Teraz nikt mnie nie zagnie

Cezary Kowalski – dziennikarz sportowy, jeden z najbardziej cenionych komentatorów i głosów stacji Polsat Sport. Ma za sobą pracę w wielu redakcjach, m.in. „Życia Warszawy”, „Super Expressu”, „Faktu”, „Dziennika”, „Polski The Times” oraz „Przeglądu Sportowego”. Od kilku lat razem z rodziną mieszka w Józefowie, gdzie bardzo zaangażował się w pomoc lokalnemu klubowi, Józefovii Józefów, w którym pełni funkcję wiceprezesa. Kilka tygodni temu na rynku pojawiła się jego nowa książka „Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie”. Rozmawiał z nim Marcin Suliga.

Cezary Kowalski szybko zaaklimatyzował się w Józefowie. Na zdjęciu z prezesem Sławomirem Falińskim (pierwszy z lewej), trenerem i wiceprezesem Damianem Politańskim (drugi z lewej) oraz bohaterem swojej ostatniej książki – Tomaszem Hajtą (pierwszy z prawej). Fot.: Kacper Onisk

Zacznijmy może od książki. Tomasz Hajto to chyba jedna z barwniejszych postaci polskiego futbolu w ostatnich latach.

– I to mnie właśnie skłoniło do tego, aby podjąć się napisania tej książki. Znamy się z Tomkiem od ponad 20 lat i to on spytał, czy nie pomógłbym mu przelać jego historii na papier. Moją rolą było ładnie to ubrać w słowa, zrobiłem to tym chętniej, że ostatnio bardzo mocno i niesłusznie był on krytykowany. Każda jego wypowiedź, każda pomyłka językowa – do których w tej książce się przyznaje – są wyolbrzymione do niewyobrażalnych rozmiarów. Moim zdaniem to niesprawiedliwe, dlatego starałem się pomóc mu zabrać głos i chyba – jak widać po wynikach sprzedaży książki – udało się to całkiem zgrabnie zrobić.

 Znacie się długo, ale wasza znajomość przeszła długą drogę do przyjaźni…

– To prawda. Można powiedzieć, że początek naszej znajomości był – łagodnie mówiąc – dość szorstki. Tomek od zawsze był postacią charyzmatyczną. Wygadany, pewny siebie, mający swoje zdanie. Często się ścieraliśmy, w wielu tematach nie było nam po drodze. Ja starałem się, idąc nieco pod prąd, zadawać mu kontrowersyjne pytania, a on zawsze starał się na nie odpowiedzieć, mówiąc coś niebanalnego. Dla dziennikarza jest to akurat bardzo atrakcyjne.

Był pan jednym z tych dziennikarzy, których kilku reprezentantów Polski – w tym Tomasz Hajto – wyzywało z okien autobusu podczas MŚ w Korei i Japonii?

– Tak, byłem w tej grupie. Zresztą tamte mistrzostwa były bardzo burzliwie, jeśli chodzi o kontakty piłkarzy z dziennikarzami. Pamiętam, że wtedy na „solo” wyzwał mnie Piotrek Świerczewski, z którym teraz jesteśmy dobrymi kumplami. My jesteśmy rówieśnikami, więc wówczas byliśmy jeszcze młodzi, także hormony i krew momentami niepotrzebnie w nas buzowały. Teraz patrzymy na to z dystansem i uśmiechem.

Takich osobowości jak Hajto brakuje teraz reprezentacji?

– Piłkarsko zapewne mamy lepszych zawodników niż ci sprzed dwóch dekad, ale chyba brakuje w tej grupie piłkarzy z duszą lidera, jakim bez wątpienia jest Tomek.

Dlaczego książkę „Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie” rozpoczęliście od tematu hazardu?

– Bo wszyscy o to pytają. Na hasło „Hajto” nikt nie pyta o jego pierwszy sezon w Schalke Gelsenkirchen, czy o to, jak wyglądał mundial w Korei. Wszystkich interesuje przede wszystkim hazard, ponieważ to jest poważny element jego historii. Poza tym on sam chciał o tym powiedzieć, bo – jak stwierdził – ta książka ma sens tylko wtedy, gdy poruszy wszystkie najbardziej drażliwe tematy, które go dotyczą. To, co robił poza boiskiem, bardzo rzutowało na jego dalsze życie.

Ta książka może być przestrogą dla innych?

– Jak najbardziej. Tomek podszedł do tego bardzo dydaktycznie, mówiąc innym jasno: „Nie róbcie tego, co ja robiłem, ponieważ to jest złe”. Ale działa to też w drugą stronę. W wielu sprawach jego kariera może być dobrym drogowskazem. W tym pierwszym przypadku wskazuje, jakie mechanizmy nim kierowały, jak dał się ponieść temu nałogowi. Jeden z rozdziałów książki nieprzypadkowo jest zatytułowany powiedzeniem hazardzistów: „Wygrać możesz, przegrać musisz”. I to jest prawda. Jeśli w porę się nie połapiesz, ten nałóg doprowadzi cię do zguby. Tomkowi się udało, bo potrafi spadać na cztery łapy, a do tego jest inteligentnym i twardym gościem. Myślę, że wiele innych osób, będąc w takim osaczeniu, mogłoby się załamać i nie wstać, ale jemu się udało. Dla mnie ten temat też był ważny i myślę, że gdyby Tomek chciał opowiedzieć tylko najprzyjemniejsze rzeczy ze swojego życia, nie podjąłbym się pisania razem z nim tej książki.

Od szczytu kariery Tomasza Hajty minęło już kilkanaście lat. Według pana piłkarze obecnie lepiej kierują swoimi karierami i życiem?

– To właściwie „clue” tej książki. Obecnie piłkarze są niemal od początku prowadzeni za rękę. Po pierwsze dlatego, że czasy się zmieniły, a po drugie – bo jest to dla nich korzystne. Nie oszukujmy się, większość graczy to nie są tęgie, profesorskie mózgi. I gdy taki 19-latek nagle dostaje milion euro, to…

Kupuje samochód…

– Chociażby. Mamy wiele przykładów tego, jak zachowywali się gracze, gdy zderzali się z nagłym przypływem gotówki. Może to mocniej zakręcić w głowie, o czym zresztą Tomek wspomina, przyznając, że był przekonany, że tak jak w swoim najlepszym czasie, zawsze będzie zarabiał krocie, że zawsze będzie wpadał jakiś kontrakt reklamowy i brak gotówki nie będzie stanowić problemu. Życie okazało się jednak brutalne i teraz po latach przyznaje, że żałuje, że obok siebie nie miał kogoś, kto pokierował jego wyborami i karierą. Chociaż to ostatnie było czymś, co teraz zdarza się rzadko. Chłopak z niedużej miejscowości kochający sport. Pracowity, choć jeśli chodzi o piłkę – jak sam wspomina – nieobdarzony wielkim talentem, któremu jednak udało się wejść do wielkiego futbolu, być jednym z czołowych graczy Bundesligi, awansować wspólnie z reprezentacją Polski na mistrzostwa świata. Wszystko to bez jakiegokolwiek wsparcia. Owszem, był wujek, który grał w Austrii, ale nie był jakąś szerzej znaną postacią i raczej jego kontakty nie miały znaczenia.

Historia Tomasza Hajty trochę przypomniała mi rozmowę z Michałem Zapaśnikiem, który był uważany za jeden z większych talentów w tutejszej piłce, a którego kariera nie do końca potoczyła się tak, jak wszyscy – w tym on sam – oczekiwali. Pamiętam, że sam przyznał, że o jego losach często decydowało szczęście i fakt, nie zawsze był we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Hajto – jeśli chodzi o futbol – to szczęście miał, o czym świadczy choćby historia o grze na kartę innego zawodnika…

– To prawda. Zresztą ja tej historii wcześniej nie znałem. Dowiedziałem się o niej dopiero teraz, gdy wspólnie pisaliśmy tę książkę. Być może to był właśnie moment, który zaważył nie tylko na jego dalszej karierze, ale nawet na całym życiu, bo planem B Tomka było zostanie nauczycielem wychowania fizycznego, jak niektórzy w jego rodzinie. Być może wtedy nigdy nie trafiłby do kasyna, ale też może nie spotkałby swojej żony…

To też ciekawa historia…

– Potwierdzająca tezę, że wiele w naszym życiu zależy od szczęścia i zbiegu okoliczności. Myślę, że właśnie takie historie napędzają tę książkę i dobrze się ją czyta nie tylko osobom zafascynowanym futbolem.

Przez lata pracy jako komentator miał pan okazję współpracować z wieloma ekspertami – piłkarzami i trenerami. Jednym z nich był Michał Probierz, o którym mówił pan, że może być przyszłym selekcjonerem reprezentacji Polski.

– Pracowaliśmy dużą grupą przy okazji mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Było tam wielu świetnych ekspertów, m.in. Zbigniew Boniek czy Jerzy Brzęczek, a wśród nich również znajdujący się na początku swojej trenerskiej kariery Michał Probierz. Polsat swoją bazę miał w malowniczej miejscowości w Austrii, gdzie wszyscy zjeżdżaliśmy po transmisjach. Odbywały się tam nocne Polaków rozmowy i analizy tego, co działo się na meczach. Te dyskusje trwały czasami do białego rana, a jedynym, który się z tego wyłamywał, był właśnie Probierz. Ubrany w elegancką, kraciastą piżamę i nienagannie wyprasowane spodnie żegnał nas już o godz. 22, żeby w spokoju dopracować analizy. Wyciągał z tego wyjazdu bardzo dużo i wydawało mi się, że on może być kandydatem na kolejnego selekcjonera. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że będzie nim Brzęczek.

Pan jest zadowolony z tego wyboru? Jest pan w obozie zwolenników czy krytyków selekcjonera?

– Staram się do tego podejść bez dodatkowych emocji. Jeśli nie podoba mi się gra reprezentacji, nie podobają mi się decyzje selekcjonera, to nie zamierzam stosować taryfy ulgowej wobec kadry i trenera. Ogólnie byłem zadowolony z tej nominacji, widziałem w tym logikę działań prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Byłem nawet pewny, że prezes nie da pracy komuś z mocnym nazwiskiem. Nie tylko ze względów finansowych, lecz także przez to, jak wyglądała jego relacja – choć nie był wówczas prezesem PZPN – z tak słynnym szkoleniowcem jak Leo Beenhakker. Między nimi iskrzyło i widać było, że Boniek nie pozwoli sobie na zatrudnienie kogoś z równie mocnym nazwiskiem i osobowością.

Postawiono na Brzęczka, trenera może dotąd przeciętnego, ale takiego, z którego można zrobić szkoleniowca uznawanego za dobro narodowe. Tak przecież było z Adamem Nawałką. Myślę, że Boniek tak właśnie kombinował. Zamiast brać kogoś z zagranicy, komu trzeba będzie zapłacić mnóstwo pieniędzy bez gwarancji sukcesu, wolał powierzyć tę funkcję komuś z Polski, kogo uda się wykreować na fali sukcesu. I chyba trochę się przeliczył, choć nie w pełni, bo jednak w słabym stylu, ale udało się awansować na mistrzostwa Europy, utrzymać miejsce w Lidze Narodów. Teraz wizerunek kadry i trenera Brzęczka psuje konflikt z Robertem Lewandowskim…

A jego autobiografia nie była strzałem w kolano i nie godzi w wizerunek selekcjonera?

– Nie przesadzałbym, choć myślę, że pani, która ją napisała, nie stanęła na wysokości zadania. Zrobiła to źle. Myślę, że Brzęczek jest ciekawą postacią i też może opowiedzieć wiele interesujących rzeczy, ale trzeba do tego tematu odpowiednio podejść. Tu tego zabrakło, ale żeby przez pryzmat tej książki oceniać drużynę narodową i kompetencje szkoleniowca, to chyba jednak przesada.

Jesteśmy w stanie coś osiągnąć na najbliższych mistrzostwach Europy pod wodzą trenera Brzęczka?

– Gdy patrzę na naszą grupę, to uważam, że Hiszpanie – nie tylko ze względu na moją sympatię do tego kraju – są poza naszym zasięgiem, ale i poza zasięgiem większości zespołów na tym turnieju. Obserwując od lat, jak kształtuje się ta reprezentacja, uważam, że to główny faworyt tych mistrzostw. Jeśli chodzi o pozostałe drużyny, to Szwedzi – choć bez Zlatana Ibrahimovica – są groźni i solidni, ale do ogrania. Natomiast Słowaków musimy ograć. Nie możemy myśleć inaczej, bo jeśli będziemy się ich obawiać, to w ogóle nie mamy po co jechać na ten turniej. Drugie miejsce jest dla nas obowiązkiem, a co będzie dalej, to zobaczymy.

A czy rozgrywane wcześniej eliminacje do mistrzostw świata będą dla nas pomocne, czy wręcz przeciwnie, są kłodą na drodze do najważniejszej imprezy sezonu?

– Mogą pomóc. Uważam, że jeśli  rozpędzimy się w tych meczach, to na fali sukcesu możemy pojechać na mistrzostwa Europy. Nie będzie takiej długiej przerwy związanej z przygotowaniami. Zamiast sparingów zagramy trzy mecze o stawkę. To może pomóc. Mnie bardziej martwi to, co działo się w Lidze Narodów. Obawiam się, że te mecze trochę przespaliśmy. Jeśli trener Brzęczek miał jakieś wątpliwości co do niektórych zawodników, to była dobra okazja, żeby ich sprawdzić i otrzymać odpowiedź. Niemniej chyba mamy już ukształtowaną kadrę, która może wygrać z każdym, ale też z każdym przegrać. Niestety, tak to wygląda. Na mistrzostwach kluczowe może być przygotowanie mentalne. Jeśli Brzęczek przejął dużo od swojego mentora Janusza Wójcika, to może być ciekawie.

Jednak najpierw trzeba uzdrowić atmosferę w szatni.

– To bez dwóch zdań, choć nie wiem, czy tarcia między Brzęczkiem a Lewandowskim to jest linia głównego konfliktu. Myślę, że Lewandowski kontra duża grupa graczy skupionych wokół Kamila Glika – to generuje najwięcej problemów. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji i analizy rozmów z zawodnikami. To jest jakiś problem i trzeba go rozwiązać, bo co by nie mówić, z gwiazdą trzeba umieć żyć. Coś mogą o tym powiedzieć kapele rockowe.

Najbliższe mistrzostwa Europy w dobie koronawirusa nie będą loterią?

– Możemy spodziewać się większej liczby niespodzianek niż zawsze, co w ostatnich tygodniach pokazały różne rozgrywki. Ja jednak mam nadzieję, że przez pół roku sytuacja jakoś się unormuje i liczba zakażeń nie będzie tak duża. Liczę też, że zaczną zapełniać się trybuny na stadionach.

Trudno było panu jako komentatorowi przywyknąć do pustych stadionów?  

– Mecze komentuje się zdecydowanie trudniej. Trudno wykrzesać z siebie tyle energii, co zwykle, gdy dokoła jest pustka, a mecze przypominają atmosferą sparingi. Dlatego w trakcie relacji lubię mieć „podpięty” kibicowski podkład, żeby poczuć namiastkę dawnej atmosfery. Na razie musimy się do tego przyzwyczaić. Dla nas najważniejsze jest to, że w ogóle udało się wrócić do grania, bo na początku nie było wiadomo, co będzie dalej ze sportem i mediami sportowymi, co pokazywać, gdy nic się nie dzieje…

Widok pustych trybun jest przygnębiający, ale pan w swojej karierze komentatora widział bardziej przerażające obrazki. Ten najmocniejszy to chyba mecz w Paryżu pomiędzy Francją a Niemcami, gdy wokół stadionu grasowali terroryści. 

– To było niesamowite przeżycie. Komentowaliśmy ten mecz wspólnie z Jackiem Zioberem. Wszystko wyglądało normalnie i nagle słychać jeden huk, potem drugi. Wiedzieliśmy, że dzieje się coś niepokojącego, bo huk był nietypowy. Za chwilę ewakuowano prezydenta Francji, kibice na trybunach bali się opuścić stadion. Zeszli na murawę, dzwonili. Widać było ogromny niepokój i strach…

Będąc już tyle lat za mikrofonem, bliższe jest panu słowo mówione czy pisane?

– Jedno i drugie. Jestem dziennikarzem prasowym i jestem z tego dumny. Na początku swojej drogi uczyłem się pisać po polsku, budować zdania i dzięki temu łatwiej było mi siąść za mikrofonem. Pisałem w warszawskim oddziale katowickiego „Sportu”, potem było nieistniejące już „Życie Warszawy”. Tam zdobywałem szlify i uczyłem się pokory do zawodu. Przeszedłem cały potrzebny w tej profesji szlak bojowy. Lubię pisać, ale w pewnym momencie ten rynek zaczął się kurczyć, a że już miałem za sobą mnóstwo skomentowanych meczów, zacząłem przenosić ciężar pracy w tę stronę. Czasem popełnię – jak teraz – książkę, ale regularnie piszę też teksty jako wolny strzelec do gazet bądź portali internetowych. Nie rezygnuję z pisania, bo gdybym to zrobił, brakowałoby mi słów. Trzeba pisać, trzeba czytać – to jest podstawa dla każdego dziennikarza.

Czy istnieje jakieś marzenie komentatorskie? Ma pan coś takiego?

– Spełniam się w swojej pracy. Mam ten przywilej, że robię to, co kocham. Nigdy nie jestem zadowolony

z meczu, który skomentowałem. Zawsze mam jakieś zastrzeżenia, wiem, że można było coś zrobić lepiej. Gdybym był zachwycony, chyba wiedziałbym, że się wypaliłem.

Boi się pan ewentualnych wpadek?

– Mam tzw. poczucie obciachu, patrzę na siebie krytycznie. Jako komentatorzy staramy się unikać wpadek, ale wiemy, że w tym zawodzie jest to raczej niemożliwe i wcześniej czy później jakaś się przytrafi. Nie wyobrażam sobie komentatora, który potrafiłby skoncentrować się zarówno na tym, co komentuje, jak i na tym, by nie popełnić błędu. To wszystko jest tak dynamiczne, emocjonalne, że coś czasem się przytrafi. Kluczem do braku wpadek jest jednak dobre przygotowanie do komentowanego tematu i tego trzymam się bez względu na to, czy to jest mecz I ligi, czy Ligi Mistrzów.

A jak to się stało, że trafił pan do Józefovii Józefów i został wiceprezesem tego klubu?

– Od urodzenia mieszkałem razem z rodziną w Warszawie, ale tam było nam już trochę „za ciasno” i w poszukiwaniu nowego miejsca dla siebie trafiliśmy do Józefowa. Moje dzieci znalazły tu bardzo dobrą szkołę, a my zamieszkaliśmy w miłej okolicy niedaleko stadionu. W wolnych chwilach było nam tu po drodze. Dzieci chodziły na plac zabaw, a ja oglądałem sobie mecze Józefovii. Patrzyłem, jak grają, śledziłem wyniki, obserwowałem reakcje trenerów… Powoli zaczęłam się wciągać, bo piłka nożna to coś, co kocham. Zaczęło mi chodzić po głowie, żeby zrobić coś dla tego klubu. Kiedyś wpadliśmy na siebie z trenerem Damianem Politańskim i on zapytał, czy nie chciałbym pomóc.

Słyszałem, że werbowanie do klubu odbyło się w… sklepie spożywczym.

– Dokładnie przed sklepem. Damian zapytał mnie, czy nie chciałbym zaangażować się w funkcjonowanie klubu. Powiedział, żebym wpadł porozmawiać. W tym czasie okazało się, że dojdzie do zmiany zarządu. Zaproponowano mi, żebym do niego wszedł. Na początku się wahałem, ponieważ obawiałem się, że nie pogodzę pracy na rzecz klubu z obowiązkami zawodowymi, ale dostałem zapewnienie, że zorganizujemy to tak, aby nic nie ucierpiało.

I faktycznie tak jest. Jestem odpowiedzialny za część medialną klubu. Staram się łączyć ludzi, zadbać o wizerunek, kontakt z potencjalnymi sponsorami. Pomagają moje kontakty. Zaczęliśmy z dużymi nadziejami, ale niestety dopadła nas pandemia i jest trochę trudniej.

Klub ma jednak solidne podstawy. Obiekt tętni życiem. Trenuje u nas 300 zawodników w różnych kategoriach. Mamy przepięknie położony obiekt, miasto też nas wspomaga, utrzymuje stadion, burmistrz i jego zastępca są fanami piłki nożnej. Nie są to może ogromne pieniądze, ale gwarantują stabilność. Już udało się wokół klubu zgromadzić ciekawych ludzi, chcących pracować społecznie, szukamy następnych, jesteśmy w stanie stworzyć tu coś naprawdę interesującego. Myślę, że pierwsze kroki już zrobiliśmy.

Czy obserwując przede wszystkim te duże kluby, to, jak one funkcjonują, w Józefowie było coś, z czym wcześniej się pan nie zderzył, co pana zaskoczyło, poszerzyło horyzonty patrzenia na futbol?

– Codziennie się z tym zderzam, codziennie zauważam coś nowego. Przez pryzmat Józefovii mogę szerzej spojrzeć na nasz futbol i na jego problemy. To jest dół tej piramidy i coś, co unaocznia, z jakimi problemami w polskiej piłce borykamy się od początku. Dla mnie podstawą w pracy małych klubów powinno być nie tyle szkolenie młodzieży, ile zadbanie o dobre wyszkolenie kadry trenerskiej, która się nią zajmuje. To należałoby w jakiś sposób zunifikować. Józefovia stara się powoli to wdrażać, aby każdy zespół trenował w podobnym systemie i proces przechodzenia od juniora do seniora był jak najbardziej płynny. Potrzebujemy trenera koordynatora, który spiąłby to wszystko. Na razie go nie mamy, ale intensywnie szukamy i myślę, że wkrótce taka osoba w klubie się pojawi, bo jest po prostu niezbędna.

Jest tu naprawdę wiele niuansów, które pozwalają mi jeszcze szerzej spojrzeć na sprawy futbolu i się rozwijać, ponieważ o niektórych rzeczach i mechanizmach działających na niższych szczeblach nie miałem pojęcia. Teraz w tej materii raczej nikt nie będzie mnie w stanie zagiąć.

Czy nie uważa pan, że pandemia jeszcze bardziej uwydatniła kłopoty polskiej piłki, choćby słabą organizację, która uwidoczniła się podczas określania zasad awansów i spadków, czy to, jak działacze PZPN postrzegają sytuację w klubach z niższych lig. Dla mnie to było duże zaskoczenie i rozczarowanie.

– Myślałem, że pandemia okaże się takim katharsis dla naszego futbolu, że nie będziemy kupować za krocie, nie będziemy przepłacać za piłkarzy, postawimy na młodzież, spojrzymy na dół piramidy… Po co liga przeznacza na to tyle pieniędzy, skoro jesteśmy w ogonie rozgrywek ligowych Europy. Na 50 lig mamy 30. miejsce, tuż za nami jest Lichtenstein. To jest katastrofa dla jednego z większych krajów w Europie.  Coś jest nie tak w sensie dystrybucji pieniędzy, organizacji i ludzi zarządzających polską piłką. Jeszcze gdybyśmy byli ligą sprzedażową – jak to jest w Portugalii czy Holandii – gdzie w każdym sezonie pojawiają się nowi, młodzi, perspektywiczni gracze, mógłbym to zrozumieć. U nas tego nie ma. Wszyscy teraz zachwycają się młodzieżą z Lecha Poznań. Tylko że Lech za moment wyprzeda tych wszystkich młodych piłkarzy i na kolejny taki narybek będzie czekał cztery lata. A to nie o to chodzi. Nasza liga jest niestety marnym, przepłaconym produktem, ale ładnie zapakowanym.

A co do zainteresowania działaczy sytuacją w niższych ligach, chyba najlepszym przykładem tego był felieton w „Piłce Nożnej” jednego z najbardziej prominentnych działaczy Ryszarda Niemca, który stwierdził, że tymi ligami nie ma się co zajmować, bo to jest poziom amatorski i nikt tu w piłkę nie potrafi grać… To straszne, ale w polskiej piłce jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy myślą w ten sposób.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.