na przyszłość mam więcej. Jest wiele pięknych miejsc, gdzie starty są ekstremalnie trudne, ale – co najważniejsze
w tej chwili – udało się połączyć projekty biegowe z pomocą charytatywną. To dodatkowa motywacja, zobowiązanie i satysfakcja, że moje bieganie przestało być tylko moje, tylko dla mnie. Stworzony zespół Polish Wings to fantastyczni ludzie, dla których bieganie również stało się pasją
i sposobem na spędzanie wolnego czasu. To ludzie, którzy czują potrzebę pomagania innym, mają swoje marzenia i cele. I tak pojawił się wspólny mianownik w postaci Jacka Gaworskiego i celu, jakim jest wygranie imprezy biegowej Ultra Mirage. Zrobimy to!

Zrzutka na start!

Jesteśmy szóstką biegaczy, która drużynowo chce zrealizować wspólny cel – wygrać piekielnie trudny bieg przez pustynię Sahara, mierząc się przez 100 km trasy z koszmarną temperaturą na poziomie 45 stopni i wszechobecnym piachem. Udziałem w imprezie biegowej Ultra Mirage El Jerid 100k chcemy zwrócić uwagę na ciężko chorego sportowca – szermierza florecistę, wielokrotnego Mistrza Polski, medalistę Mistrzostw Świata i Europy, Paraolimpijczyka, zdobywcę srebrnego medalu na Igrzyskach w Rio de Janeiro 2016 – Jacka Gaworskiego. 

https://zrzutka.pl/pomimo-piachu-w-oczy-bieg-100-km-przez-sahare-po-zycie-jacka

Jedna myśl na temat “Mieszkaniec Józefowa przebiegł Saharę i chce to powtórzyć!

  • 27 sierpnia 2020 o 10:13
    Permalink

    Brawo! Zwykła chęć pozbycia się brzucha zapoczątkowała niezwykłą przygodę z bieganiem, a wisienką na torcie ponadludzki wysiłek, by pomóc potrzebującemu – cieszę się, że mamy taką personę w okolicy 🙂
    Trzymam kciuki za powodzenie akcji – oby obyło się bez przeszkód i by zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich. Powodzenia, i duuużo, duuużo zdrowia 🙂

    Odpowiedz

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.