Wiśnia na basie

Mirosław Wiśniewski od urodzenia jest mieszkańcem otwockich Kresów. To klasycznie wykształcony kontrabasista i gitarzysta basowy, który jednak porzucił klasykę na rzecz jazzu, rocka i szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Współpracował m.in. z Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak, Zbigniewem Namysłowskim, Ewą Bem, Ryszardem Rynkowskim, Edytą Górniak, a przede wszystkim Zbigniewem Wodeckim, w którego zespole grał ponad 20 lat. Był także długoletnim basistą Big Warsaw Band, występuje z kultową jazzrockową grupą Laboratorium

Z MIROSŁAWEM WIŚNIEWSKIM, przez przyjaciół zwanym Wiśnią, rozmawia Przemek Skoczek

Muszę zacząć od Zbigniewa Wodeckiego, bo to artysta cieszący się szczególną estymą, a ty grałeś z nim szmat czasu.

– To był zdecydowanie mój najważniejszy zespół, grałem w nim 22 lata, a ze Zbyszkiem byliśmy bardzo blisko. Teraz wiele osób opowiada, że był ich przyjacielem. Ja jestem ostrożniejszy, bo słowo „przyjaciel” jest jednak zarezerwowane dla najbliższych relacji. Nie śmiem tak mówić o nas, ale niewątpliwie byliśmy bardzo dobrymi kolegami. Lubiliśmy pogadać, spędzaliśmy w podróżach długie godziny, jeżdżąc na koncerty. A raczej na występy, bo, jak mawiał Zbyszek, „koncerty to gra Paderewski”. Często dzwonił do mnie w nocy, bo chciał się czymś podzielić, coś opowiedzieć.

Niezwykły był już sam początek naszej współpracy. To Zbyszek do mnie zadzwonił, szukał basisty i ktoś mu mnie polecił. To nie była jakaś banalna propozycja, jak zazwyczaj, w rodzaju: „Jest do zagrania 10 koncertów” albo „Dzień dobry, szukam basisty”. Zbyszek zadzwonił, przedstawił się i powiedział: „Chciałbym, aby związał pan ze mną swój los”. Ujął mnie tym z miejsca. Świetny człowiek. Z kapitalnym poczuciem humoru, często czarnym. Mawiał, że jak artystą zaczynają się interesować dziennikarze i zapraszają go do wywiadów, to znak, że zbliża się koniec i czas umierać. Stąd mój niepokój przed naszą rozmową (śmiech).

Ufam, że jednak się mylił. Ty w ogóle obracasz się w świetnym towarzystwie. Lista artystów, z którymi grałeś, robi wrażenie.

– Rzeczywiście nazbierało się tych zespołów i projektów muzycznych. Podobno nieźle mi idzie (śmiech). Z Michałem Urbaniakiem, Ulą Dudziak i Krzyśkiem Zawadzkim robiliśmy fajną trasę w Niemczech. Grałem z Alą Majewską i Włodkiem Korczem, Walk Away, Januszem Skowronem, cztery i pół roku z Edytą Górniak, z Ryśkiem Rynkowskim chyba 15 lat. Znaliśmy się jeszcze z czasów Vox, akompaniowaliśmy im często z Big Warsaw Band, w którym grałem zaraz po wyjściu z wojska. Współpracuję też na stałe z Teatrem Buffo i Januszem Stokłosą. Z Krzesimirem Dębskim dużo nagrywaliśmy dla filmu i telewizji. Długo można wymieniać.

Miałem też przyjemność współpracować z kilkoma amerykańskimi jazzmanami, takimi jak Dean Brown, Dave Fiuczynski, Eric Marienthal, David Lamar czy Stanley Turrentine. Zresztą sam muzykowałem w Ameryce, gdy grałem na wycieczkowcach pływających po Karaibach. To był barwny epizod, miałem kilka kontraktów, w sumie trwał cztery i pół roku.

A zaczęło się niewinnie. Wiosną robiłem wywiad z otwockim perkusistą Krzyśkiem Polińskim, który wspominał, że pierwszy zespół założyliście w liceum.

– No oczywiście, Electric Installation! W otwockim „Gałczynie”. To była niezła ekipa. Jacek Grymuza na saksofonie, na basie Irek Trznadel, potem Piotrek Sędek, Krzysiek Poliński na bębnach i ja pianinko. Na gitarze wspierał nas Tomek Miturski jako taki special guest. Naszym opiekunem był pan Ryszard Budzynowski, ówczesny nauczyciel muzyki. Pierwsze koncerty graliśmy w parkowej muszli i w auli ogólniaka podczas różnych szkolnych uroczystości. Piękny czas.

Jak to się stało, że grałeś na klawiszach?

– Tu trzeba cofnąć się do dzieciństwa. Nie unikniemy tego (śmiech). Mówić, że jestem z muzycznej rodziny, to trochę za wiele, ale obaj starsi bracia grali, jeden na gitarze, drugi na bębnach, a rodzice śpiewali w chórze działającym przy parafii św. Wincentego à Paulo. Nie było co ze mną zrobić, gdy szli na próby, więc zabierali małego Mirusia ze sobą i chcąc nie chcąc, ta muzyka we mnie wsiąkała. Dziadek i rodzice zauważyli, że często siedzę przy radiu i śpiewam puszczane piosenki, melodyjnie i w rytmie, choć ich nie znałem. Miałem dobre ucho i mama zapisała mnie do ogniska muzycznego na fortepian. Wiedziała, co robi. Fortepian to instrument polifoniczny, harmoniczny, bardzo rozwija, pozwala grać na różne sposoby. To jednak król instrumentów i każdy muzyk powinien umieć na nim chociaż trochę grać.

Ognisko to był dla mnie ważny etap, trochę taka szkoła życia. Dyrektorem był Arek Grott, teraz mój kolega. Uczyła mnie tam najpierw pani Zofia Fajkosz-Kozłowska, a potem pani Ewa Lawaty, która była wspaniałą, mądrą i ciepłą kobietą. Nie tylko potrafiła uczyć gry, lecz także miała bardzo dużo życzliwości, była wsparciem, gdy mieliśmy gorszy dzień, zawsze znajdowała czas na rozmowę. Po latach na krótko wróciłem tam jako nauczyciel, bo miałem nadzieję na wywinięcie się od wojska, ale się nie udało. Musiałem odsłużyć swoje, na szczęście blisko, bo w Emowie, i tylko 11 miesięcy. Zwolnili mnie, gdy urodził mi się drugi syn.

Synowie poszli w twoje ślady?

– Obaj są uzdolnieni muzycznie, ale nie chciałem, by zostali zawodowymi muzykami. Ten czas teraz pokazuje, że może miałem rację. Nagle z dnia na dzień artyści są bez pracy i jeszcze na wielu spada fala hejtu związanego z dofinansowaniami z Ministerstwa Kultury. COVID-19 pokazał nam, że boleśnie spada się z wysokiego konia. Na szczęście ja zawsze działałem na wielu polach i mam pracę, ale dla kolegów to trudny czas i mamy nadzieję, że to szaleństwo się skończy.

Ukończyłeś Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera. Tam uczą tylko klasyki, ale nie poszedłeś tą drogą. Grasz rozrywkę i jesteś tak zwanym sidemanem.

– Nigdy nie chciałem grać klasyki. Wcześniej już poznałem jazz, rock i tego typu klimaty i tam mnie ciągnęło, ale chciałem solidnej edukacji. W szkole oczywiście nie chwaliłem się swoimi planami, bo obowiązywał absolutny zakaz grania muzyki rozrywkowej, a jazz to w ogóle było świętokradztwo. Z graniem klasyki miałem jeszcze ten kłopot, że pojawił się u mnie problem z drżeniem prawej ręki, w której trzymałem smyczek, i jak ciągnąłem długą nutę, pojawiała się nieprzyjemna wibracja i był klops. Strasznie mnie to wkurzało.

Jestem rzeczywiście przede wszystkim sidemanem, czyli muzykiem sesyjnym, do wynajęcia. Współpracuję z kilkoma studiami nagrań i koncernami płytowymi, więc gram dużo, z wieloma artystami i bardzo różnorodną muzykę. Dlatego tak lubię swoją pracę. Czerpię dużo przyjemności z akompaniowania, z tworzenia tego fundamentu, na którym ktoś inny zbuduje później cały dom. My, basiści, rzadko kiedy jesteśmy frontmanami, raczej stoimy w drugim rzędzie, bo taka jest natura basu.

 

Dobrze poznałeś tę naturę. Jesteś laureatem wielu nagród solistycznych na uznanych festiwalach jazzowych, polskich i zagranicznych. Pierwsza to był chyba rok 1985 i Jazz Juniors w Krakowie. Opowiedz o tym.

– To był Międzynarodowy Konkurs Młodych Zespołów Jazzowych „Jazz Juniors” – jeden z najstarszych w Polsce festiwali jazzowych. Pojechaliśmy tam z naszym trio Blue Train, nazwanym tak oczywiście w hołdzie dla Johna Coltrane’a. Maciej Ulatowski grający na fortepianie, Krzysio Poliński na bębnach i ja na kontrabasie. Byliśmy wtedy na drugim roku Szkoły Muzycznej przy ul. Miodowej. Mieliśmy swój repertuar, graliśmy między innymi bardzo fajny numer autorstwa Maćka. On dostał wtedy główną nagrodę za kompozycję, ja nagrodę za najbardziej udane solo na kontrabasie, a jako zespół zdobyliśmy drugie miejsce, więc wtedy był to dla nas olbrzymi sukces.

A za najlepsze solo na basie nagrodzono obecnego członka legendarnego zespołu Scorpions.

– Tak, nagrodę dostał Paweł Mąciwoda-Jastrzębski. Fajny gość. Poznaliśmy się w tym samym roku, ale nieco wcześniej, na warsztatach jazzowych w Chodzieży. On jest kilka lat młodszy, wtedy był jeszcze nastolatkiem i przyjechał na te warsztaty z ojcem. Bidulek nie mógł z nami wyskoczyć na piwko (śmiech). Ojciec Pawła, Edward Mąciwoda, to zresztą też rewelacyjny basista.

Grał w pierwszym składzie zespołu Laboratorium, zanim zastąpił go Krzysztof Ścierański. A teraz ty grywasz czasem w tej grupie, zastępując Ścierańskiego. Jak to się życie układa…

– Tak, świat jest mały, nieraz się o tym przekonałem. Laboratorium to wyjątkowy skład i granie z nimi zawsze sprawia mi wielką przyjemność. To muzycy z niespotykaną dziś klasą, z innej epoki, innego świata, jak ze starych filmów Andrzeja Wajdy. Samo zaproszenie do zespołu i propozycję zastępowania artysty o tym formacie co Krzysztof Ścierański uważam za zaszczyt i wielką nobilitację.

Jesteś skromny, ale twoja pozycja w branży jest chyba mocna.

– Robię swoje i rzeczywiście wychodzi mi to dobrze. Janusz Stokłosa mówi, że lubi moje granie, bo jestem wariat. Coś w tym jest. Moim idolem od wielu lat jest Lemmy Kilmister, wokalista i basista Motörhead. Inspiracją dla mnie jest też Jaco Pastorius, on również miał w sobie rockową pasję. Ta energia i prawda, które płyną z ich muzyki, są dla mnie istotą grania i niewątpliwie ma to wpływ na mój styl. Mam przester w podłodze podpięty do basu i lubię z niego korzystać, co czasem zaskakuje kolegów. Taki ze mnie podstarzały rockandrollowiec, ale dobrze mi z tym (śmiech).

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.