Pan Janusz zmarł, bo nie miał koronawirusa

Rodzina 66-letniego Janusza Urbańskiego prosiła dyspozytora pogotowia o pilne wysłanie karetki. – Nie przyjechała – podkreśla była żona pana Janusza. – Dyspozytor odmówił i zasugerował, by lekarz pierwszego kontaktu wypisał skierowanie na transport medyczny i hospitalizację. Kilka godzin później Janusz trafił na izbę przyjęć do szpitala powiatowego. Przed północą półprzytomnego przywieźli go z powrotem do domu. Skończyło się interwencją policji. Dwa dni później Janusz zmarł w szpitalu w Międzylesiu. On jest ofiarą systemu i epidemii, chociaż nie miał koronawirusa. Gdyby tak było, karetka przyjechałaby od razu… – przypuszcza pani Barbara 

AGNIESZKA JASKULSKA

Janusz Urbański mieszkał z byłą żoną na jednej posesji w gminie Celestynów. – Choć od lat nie byliśmy już małżeństwem, często do niego zaglądałam, czasami coś mu ugotowałam. W połowie listopada coś zaczęło się z nim dziać, źle się czuł, tracił siły, nie miał apetytu – wspomina Barbara Urbańska, była żona pana Janusza. – Myślałam, że znowu odezwały się jego problemy ortopedyczne, bo widziałam przez okno, jak przez długie godziny siedzi najpierw przy stole w kuchni, a potem na łóżku. Któregoś razu przewrócił się i upadł na podłogę. Pomogłam mu wstać, przebrać się, ugotowałam rosół i trochę posprzątałam dom. Jego stan z dnia na dzień się pogarszał, coraz częściej mówił od rzeczy, przypomniał sobie czasy młodości, chyba nie zawsze mnie rozpoznawał – wspomina pani Barbara. I dodaje, że kolejnego dnia pan Janusz nie mógł już wstać z łóżka, otwierał tylko jedno oko i coś bełkotał.

– We wtorek, 17 listopada po godz. 9 skontaktowałam się z lekarzem rodzinnym, który od razu kazał dzwonić po pogotowie. Około godz. 12.30 zadzwoniłam pod numer alarmowy 999, żeby wezwać karetkę. Sądziłam, że Janusz od razu trafi pod opiekę lekarzy. Dyspozytor wypytywał o różne rzeczy, m.in. czy Janusz oddycha, czy się dusi, czy doznał urazu lub upadł z wysokości. Pytał też o objawy koronawirusa. Nie jestem lekarzem, nie wiem, co dolegało byłemu mężowi, ale było z nim bardzo źle. Może gdybym skłamała, że się dusi i może mieć koronawirusa, karetka od razu by przyjechała? Ku mojemu zaskoczeniu dyspozytor odmówił – podkreśla zszokowana kobieta. I dodaje, że dyspozytor centrum ratownictwa polecił, aby lekarz pierwszego kontaktu wypisał skierowanie na transport medyczny i hospitalizację. Wtedy ambulans przetransportuje chorego do szpitala.

– Nie wiedziałam, co robić, więc postąpiłam tak, jak polecił dyspozytor. Lekarz z ośrodka zdrowia wypisał skierowanie do szpitala i na transport. Zadzwoniłam po karetkę do transportu chorych. Zgłoszenie przyjęto, ale musiałam na nią długo czekać. Przyjechała dopiero po godz. 19. To nie był zespół ratownictwa medycznego, tylko zwykły pracownik karetki i kierowca. Posadzili Janusza na fotelu i zawieźli na izbę przyjęć do szpitala przy ul. Batorego w Otwocku – mówi poruszona pani Barbara. – Miałam nadzieję, że mu pomogą, a lekarz z ostrego dyżuru zadzwonił i poinformował mnie, że chory miał badania, wyniki są dobre, Janusz dostał kroplówki i chce wracać do domu. Protestowałam, bo wiedziałam, że on potrzebuje fachowej opieki medycznej – podkreśla nasza rozmówczyni. – Przed północą przywieźli Janusza do domu. Był półprzytomny i coś niewyraźnie mówił. Prosiłam, by zabrali go do szpitala, ale skończyło się interwencją policji, którą wezwali ratownicy. Przez kolejne dwa dni Janusz był w domu, już prawie w ogóle nie wstawał. Jego stan się pogorszył – wspomina pani Barbara.

W czwartek, 19 listopada tuż po godz. 18 zdesperowana kobieta zadzwoniła na Nocną Pomoc Lekarską do „Batorego”. – Personel medyczny wypytał o sytuację i stan zdrowia Janusza. Po kilku minutach zadzwonił do mnie lekarz, jego słowa dodały mi otuchy i nadziei. Powiedział, żeby dzwonić po karetkę pogotowia do skutku, że muszą przyjechać. Przed godz. 19 ponownie zadzwoniłam pod numer alarmowy 999, prosząc o interwencję karetki pogotowia. Tym razem inny dyspozytor przyjął zgłoszenie i wysłał karetkę – mówi Barbara Urbańska.

– Lekarz, który przyjechał do domu, od razu stwierdził, że Janusz doznał udaru i zabierają go na oddział neurologiczny do szpitala w Międzylesiu. Okazało się, że poza udarem Janusz chorował na zapalenie płuc, miał ostrą niewydolność nerek i niewydolność wątroby związaną z wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Zrobiono mu także test na koronawirusa. Wynik był negatywny, ale Janusz już go nie doczekał. Zmarł dwa dni po tym, jak trafił do szpitala w Międzylesiu, w sobotę, 21 listopada ok. godz. 22 – wspomina łamiącym się głosem była żona Janusza Urbańskiego.

Po mszy żałobnej pod koniec listopada rodzina pochowała mężczyznę na cmentarzu parafialnym w Celestynowie. – Nie mogę pogodzić się z tym, że Janusz umarł, bo nie otrzymał pomocy medycznej na czas tylko dlatego, że nie miał objawów koronawirusa. Przez to ludzie z różnymi poważnymi chorobami są skazani na umieranie, bo system medyczny jest skupiony tylko na COVID-19 – mówi rozżalona kobieta.

Powiatowe Centrum Zdrowia w Otwocku i Centrum Powiadamiania Ratunkowego (CPR) na terenie Mazowsza o sytuacji dowiedziały się od dziennikarki „Linii”. Wtedy sprawa nabrała biegu. Zapytaliśmy dyrekcję PCZ, dlaczego lekarz na izbie przyjęć w Otwocku nie rozpoznał u Janusza Urbańskiego objawów udaru czy zapalenia płuc i dlaczego odesłał go do domu, zamiast przetransportować do innego szpitala. – W naszym szpitalu nie ma oddziału neurologicznego i udarowego, na który powinni trafić pacjenci np. z udarem. Dlatego karetka od razu powinna była zawieźć takiego pacjenta do szpitala w Warszawie. Wszczęliśmy już wewnętrzne postępowanie i wyjaśniamy okoliczności tej przykrej sprawy, która miała miejsce na naszej izbie przyjęć. Dla dobra sprawy na razie nie udzielamy informacji na ten temat – mówi Michał Mrówka, członek zarządu PCZ.

„Linia” skontaktowała się także z Centrum Powiadamiania Ratunkowego na terenie Mazowsza. – Zajęliśmy się tą przykrą sprawą. Dopiero po przesłuchaniu nagrania będzie wiadomo, dlaczego dyspozytor odmówił przyjęcia zgłoszenia. Niewykluczone, że osoba, która zadzwoniła pod numer alarmowy, nie opisała wszystkich objawów lub dolegliwości chorego. Badamy sprawę – zapewnia Paweł Wnuk, kierownik centrum dyspozytorskiego pogotowia ratunkowego.

3 myśli na temat “Pan Janusz zmarł, bo nie miał koronawirusa

  • 17 grudnia 2020 o 09:21
    Permalink

    W Otwocku nic się nie zmienia – kolejni prezesi, kolejne ekipy, a najlepiej działa tu kostnica. Ten szpital był beznadziejny i jest dalej. Może w końcu organ samorządowy odpowiadający za szpital coś z tym zrobi.

    Odpowiedz
    • 17 grudnia 2020 o 15:08
      Permalink

      Zgadza się. Od wielu lat nic w tym szpitalu się nie zmienia na lepsze. Co z tego, że mają coraz lepszy sprzęt, co z tego, że kolejne oddziały są coraz piękniejsze, bo są remontowane, jeśli brakuje podstawowego czynnika – zwykłego ludzkiego podejścia personelu do chorego, życzliwości, empatii. Mówię tu w szczególności o pierwszej linii szpitala czyli IZBIE PRZYJĘĆ. Co tam się dzieje przechodzi ludzkie pojęcie. Można umrzeć w oczekiwaniu na zainteresowanie obsługi na krzesełkach. W godzinach nocnych nie daj Bóg, zbudzić Pana doktora. Miałem w swoim życiu kilka razy, wątpliwą przyjemność, przebywać lub towarzyszyć najbliższym w oczekiwaniu na pomoc szpitalną na Izbie Przyjęć. Masakra. Szpital czy jakakolwiek firma jest tak dobra, jak jego najsłabsza komórka. A Izba jest chyba najbardziej kulejącą w szpitalu.

      Odpowiedz
  • 19 grudnia 2020 o 16:54
    Permalink

    Nie rozumiem jak lekarz może stwierdzić , że pacjent jest zdrowy i może iść do domu gdy nie jest w stanie chodzić i bełkocze . Tam nic się nie zmienia i nigdy nie zmieni , bo musieli by wszystkich lekarzy i pielęgniarki wymienić. Ci ludzie traktują chorego jak natręta, jak oszusta który chce coś wyłudzić. Przecież jakiś czas temu też na tej niesławnej izbie lekarz wmawiał rodzinie , że kobieta, żona i matka najadła się narkotyków a to był właśnie udar, ledwo przeżyła ale czy do zdrowia doszła ?…
    Takie sprawy powinny się kończyć w prokuraturze

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.