Pracowita szczęściara

Otwocczanka Wiktoria Czyżewska ma 23 lata i studiuje grę na kontrabasie w Szwajcarii pod okiem jednego z największych światowych mistrzów tego instrumentu. Mimo młodego wieku grała już w największych salach koncertowych i pod batutą wielkich postaci, wśród których znalazł się również sam Krzysztof Penderecki

Wiktoria lubi powtarzać, że ma dużo szczęścia. Twierdzi, że dzięki niemu dostawała się do kolejnych szkół i zakwalifikowała do programu wymiany młodzieży Erasmus w Szwajcarii, gdzie otrzymała stypendium rządowe Bundes-Exzellenz dla artystów. Z jej opowieści wynika jednak, że za tymi sukcesami stoją przede wszystkim talent, pasja, ogrom pracy i jasno postawione cele. I rzeczywiście, posiadanie takich cech to wielkie szczęście.

O dotychczasowej muzycznej drodze, miłości do muzyki poważnej i kontrabasu oraz życiu w Szwajcarii WIKTORIA CZYŻEWSKA opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

Jak to było z tymi podrobionymi podpisami rodziców na papierach, które składałaś przed laty do szkoły muzycznej w Warszawie? To prawda czy tylko barwna historia?

– (śmiech) Brałam to pod uwagę, gdyby pojawił się z ich strony sprzeciw, ale nie było to konieczne. To brzmi, jakby moi rodzice zabraniali mi nauki muzyki, a tak nigdy nie było. Martwili się tylko, czy dam sobie radę, czy pogodzę szkołę muzyczną w Warszawie z nauką w otwockim gimnazjum.

Byłaś jednak na tyle zdeterminowana, że dałaś radę.

– Gdy byłam mała, chciałam grać na gitarze, może dlatego, że mój tata też na niej gra. Dość długo go namawiałam, aby kupił mi gitarę. Pierwszych akordów uczył mnie on. Potem, jeszcze w czasie podstawówki, dwa lata chodziłam do szkoły muzycznej w Otwocku, ale tam była gitara klasyczna, a ja chciałam grać rocka, zostać gwiazdą, jak to nastolatka… Po pewnym czasie zaczęłam więc grać na gitarze elektrycznej. W gimnazjum poznałam Martę Majek i ona wciągnęła mnie do zespołu blues-rockowego RH Blues, który działał przy GOK-u w Wiązownie. Tam nagle pojawiła się fascynacja gitarą basową. Zaczęłam grać na basie i wciągnęło mnie to, ale robiłam to czysto intuicyjnie. Poczułam, że brakuje mi wiedzy, chciałam poznać teorię muzyki, harmonię i zrozumieć od teoretycznej strony, co właściwie gram. Znalazłam szkołę w Warszawie, która nieodpłatnie oferowała naukę od podstaw. Była to Państwowa Szkoła Muzyczna II stopnia im. Józefa Elsnera – tak zwana Miodowa. To było odkrycie! Dostrzegłam w tym wielką szansę. Ale to szkoła popołudniowa, do której chodzi się po zwykłych lekcjach. Ja byłam w trzeciej klasie gimnazjum. Wymagało to dużej dyscypliny. Stąd wzięły się obawy i sceptycyzm moich rodziców, a co za tym idzie, mój plan awaryjny, czyli podrabianie podpisów (śmiech).

Trudno było pogodzić naukę w obu szkołach?

– Podeszłam do tego wyzwania dość naiwnie. Nie miałam przecież odpowiedniego przygotowania ani pojęcia o muzyce klasycznej. Najpierw musiałam bardzo solidnie przygotować się do egzaminu. Miałam szczęście i zdałam, ale szybko okazało się, że muszę dużo nadrobić i gonić za większością kolegów, którzy mieli za sobą naukę w szkołach muzycznych I stopnia, a co za tym idzie bardzo dużą wiedzę. Mnie tych podstaw brakowało. Ciężko pracowałam, ale wciągnęło mnie to. Nie było tam możliwości nauki na gitarze basowej, więc mój wybór padł na podobny do niej kontrabas. Po pierwszej lekcji zrozumiałam, że nie mogłam lepiej trafić! Pokochałam ten instrument.  Spędzałam w szkole mnóstwo czasu. Zaczęłam nawet wagarować w Gimnazjum nr 3 w Otwocku po to, by jechać do szkoły muzycznej i ćwiczyć! (śmiech). To, że przetrwałam i zostałam dopuszczona do końcowych egzaminów, zawdzięczam tylko wielkiej wyrozumiałości mojej wychowawczyni.

Pierwszy rok w szkole przy ul. Miodowej był bardzo trudny, codzienne dojazdy z Otwocka i nocne powroty wykańczały mnie, rodziców pewnie też. Po roku, w wieku 15 lat, opuściłam rodzinny dom i przeprowadziłam się do bursy. Miałam więcej czasu na ćwiczenie i niemal nie wychodziłam ze szkoły. Równolegle chodziłam do liceum, ale to było Centrum Kształcenia Ustawicznego, więc łatwiej dało się godzić je z nauką muzyki. Pracowałam ciężko, ale była to dla mnie wielka przyjemność. Robię to z pasji. Inaczej nie miałoby to wszystko sensu.

W „Miodowej” spędziłam pięć lat i był to wspaniały czas. Niestety, nie ukończyłam tej szkoły. To trochę przykra historia. Gdy zdałam maturę, postanowiłam nie robić przerwy, tylko iść od razu na studia muzyczne i uczyć się tam równolegle z nauką w „Miodowej”. Zdaję sobie sprawę, że to było karkołomne założenie, ponieważ wybrałam Akademię Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Mieszkając tam, próbowałam ukończyć szkołę w Warszawie. Niestety, nie zostałam dopuszczona do dyplomu ze względu na zbyt dużo nieobecności na zajęciach orkiestry. Zabrakło dobrej woli. Żałuję, bo mam wielki sentyment do tego miejsca. W efekcie ukończyłam Państwową Szkołę Muzyczną im. Mieczysława Karłowicza II stopnia, ale w Katowicach, równolegle studiując.

Jak trafiłaś do Szwajcarii?

– Miałam wiele szczęścia! Zrobiłam licencjat na Akademii Muzycznej i snułam dalsze plany. Moim marzeniem była nauka w Lucernie, gdzie wykładowcą jest profesor Božo Paradžik, jeden z największych współczesnych wirtuozów kontrabasu. Jest solistą, co zdarza się niezwykle rzadko w świecie kontrabasu klasycznego. Ponieważ sama uwielbiam grać jako solistka i kameralistka, napisałam do niego e-mail i okazało się, że jest szansa na wyjazd w ramach programu Erasmus. Napisałam mu o swoich osiągnięciach konkursowych, wysłałam CV i nagrania, on je przesłuchał i odpisał, że bardzo chętnie widziałby mnie w swojej klasie. Byłam przeszczęśliwa, ale na decyzję uczelni czekałam kilka miesięcy. Jednak udało się i wyjechałam na rok do Lucerny. Zachwyciłam się tym pięknym miejscem oraz tym, jak wiele mogę się tutaj nauczyć.

O Szwajcarii mówi się, że jest dość hermetyczna i nie lubią tam obcokrajowców.

–  Od strony administracyjnej są bariery. Ta hermetyczność Szwajcarów nie dotyczy jednak studentów, zwłaszcza na studiach takich jak moje, gdzie niemal wszyscy są z zagranicy. Szwajcaria jest od dawna mekką studentów muzyki, ponieważ tutejsze uczelnie zatrudniają najlepszych profesorów na świecie. Nauka pod ich okiem to marzenie wielu.

Wymiana w ramach Erasmusa trwała rok, ale ty nadal studiujesz w Lucernie.

– Tak. Po przemyśleniu wszystkiego zrezygnowałam ze studiów magisterskich w Katowicach, zdałam egzaminy tutaj i jestem teraz już regularną studentką Lucerne University of Applied Sciences and Arts. Jest to możliwe również dzięki temu, że zostałam stypendystką rządu szwajcarskiego, bo życie tu jest bardzo drogie.

Niespokojny z ciebie duch! Ciągle wyrywasz do przodu, chcesz więcej, ale to chyba najlepsza droga do sukcesu. Studiów w Szwajcarii nie porzucisz chyba dla kolejnych wyzwań?

– O nie! Gdzie mi będzie lepiej? Mam tutaj profesora, od którego wiele mogę się nauczyć. Mimo pandemii sporo się dzieje. Nadal nagrywamy i gramy koncerty. Szwajcaria stwarza ogromne możliwości dla muzyków klasycznych. Jest tutaj mnóstwo miłośników muzyki poważnej. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale myślę, że to dobre miejsce do życia. Szwajcaria jest piękna i warunki życia tutaj są wyjątkowo dobre. Myślę, że to świetna baza wypadowa, bo zazwyczaj praca muzyka nie ogranicza się do jednego miejsca na Ziemi. Ciągłe podróże są w nią wpisane i liczę na to, że pandemia tego nie zmieni.

Ty już sporo pojeździłaś po świecie i grałaś na wielkich scenach pod batutą mistrzów.

– Miałam to szczęście. Grałam w orkiestrze Baltic Sea Philharmonic, która zrzesza młodych muzyków z ponad 25 krajów. Dużo z nią koncertowałam w największych salach Europy, m.in. w Berliner Philharmoniker, Elbphilharmonie, Mupa w Budapeszcie. To wyjątkowa orkiestra, ponieważ gramy z pamięci. W ten sposób nie jesteśmy tylko wykonawcami, lecz także publicznością. To najlepszy sposób na zagłębienie się, zrozumienie i przeżycie utworów jako muzyk w orkiestrze. To również sprawia, że muzycy mają ze sobą lepszy kontakt na scenie. Dzięki temu buduje się niesamowitą atmosferę podczas koncertów oraz duże zżycie w zespole. Miałam zaszczyt grać też z takimi orkiestrami jak Orkiestra Sinfonia Varsovia, również podczas trasy koncertowej do Korei Południowej, czy z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej pod batutą samego Krzysztofa Pendereckiego podczas koncertu z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Na widowni zasiadły głowy wielu państw. To były dla mnie duże przeżycia.

One thought on “Pracowita szczęściara

  • 22 grudnia 2020 o 17:04
    Permalink

    Wiktoria imię samo Cię pokieruje. Gratulacje. Życzę Ci wielu sukcesów.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.