Przeżyliśmy COVID, ale wirus zostawił ślad

Koronawirus nie jest już „jakimś wirusem” z Chin, o którym informują media. Już prawie każdy zna kogoś, kto został zakażony, chorował lub choruje na COVID-19. Zanim u pani Wiesi pojawiły się jakiekolwiek objawy, jej mąż brał leki na grypę i cały czas chodził do pracy. Kobieta przestrzegała obowiązujących obostrzeń, jej mąż tego nie robił. On był przeziębiony tylko trzy dni, ona stoczyła trzytygodniową walkę o powrót do zdrowia. Choć od tego czasu minął już miesiąc, nadal ma duszności. Rodzice pana Sebastiana bardzo przestrzegali obowiązujących obostrzeń, a mimo to w rodzinie zachorowało kilka osób. Takich historii jest więcej. Nie chcemy nikogo straszyć, ale przeczytajcie relacje naszych Czytelników i sami wyciągnijcie wnioski…

Aleksandra Czajkowska, Agnieszka Jaskulska, Marcin Suliga

Pani Wiesława ma 57 lat. Wraz z mężem, synem i 88-letnim teściem mieszka w centrum Otwocka. Jest stałą klientką miejskiego targowiska. Choruje na nadciśnienie, dnę moczanową, ale ogólnie cieszy się dobrym zdrowiem, pije dużo soków owocowo-warzywnych, robi regularne badania, od 12 lat nie pali już papierosów.

– To, jak się czułam, gdy chorowałam na COVID-19, jest trudne do opisania. Byłam przykuta do łóżka. Ostatni raz tak źle czułam się 40 lat temu, gdy miałam grypę. Od tamtej pory, nawet jeśli pojawiło się u mnie jakieś sezonowe przeziębienie, to po kilku dniach i lekach wzmacniających samo ustępowało. Tym razem było jednak inaczej – opowiada kobieta.

Koronawirusem zaraziła się w domu

57-latka wspomina, że gdy w niedzielę, 20 września szła do kościoła, już miała dreszcze i było jej zimno. – Pojawiły się u mnie pierwsze objawy jak przy przeziębieniu, cały tydzień tak się czułam. Bolały mnie mięśnie i głowa, i to bardzo. Nie miałam kaszlu, tylko taki ucisk w klatce piersiowej, jakby coś mnie piekło. Przy tym żadnego kataru czy bólu gardła – mówi nasza Czytelniczka. Kobieta brała dostępne w aptece leki na grypę, ale nic nie pomagało, cały czas źle się czuła.

Na Nocną Pomoc Lekarską zadzwoniła w piątek, 25 września, bo twierdziła, że to – jak jej się wydawało – przeziębienie już za długo trwa i nie ma poprawy. – Pani doktor powiedziała, żebym wzięła paracetamol zamiast leków, które przyjmowałam. Nie mówiła, żebym gdzieś się zgłosiła albo że to może być koronawirus. Zapytała tylko, czy gorączkuję, odpowiedziałam, że nie – przyznaje pani Wiesia. Dopiero następnego dnia straciła smak i węch, a kolejnego pojawiła się u niej wysoka temperatura.

– Było to dla mnie dziwne, bo nigdy wcześniej podczas przeziębienia nie gorączkowałam. Mój organizm źle to znosił, cały dzień leżałam w łóżku. Paracetamol trochę pomagał, ale po kilku godzinach temperatura znów rosła do 38,5-39 stopni – przyznaje otwocczanka.

Tak było przez trzy kolejne dni. – Nie miałam siły i cały czas chciało mi się spać, ból głowy i mięśni był nie do zniesienia. W czwartek już nie wytrzymałam i zadzwoniłam do przychodni przy ul. Armii Krajowej. Rozmawiałam z lekarką, która powiedziała, że na wszelki wypadek da mi skierowanie na wymaz na koronawirusa. Gdy do niej dzwoniłam, nie miałam już gorączki, ale nadal byłam słaba – przyznaje kobieta.

Jeszcze w czwartek pani Wiesia poszła do szpitala przy ul. Batorego na wymaz. – Nikt do mnie nie przyjechał, musiałam iść sama. Wcześniej byłam jeszcze w aptece po leki, nikt mi nie mówił, żebym została w domu, nikt nie zalecił żadnej kwarantanny – dodaje nasza Czytelniczka. Na oddziale tzw. COVID-owym podeszła do niej pielęgniarka zabezpieczona od stóp do głów i powiedziała, że nie wygląda na pacjenta z koronawirusem.

– Usłyszałam, że gdy przychodzą inni ludzie, to naprawdę są chorzy, a ja podobno na taką nie wyglądałam, co trochę mnie uspokoiło. Jednak na wszelki wypadek zrobili mi test – opowiada kobieta. Pielęgniarka poinformowała ją, że dopóki nie będzie znała wyniku (miał być dostępny
w internecie), ma nie wychodzić z domu, ale nie pytała, czy mieszka sama, czy ma rodzinę, czy ktoś oprócz niej powinien być na kwarantannie.

O sprawdzenie wyniku w internecie nasza Czytelniczka poprosiła syna. Sama za bardzo się bała. – Gdy usłyszałam, a potem przeczytałam, że mam pozytywny wynik, nie mogłam w to uwierzyć, bo gdzie miałabym się zarazić?! Cały czas myślałam, że to przeziębienie, a nie koronawirus!

Byłam przekonana, że nie mogłam zarazić się w czasie zakupów, bo zawsze wszędzie chodziłam w masce, często dezynfekowałam dłonie. Nie skojarzyłam, że to mogło być od męża. On już tydzień wcześniej miał objawy grypowe. Nie przypuszczałam, że zaraziłam się w domu! Mąż nigdy nie nosił maseczki. Gdy szliśmy do sklepu czy na bazar, on zawsze był bez niej – wspomina pani Wiesława. Jak się potem okazało, mężczyzna mógł zarazić się w zakładzie pracy, gdzie kilku pracowników miało podobne objawy, ale je bagatelizowało.

Pozytywny wynik testu był znany w piątek wieczorem. Przychodnie były już zamknięte, więc nasza Czytelniczka znów zadzwoniła na NPL. – Powiedziałam, że właśnie odebrałam wynik i mam COVID-19, na co usłyszałam: „Ja pani nic nie poradzę, proszę zadzwonić do sanepidu i ich poinformować” – opowiada pani Wiesia. Zadzwoniła tam jeszcze w piątek wieczorem, ale usłyszała, że pracownica wyszła już z pracy i może ją zarejestrować dopiero następnego dnia. Tak też się stało.

W poniedziałek pod dom 57-latki przyjechała policja. – Spytali, czy ja to ja i czy jestem sama. Drugi raz przyjechali dopiero za tydzień – relacjonuje nasza Czytelniczka. Po trzech kolejnych dniach do pani Wiesi jeszcze raz dzwonili z sanepidu, bo nie mieli wyniku jej testu, nie było go także w przychodni, musiała im go sama wysłać mailem. – Dopiero prawie tydzień po stwierdzeniu koronawirusa zapytali, z kim mieszkam, zainteresowali się pozostałymi domownikami i stwierdzili, że trzeba ich objąć kwarantanną. Ja miałam kwarantannę do 13 października, mąż, syn i teść do 16 października – mówi pani Wiesława. Dzień przed jej zakończeniem zadzwoniła do przychodni, żeby upewnić się, że następnego dnia może już wyjść z domu.

– Podczas rozmowy lekarka (ta sama, która wcześniej mnie diagnozowała) stwierdziła, że nie ma powodów, abym dłużej przebywała w izolacji, skoro czuję się już lepiej i nie gorączkuję. Gdy zapytałam, czy mam jeszcze wykonać badanie na obecność wirusa, odpowiedziała, że nie ma takiej potrzeby – mówi kobieta.

Pani Wiesia wróciła do normalnego życia, ale po kilku dniach od zakończenia kwarantanny pojawił się u niej kaszel. Zaczęła odczuwać duszenie w klatce piersiowej, gdy dużo mówi albo głęboko oddycha.
– Byłam u lekarza pierwszego kontaktu, zlecił wykonanie prześwietlenia płuc. Już tydzień czekam na wynik… Czekam jak na wyrok albo na zbawienie – mówi drżącym głosem. Słyszała, że po COVID-19 mogą nastąpić mikrozwapnienia płuc. Teść i syn nie mieli żadnych objawów, syn jedynie trochę kichał.

Kobieta bardzo przeżyła chorobę. Jej mąż i syn nadal sceptycznie podchodzą do przestrzegania zasad. – Na szczęście teść jest zdrowy. Teraz jestem spokojniejsza, bo jest obowiązek zakrywania nosa i ust i nawet mąż musi nosić maseczkę. Po izolacji jeszcze bardziej przestrzegam obos-trzeń sanitarnych. Jestem ostrożna, mężowi też to powtarzam. Nie bałam się koronawirusa, bo zawsze byłam w maseczce, zachowywałam dystans społeczny. Ludzie może podejrzewają, że mają COVID-19, ale gdy nie czują się źle, to się nie zgłaszają do lekarza. To bardzo niedobrze, bo w ten sposób zarażają innych, ale być może np. boją się utraty pracy – mówi nasza Czytelniczka.

Dopiero po dwóch tygodniach od przebytej kwarantanny pani Wiesława otrzymała z sanepidu pismo z informacją, że jej mąż i syn też mają być nią objęci. – Wszystko to było późno, jeśli mieliśmy kogoś zarazić, to niestety stało się to wcześniej… – przyznaje.

To nie był zwykły katar

41-letni pan Sebastian z Otwocka raczej nigdy nie myślał, co będzie, jeśli to on zachoruje na COVID-19.

– Bardziej martwiłem się o najbliższych, bo zdawałem sobie sprawę, że wirus może być groźny przede wszystkim dla nich – mówi nasz Czytelnik. Jego rodzice zbliżają się już do granicy 70 lat i są w grupie podwyższonego ryzyka. Oni sami też zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego nie lekceważyli zagrożenia.

– Przed wejściem do ich mieszkania stoi płyn do dezynfekcji rąk i drugi do spryskiwania powierzchni. Zanim przekroczą próg, za każdym razem spryskują podeszwy butów, by nie wnieść niczego do domu. Przez cały czas bardzo dbali o to, żeby zmniejszyć ryzyko zachorowania, nawet gdy zaczęto luzować obostrzenia – podkreśla pan Sebastian.

– Latem z żoną udało się nam namówić rodziców na wspólny wyjazd. Wybraliśmy czerwiec, żeby uniknąć tłumów. Miejsce też wybieraliśmy, sugerując się liczbą zakażeń w danym regionie – dodaje.

Wszystko sprawdzało się do października. – Tata pracuje w miejscu, w którym ma częsty kontakt z ludźmi z różnych rejonów Mazowsza. Trudno powiedzieć, gdzie, kiedy i od kogo mógł się zarazić – opowiada pan Sebastian. – Objawy nie wskazywały, że to może być koronawirus – nie było gorączki, kaszlu czy problemów z oddychaniem. Tylko katar. Nawet moja dotąd zawsze ostrożna mama była przekonana, że to zwykłe sezonowe przeziębienie. Niepokój wzbudziły pierwsze „pozytywne” przypadki u taty w pracy i w najbliższym otoczeniu – mówi 41-latek.

Okazało się, że COVID-19 stwierdzono też u jego cioci i babci. Ojciec pana Sebastiana szybko otrzymał skierowanie na wymaz. Wynik testu był pozytywny. – W tym momencie nie do końca wiedzieliśmy, co mamy dalej robić. Przez kilka ostatnich dni ja i brat wraz ze swoimi rodzinami odwiedzaliśmy rodziców, przebywaliśmy z tatą. Nie były to długie wizyty, ale przecież to mogło wystarczyć, żeby się zarazić – mówi 41-latek.

– Tata otrzymał wynik w sobotę i liczyliśmy, że zaraz zadzwoni ktoś z sanepidu i powie, co ma robić poza pozostaniem w domu. Ja i moja rodzina też na wszelki wypadek postanowiliśmy nigdzie nie wychodzić – przyznaje nasz Czytelnik.

– Tata odebrał telefon w poniedziałek. Niestety, nikt nie pytał o to,
z kim ostatnio miał kontakt, z kim widywał się najczęściej. Obowiązkową kwarantanną zostali objęci jedynie domownicy, ale mama już nie dostała skierowania na badanie – mówi pan Sebastian. On do sanepidu zadzwonił sam. – Po otrzymaniu dodatniego wyniku taty chciałem się dowiedzieć, jak mam postępować. Już w sobotę próbowałem dodzwonić się do sanepidu, ale bezskutecznie. Kolejny raz i kolejny, nadal bez efektu. Wybrałem więc numer na infolinię NFZ i tam po kilku minutach oczekiwania pani odesłała mnie do… lokalnego oddziału sanepidu, przy okazji radząc, żebym pozostał w domu – podkreśla.

– Dopiero w poniedziałek udało mi się dodzwonić do otwockiej placówki. To wtedy na mnie i moją rodzinę nałożono kilkudniową kwarantannę – opowiada pan Sebastian, który zastanawia się, czy jeśli nie zadzwoniłby sam, to czy też zostałby objęty kwarantanną. – Ja i moja żona mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie i obowiązek pozostania w domu nie był tak uciążliwy, ale myślę, że osoby w innej sytuacji zawodowej mogłyby odpuścić sobie taki telefon, bo bałyby się utraty pracy – mówi nasz Czytelnik.

W trakcie kwarantanny jego rodziców regularnie odwiedzał patrol policji, który sprawdzał, czy wszyscy domownicy są obecni. On sam był „kontrolowany” przez telefoniczną aplikację Domowa Kwarantanna.
– Codziennie przychodziły powiadomienia, że mam się zalogować lub zrobić selfie z miejsca odbywania kwarantanny. Pod koniec zadzwonił nieznany numer. Gdy odebrałem, okazało się, że dzwonią z Ministerstwa Cyfryzacji z pytaniem, dlaczego nie używam obowiązkowej aplikacji… Po wyjaśnieniu, że wszystko robię zgodnie z zaleceniami i obowiązkiem, okazało się, że jest jakiś błąd w systemie… – wspomina nasz rozmówca.

Jedną z trudności w czasie kwarantanny okazały się zwykłe codzienne czynności, takie jak robienie zakupów czy wyprowadzanie psa. – Normalnie przyjechałbym do rodziców sam i zrobił to wszystko, ale wtedy ja też byłem uziemiony w domu. Na szczęście mamy na miejscu rodzinę, która okazała się prawdziwym wsparciem w tym trudnym czasie – przyznaje mężczyzna.

Choroba taty pana Sebastiana rozwinęła się w trakcie kilku następnych dni. Uciążliwy dotąd katar zastąpiły wysoka gorączka i kaszel. Na szczęście nie trzeba było wzywać pogotowia i szukać miejsca w szpitalu. – Powoli z tego wychodzi, choć wciąż towarzyszy mu uczucie zmęczenia. Mama też przebrnęła przez to bez szwanku, ale oboje zdają sobie sprawę, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia – mówi pan Sebastian.

– Teraz wiemy, że w tej chwili nawet zwykły katar może być czymś więcej niż przeziębieniem i warto się w takich przypadkach izolować – dodaje.

Radny i wójt też zachorowali

Trudne chwile przeżywał niedawno również powiatowy radny Jacek Czarnowski. Koronawirusem najpierw zaraziła się jego 17-letnia córka, a potem on sam otrzymał pozytywny wynik testu.

– Jestem osobą publiczną i często mam kontakt z różnymi ludźmi, ale od początku epidemii bardzo zwracam uwagę na bezpieczeństwo. Zresztą to samo robi cała moja rodzina – mówi 48-letni Jacek Czarnowski. I dodaje, że rzadko chorują, dlatego było dla nich dużym zaskoczeniem, że on i córka zarazili się koronawirusem, bo nic na to nie wskazywało.

– Wirusa potwierdzono badaniami u jednej z koleżanek córki z klasy. Moja córka także przeszła testy. W piątek, 9 października przyszedł wynik. Był dodatni. Dlatego od razu skontaktowałem się z lekarzem rodzinnym i również miałem wykonany test, który potwierdził, że i ja zaraziłem się koronawirusem – wspomina pan Jacek.

Jak przechodzili chorobę? – Kilka dni przed testami zacząłem źle się czuć, ale myślałem, że to zwykłe przeziębienie, bo wcześniej pracowałem w ogrodzie i podejrzewałem, że mnie przewiało. Wtedy pojawiła się temperatura, ale po jednym dniu ustąpiła, został tylko katar. Niepokojącym objawem był bardzo silny ból głowy, na który nie działała żadna tabletka przeciwbólowa. Byłem słaby i dużo spałem. Córka miała podobne objawy. Gdyby nie testy, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to koronawirus, – podkreśla radny Czarnowski. I dodaje, że był to trudny czas dla całej rodziny. – Każdy z nas izolował się w oddzielnym pokoju i przez okres kwarantanny unikaliśmy kontaktu, tym bardziej że żona się nie zaraziła – mówi pan Jacek.

– Ja i córka mieliśmy krytyczne momenty choroby, ale na szczęście nasze objawy były łagodne w porównaniu z tym, jak niektórzy przechodzą zakażenie, np. jedna z osób, z którą pracuję w bibliotece. W tym samym czasie co u mnie potwierdzono koronawirusa u tej pani, ale ona znacznie ciężej chorowała, miała wysoką gorączkę i poważne problemy z oddychaniem. Na szczęście nie wymagała hospitalizacji, a objawy po kilku dniach ustąpiły – wspomina nasz rozmówca. I dodaje, że żyjemy
w czasach pandemii i nie można zapominać o stosowaniu środków bezpieczeństwa, dezynfekcji rąk czy noszeniu maseczki.

– Z drugiej strony nie można się tym zamartwiać lub żyć w strachu przed wirusem, bo stres obniża odporność, a to sprzyja każdej chorobie – podkreśla.

Pod koniec ubiegłego tygodnia o zakażeniu poinformował też wójt Wiązowny Janusz Budny. Chora jest też jego żona. „Stało się – chorujemy. Wynik testu COVID-owego jest pozytywny, objawy się nasiliły. Jesteśmy w izolacji, mamy wszystko, czego potrzebujemy – może poza swobodą wyjścia
z domu, pójścia na spacer po Wiązownie, powrotu do pracy. Na szczęście we dwójkę raźniej – dawaliśmy radę w duecie przez tyle lat, że i COVID-19 nas nie zwycięży… Uważajcie na siebie i trzymajcie kciuki za nas!” – napisał w mediach społecznościowych wójt Budny. 

2 myśli na temat “Przeżyliśmy COVID, ale wirus zostawił ślad

  • 29 października 2020 o 09:30
    Permalink

    Pani Wiesia w dobie epidemii już w niedzielę źle się czuła – miała dreszcze i było jej zimno, ale jeszcze poszła do kościoła – zarażać innych. I takie mamy mądre społeczeństwo.

    Odpowiedz
  • 30 października 2020 o 11:15
    Permalink

    Dobrze, że p. Wiesława nie poszła na siłownię, ponieważ tam są niskie sufity:)

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.