Stanisław Soyka: Trzeba być gotowym

Stanisław Soyka, wokalista jazzowy, pianista, kompozytor, artysta pod każdym względem wyjątkowy i wielowymiarowy, jest gwiazdą tegorocznego XVII Europejskiego Festiwalu Muzycznego w Otwocku. Zagra dla nas w piątek, 13 listopada, ale niestety tylko online. Obejrzyjcie ten koncert koniecznie, ja widziałem fragment próby i jestem zachwycony!

fot. MAGDA WDOWICZ-WIERZBICKA

Stanisław Soyka urodził się w 1959 roku, śpiewać zaczął jako siedmiolatek, udzielając się wraz z ojcem w chórze katedralnym w rodzinnych Gliwicach. Ukończył liceum muzyczne w klasie skrzypiec i Wydział Kompozycji i Aranżacji Akademii Muzycznej w Katowicach. Na poważnie zadebiutował w listopadzie 1978 roku recitalem muzyki bluesowej i gospel w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Zapis tego koncertu znalazł się na jego pierwszym albumie „Don’t You Cry” z kwietnia 1979 roku i to wydarzenie artysta uważa za początek swojej kariery zawodowej. Jak łatwo policzyć, na scenie jest już ponad 40 lat. To droga pełna sukcesów, naznaczona współpracą z najlepszymi muzykami, dziesiątkami wspaniałych płyt, wieloma nieśmiertelnymi przebojami. Część z nich usłyszymy w Otwocku w nowych aranżacjach wykonanych wraz z naszą Grott Orkiestrą.

Ze STANISŁAWEM SOYKĄ rozmawia Przemek Skoczek

Jak pan przyjął zaproszenie do tego przedsięwzięcia?

– Z ogromną przyjemnością. To bardzo miła załoga, rodzinna, robiąca świetne rzeczy dla swojej małej ojczyzny. Chętnie zadaję się z takimi ludźmi, którzy z miłości do muzyki starają się robić coś, czego jeszcze nie było.

Michał Grott, autor aranżacji, bardzo namieszał w pana utworach? Widzowie będą zaskoczeni?

– Jeszcze nie wiem, zaraz zaczynamy naszą pierwszą próbę. Jestem oczywiście ciekaw, co z tego wyjdzie. Dałem Michałowi wolną rękę, jak zawsze w podobnych sytuacjach. Jeśli ktoś chce opracować po swojemu mój utwór, to dla mnie bardzo ciekawa rzecz, bo mam pewność, że ten ktoś nie pomyśli tak jak ja i wniesie coś nowego. Kopiowanie oryginału nie ma większego sensu.

Pan też sięgał po utwory innych artystów i robił je po swojemu. Najsłynniejszy to chyba „Czas nas uczy pogody” Grażyny Łobaszewskiej.

 – Rzeczywiście, robiłem bardzo dużo tak zwanych coverów. Wychodzę z założenia, że piękne utwory są po to, by je grać i śpiewać. Dzięki temu muzyka żyje i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przecież gdyby nie grano kompozycji Mozarta czy Bacha, nie dotrwałyby do naszych czasów. Dziś mamy oczywiście możliwość rejestracji muzyki, ale to nie wystarczy, by ona żyła. Stąd biorą się kolejne wersje tysięcy przebojów i klasyków krążące po świecie. To jest w muzyce piękne.

Zwłaszcza gdy potrafi się tę muzykę przefiltrować przez siebie i nadać jej indywidualny styl. Pan ma swój styl, niezwykle charakterystyczne frazowanie. To wypracowana koncepcja czy też zrodził się on sam z siebie?

– Sam z siebie może nie, bo wiedziałem, że droga, na którą wszedłem, wymaga znalezienia swojego sposobu wyrazu, jeśli ma być atrakcyjna dla odbiorców. To naturalne, że każdy artysta chce być indywidualny, rozpoznawalny. Muzyka to pewien język, który oczywiście możemy zapisać. Mamy teraz bardzo wysoko rozwinięte sposoby zapisu muzyki, ale mimo wszystko są one dalekie od precyzji i oryginału. Nigdy nie jest tak, że to, co jest zapisane, będzie dokładnie tym, co usłyszymy. Dopiero artysta nadaje temu zapisowi życie i dobrze, jeśli robi to w indywidualny sposób.

Jazz, pop, muzyka poetycka – co jest panu najbliższe?

– Nigdy nie czułem się przywiązany do jednego stylu, cieszę się, że mogę sięgać po różne gatunki i w nich się wyrażać. Rzeczywiście, moja droga zawodowa zaczęła się od jazzu, ale wyrastam z klasyki. Pierwsza fascynacja to muzyka barokowa: Bach, Haendel. Jako nastolatek grywałem na organach w kościele. To było bardzo rozwijające. Uczyłem się tam tego, czego nie miałem w szkole, zwłaszcza chorału gregoriańskiego, który jest fascynujący. Myślę, że jestem jazzmanem pod względem filozofii grania, jednak zakres moich zainteresowań jest o wiele szerszy. Dodatkowo jako muzyk śpiewający zajmuję się też tekstami, poezją. Słowo jest dla mnie szalenie ważne i to trochę inaczej sytuuje sposób myślenia o graniu niż u jazzowego trębacza czy pianisty, który tylko komponuje. Zresztą ja, gdy komponuję, najpierw muszę mieć tekst. Muzykę buduję wokół słów. Tekst ma swój rytm, swoją melodię, swoje frazowanie. Cała sztuka to umieć ciekawie zaśpiewać te wszystkie kropki i przecinki.

Rozbawiła mnie opinia wyrażona przez amerykańskiego krytyka po koncercie na Jazz Jamboree. Powiedział o panu: „Ten facet to najlepiej strzeżony sekret muzyki polskiej!”

– Tak, to był legendarny amerykański prezenter i krytyk jazzowy Willis Conover, prowadzący między innymi audycje w radiu Głos Ameryki. Zachód przeżywał w Polsce wiele zaskoczeń, nie spodziewali się tego, co usłyszą podczas festiwalu Jazz Jamboree. Jego słowa były miłe, ale wyłoniły pewną refleksję: „Cholera, czy ja chcę być pilnie strzeżonym sekretem, czy raczej znanym muzykiem grającym jazz?” (śmiech). Conover to był bardzo miły facet, przyjeżdżał na festiwal kilka lat z rzędu, często rozmawialiśmy i wiele się od niego nauczyłem. Najważniejsza rada, którą od niego usłyszałem, brzmiała: „Bądź gotowy, Stanisław. To jest ważne”. Sens tych słów dotarł do mnie po latach. Znaczą one tyle, że bez względu na to, w jakiej jest się sytuacji i jaki ma się status, trzeba robić swoje. Nie oglądając się na innych, szukać swojej drogi, a gdy przychodzi odpowiedni czas, ten moment szansy – być gotowym. Bo takich szans w życiu nie ma wiele i nie wolno ich marnować. Skorzystałem z tej rady.

Nikt z pewnością nie był gotowy na to, co spotkało świat wiosną, także artyści, którzy szczególnie odczuwają skutki pandemii. Jak odbija się ona na pana pracy?

– Jestem muzykiem koncertującym. Większość życia występowałem przed publicznością. Teraz niemal nie gramy albo występujemy online. Bez względu na to, jak profesjonalnie przygotowany jest taki koncert, to brak tej żywej energii między sceną a publicznością jest boleśnie dotkliwy. Rok 2019 był bardzo udany, wydaliśmy nową płytę, która została dobrze przyjęta. Na ten rok mieliśmy umówionych 35 koncertów. W marcu okazało się, że żadnego z nich nie zagramy. Marzymy o powrocie normalności, ale na to się nie zanosi…

Przyszłość jest niepewna, więc wróćmy do przeszłości. Interesuje mnie pana współpraca z Tadeuszem Nalepą, artystą szczególnie ważnym dla lokalnych fanów bluesa, bo przez wiele lat mieszkał tu, nad Świdrem.

– Miałem możliwość grania w zespole Tadeusza podczas jego tournée, to był chyba 1989 rok. Byłem obsadzony na fortepianie elektrycznym. To był bardzo ciekawy skład, zagraliśmy kilkanaście koncertów, trwało lato. Mam same miłe wspomnienia z tego czasu. Graliśmy wyłącznie utwory Tadeusza. To był wyjątkowy artysta. Zawsze uważałem, że jeśli istnieje coś takiego jak polski rytm bluesowy, to właśnie jest to, co robił Tadeusz Nalepa. Był jedynym gitarzystą, który potrafił grać tak, że miałem odczucie, że on opowiada mi coś, że to nie były po prostu dźwięki, ale opowieść. To było wspaniałe i niepowtarzalne. Tadeusz nie ma dotąd godnego następcy.

Ponoć ma pan sentyment do Otwocka za sprawą naszych ortopedów

– Tak! Ortopedia tu to mistrzostwo świata. Po trzech latach życia z bólem i niezbyt udanych próbach jego leczenia trafiłem do szpitala im. Grucy w Otwocku. Trzeciego dnia po operacji wypuszczono mnie do domu i wszedłem sam – o kulach, ale samodzielnie – na drugie piętro. W ciągu miesiąca odstawiłem kule, a dawne problemy całkiem zniknęły. Jestem jak nowy. Wspaniali specjaliści tu pracują. Gdy czekałem na badania w sali przyjęć, rozmawiałem z ludźmi. Wielu przyjechało do Otwocka po tym, jak gdzie indziej zabiegami zepsuto im zdrowie. Trafiali tu z wielką nadzieją, że to, co zepsute, zostanie naprawione, i o ile wiem, tak się właśnie dzieje.

Jako autor kultowej „Tolerancji” co pan sądzi o poziomie tolerancji w naszym kraju?

– To bardzo obszerny temat. I bardzo trudny. Mówimy o zjawiskach, które nie są do nauczenia w szkołach. Wiele problemów, które mamy w Polsce, wynika stąd, że ludzie z domu nie wynoszą bardzo ważnych rzeczy. Nie dowiadują się, że nie wolno gardzić drugim człowiekiem, bo ma inny kolor skóry albo w jakikolwiek sposób się od nas różni. Jeśli młodzi ludzie słyszą w domu głupie żarty z innych nacji, różnych mniejszości czy osób niepełnosprawnych, to jak mają nabrać do nich szacunku? To zadanie dla rodziców. Muszą się bardziej starać.

KONCERT STANISŁAWA SOYKI BĘDZIE MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.