Aktorzy (nie)prowincjonalni

Marta Dylewska i Fabian Kocięcki to aktorskie małżeństwo. Są parą w życiu i na scenie, jak zwykło się w takich sytuacjach mawiać. Oboje są absolwentami Akademii Teatralnej w Warszawie, studiowali na jednym roku. On, otwocczanin, zastępuje obecnie kierownika Teatru Miejskiego im. Stefana Jaracza. Ona, warszawianka, jest jego prawą ręką. Grają, reżyserują i starają się, by otwocka scena mimo pandemii tętniła życiem

PRZEMEK SKOCZEK

Siedem lat po studiach, bogatsi o wiele aktorskich doświadczeń, nie tylko teatralnych, lecz także przed kamerą oraz w dubbingu, Fabian Kocięcki i Marta Dylewska podjęli się prowadzenia otwockiego teatru. Są z nim związani już od kilku lat jako reżyserzy. Zrealizowali wspólnie i indywidualnie kilka znakomitych spektakli. Zanim opowiemy o bieżącej pracy i planach, prześledźmy w skrócie ich drogę zawodową.

Z „Jaracza” do… bomby atomowej

O Fabianie Kocięckim można śmiało powiedzieć, że wrócił na stare śmieci. Debiutował w 2006 roku właśnie na deskach otwockiego „Jaracza” w spektaklu „Na Maxa” w reżyserii Krzysztofa Czekajewskiego. Miałem zresztą przyjemność grać w tym przedstawieniu i być świadkiem pierwszego rozkwitu talentu tego młodziutkiego, ale już świadomego aktora, którym stał się… z przypadku.

– Nigdy nie marzyłem o pracy aktora. Byłem w liceum, przed maturą, rozważałem studia prawnicze albo polonistykę. Do teatru przyszedłem za namową przyjaciela, Adriana Wojciechowskiego. To do dziś jeden ze stałych członków otwockiego zespołu. On chciał grać, ja byłem raczej dla towarzystwa. Chciałem rekreacyjnie potrzymać halabardę. Obaj dostaliśmy jednak duże role i na początku to nie było łatwe zadanie. Musiałem dużo pracować, wręcz zmuszać się, bo nie byłem na to wszystko przygotowany. Dość szybko jednak rozsmakowałem się w teatrze, spodobał mi się kontakt z publicznością, poczułem tę energię i złapałem bakcyla – wspomina Fabian Kocięcki. – Podjąłem decyzję o zdawaniu do Akademii Teatralnej i… odpadłem na pierwszym etapie egzaminów. Pamiętam, że sprawdzałem chyba pięć razy i nie wierzyłem własnym oczom. Myślałem sobie: „Jak to? Przecież byłem świetny! Zagrałem już dwie główne role w »Jaraczu «! Jak mogli nie poznać się na moim talencie?!” – opowiada ze śmiechem otwocki aktor.

Przez kolejny rok solidnie pracował w krakowskim studiu Lart, które przygotowuje do egzaminów do szkół teatralnych, i choć nie wspomina tego czasu najlepiej, przyniósł on oczekiwane efekty. Dostał się do dwóch szkół, w Łodzi i Warszawie. Wybrał tę drugą. Ma na koncie ciekawe role w Teatrze Polskim i Teatrze Narodowym, grał w Teatrze Telewizji i kilku serialach, m.in. głośnym „Bodo”. Największe osiągnięcia to niewątpliwie dwie spore role filmowe. Jedna w rosyjskiej superprodukcji „Sobibór”, dramacie wojennym z 2018 roku, gdzie spotkał się m.in. z Christopherem Lambertem. Druga w czekających wciąż na premierę „Geniuszach”, niemiecko-brytyjsko-polskiej koprodukcji. – To pasjonująca historia, której bohaterem jest Stanisław Ulam, genialny polski matematyk pracujący nad bombą atomową w ramach słynnego amerykańskiego Projektu Manhattan. Gram jednego z jego bliskich współpracowników. Ten film był wspaniałą przygodą, ale też ogromnym wyzwaniem, ponieważ graliśmy po angielsku, a do tego połowa kwestii dotyczyła bardzo specjalistycznego, naukowego żargonu, więc można sobie wyobrazić stopień trudności – opowiada Fabian Kocięcki.

Nie chciała żałować

Marta Dylewska od dziecka uwielbiała występy na scenie, była stałą uczestniczką szkolnych akademii i przedstawień, chętnie recytowała wiersze, śpiewała piosenki. Teatr kusił, ale przeszło jej w szkole średniej. Myślała, że na dobre.

– To był chyba wpływ środowiska, w którym się obracałam. W liceum pojawiły się nowe zainteresowania i pasje. Zaczęłam myśleć, że aktorstwo nie pozwoli mi się w pełni rozwinąć, także intelektualnie. Pojawiła się myśl o studiach dziennikarskich, ale ostatecznie wybrałam wiedzę o kulturze. Studiowałam na tym kierunku przez rok i nagle pewne wydarzenie w moim życiu sprawiło, że wróciła myśl o aktorstwie. Powiedziałam sobie: „Cała wstecz! Jeśli nie spróbuję, będę tego żałowała do końca życia” – opowiada. – Najpierw trafiłam do studia teatralnego w Dorożkarni. Tam zaczęła się moja świadoma droga rozwoju jako aktorki, ale też nie było to miejsce przygotowujące do egzaminów teatralnych. Nie byłam więc szczególnie zdziwiona, że nie dostałam się za pierwszym razem. Podobnie jak Fabian, kolejny rok poświęciłam na przygotowania, ale pracowałam indywidualnie pod okiem wspaniałej aktorki Ani Gajewskiej – opowiada Marta Dylewska.

Nauka okazała się owocna, Marta dostała się do dwóch szkół, w Krakowie i rodzinnej Warszawie, która okazała się bliższa jej sercu. Tu spotkała też przyszłego męża. Zawodowo zaczęła pracować już w szkole, na drugim roku. Zadebiutowała w Teatrze 6. piętro w musicalu „Maszyna do liczenia”. Potem dość szybko trafiła też na deski Teatru Narodowego. – To było kapitalne doświadczenie móc się uczyć i równocześnie tę wiedzę weryfikować na bieżąco podczas pracy w teatrze. Niedługo potem zaczęłam trwającą do dziś dość intensywną przygodę z dubbingiem – wspomina Marta Dylewska. – Takim ważnym, wręcz zwrotnym punktem, było zaproszenie do pracy w teatrze w Tarnowie. Fabian zresztą też trafił do tego zespołu, który tworzył nowy dyrektor Marcin Hycnar. To wspaniały aktor i cudowny szef, wizjoner, który zamienił prowincjonalny teatr w świątynię sztuki. Wiele się tam oboje nauczyliśmy. Spędziliśmy w Tarnowie kilka wspaniałych sezonów, ale ta przygoda już się kończy – wyznaje.

Czas na otwock!

Oboje w czasie studiów mieli wspaniałych mentorów i nauczycieli. To była nie tylko nauka aktorskich arkanów, lecz także szkoła kształcenia charakterów, osobowości. Wśród ich mistrzów byli m.in.: Anna Seniuk, Krzysztof Majchrzak, Teresa Budzisz- Krzyżanowska, Wojciech Pszoniak, Zbigniew Zamachowski, Jan Englert. Wiele wynieśli też z pracy w Tarnowie i współpracy z Marcinem Hycnarem. Te doświadczenia od początku wykorzystują w Otwocku, realizując ambitne projekty. Spektakle nietuzinkowe, nieco alternatywne, ocierające się o performance. Jak na otwockie realia na pewno są one nowatorskie. Teraz stoją przed nowym wyzwaniem. Zwłaszcza w tym trudnym czasie.

– Siłą tego teatru od dawna jest różnorodność. Mamy bardziej klasyczny repertuar w starym stylu, będący specjalnością Edwarda Garwolińskiego. Komediowy, ale współczesny realizuje zazwyczaj Krzysztof Czekajewski. Wreszcie jesteśmy też my z naszymi nieco awangardowymi przedstawieniami. To świetnie się sprawdza. Myślę, że warto jeszcze wrócić do realizacji przedstawień dla dzieci – wylicza Fabian Kocięcki.

– Wszystkie grupy próbują, działają, choć mniej regularnie. Bardzo nam zależy, żeby u twórców nie zabijać ducha i chęci do pracy. Zanim ruszymy z nowymi projektami, chcemy robić warsztaty dla utrzymania formy. Żeby być gotowym, gdy teatr znów się otworzy – zdradza Marta Dylewska. – Część tych działań warsztatowych będzie prezentowana online, podobnie jak wybrane spektakle. Jednak my w tej dziedzinie dopiero raczkujemy i próbujemy wdrożyć ten system. Nie chodzi tylko o sprzęt, lecz także realizację spektakli, które inaczej gra się do tradycyjnej publiczności, a inaczej pod kamerę – przyznaje.

Najbliższy spektakl online zobaczymy już w sobotę, 28 listopada. To „rocznica” z Klaudią Iwańską i Adrianem Wojciechowskim, początek godz. 19.

– Internet to domena młodych ludzi i pewnie do nich będzie najłatwiej dotrzeć z projektami online. Nawet dobrze się składa, bo właśnie oni najrzadziej pojawiają się w teatrze, nie tylko otwockim. Dzieci chodzą chętnie, seniorzy też, ale w środku jest luka. Może czas pandemii pozwoli nieco ją wypełnić? – dodaje Fabian Kocięcki.

Oboje mają wiele pomysłów, niektóre wydają się wręcz szalone. Teatr dzieli salę widowiskową z kinem. Ważnym zadaniem staje się więc poszerzenie możliwości gmachu i znalezienie alternatywnych miejsc na granie niektórych spektakli. Jest szansa, że powstanie scena kameralna.

– Pojawił się pomysł, aby grać na dachu. Wbrew pozorom to może się udać – opowiadają z uśmiechem. – Mamy także rampę na scenę, z której jest wyjście bezpośrednio na parking. W razie potrzeby można zmienić go w widownię. Marzy nam się ożywienie tego skweru, zwłaszcza latem, żeby stał się miejscem spotkań ludzi, spotkań ze sztuką, ale i ze sobą. Wierzymy, że „Jaracz” i jego okolica już niedługo będą tętnić życiem. Cierpliwości… – mówią.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.