Wolność i adrenalina

Anna Waszkiewicz „Nuno” śpiewa od dziecka i przez długi czas myślała, że to będzie jej jedyny sposób na życie. Teraz ma do tego większy dystans i jeszcze inne pomysły na siebie, ale muzyka pozostaje jej wielką pasją, zaraz za nią są motocykle

Z ANNĄ WASZKIEWICZ „NUNO”    rozmawia Przemek Skoczek

Anna Waszkiewicz to charyzmatyczna wokalistka o bardzo oryginalnej, ciepłej barwie głosu. Śpiewa niemal wszystko, od subtelnego i improwizowanego jazzu, po ostrego rocka. W Miejskim Ośrodku Kultury wystąpi w ramach cyklu „Jestem z Józefowa” z nowym projektem łączącym cztery żywioły.

Witaj! Dawno nie mieliśmy okazji rozmawiać. Cieszę się, że wracasz na „stare śmieci” z tak intrygującym projektem.

– Też bardzo się cieszę, bo jakiś czas temu trochę się wycofałam ze śpiewania, a raczej oddałam się innym zajęciom, co z dzisiejszej perspektywy okazuje się zbawienne. Teraz nie byłabym w stanie utrzymać się z muzyki: koncertów, eventów, grania w klubach. Pandemia skutecznie mnie spowolniła. Na szczęście jestem też grafikiem, więc mogę utrzymać się na powierzchni. Oczywiście śpiewanie jest w moim życiu niezmiennie ważne, tyle że robię to na pół gwizdka. Trochę odpuściłam. Tym bardziej jestem wdzięczna Miejskiemu Ośrodkowi Kultury w Józefowie za zaproszenie, bo wyrwało mnie to z muzycznego marazmu i zmobilizowało do działania. Sobotni koncert będzie premierą mojego nowego projektu, z którym – jak wróci normalność – mam nadzieję dalej koncertować.

 Opowiedz o nim coś więcej.

– To będzie dla nas i mam nadzieję, że również dla słuchaczy, takie wyrwanie się z pandemicznego snu. Zagramy muzykę elektroniczną, ale wpleciemy w nią też trochę jazzu i pójdziemy w stronę etniczną. Zaprosiłam do swojego składu artystów, z którymi już grałam, takich jak np. DJ Little Mike, ale też kilka nowych osób, m.in. Alię Fay, która gra na flecie poprzecznym. Swoimi dźwiękami doda etnicznego blasku. Z kolei Marcin Urzędowski wprowadzi plemienne rytmy, grając na instrumentach perkusyjnych. To będzie coś wyjątkowego, zapewniam!

 To powrót po wielu latach, prawda?

– W Józefowie ostatnio grałam w 2008 roku z moim ówczesnym nu jazzowym składem Kosmoton. Inspirowaliśmy się między innymi muzyką Saint Germain czy Thievery Corrporation. Potem jeszcze z zespołem Plan wystąpiłam w 2012 roku na finale WOŚP w Otwocku. Tak czy inaczej, dawno mnie tu u nas nie było! (śmiech).

Zespół Plan to był… dobry plan na granie. Jeden z najważniejszych w twojej karierze.

– Najważniejszy! Graliśmy razem siedem lat i były to najpiękniejsze lata mojego muzycznego życia. Nasza debiutancka płyta „MrockAndRoll”, którą wydaliśmy w 2012 roku, do dziś napawa mnie dumą, choć to koncerty były naszą największą siłą. To była szalona przygoda. Wcześniej śpiewałam głównie jazz, nu jazz i elektroniczne klimaty, ale w tym rockandrollowym świecie całkowicie się odnalazłam. Zdobyliśmy Grand Prix na III Rock Open Air Festival. Podczas eliminacji do Przystanku Woodstock doszliśmy do finału i zagraliśmy na dużej scenie, przed tysiącami ludzi – to uczucie, którego nigdy nie zapomnę. Potem wzięliśmy też udział w programie „Must Be the Music”, w którym doszliśmy do ścisłego finału, zagraliśmy również na festiwalu w Opolu w 2012 roku. Działo się dużo, ale nic nie trwa wiecznie.

Śpiewasz od dziecka. Jak wyglądały twoje początki?

– Wszystko zaczęło się od pana Michała Romana, postaci bardzo ważnej dla wielu początkujących muzyków na naszym terenie. On zawsze chciał nam, młodym, przekazać coś więcej o muzyce i potrafił to robić. Założył zespół Gaudeamus, do którego trafiłam jeszcze w podstawówce. Mieliśmy bardzo różnorodny repertuar, pan Michał woził nas na wszystkie możliwe konkursy, nawet za granicę. Najpierw śpiewałam w chórkach, ale marzyłam o piosence solowej. W końcu przyszedł ten pierwszy raz, pamiętam, że miałam piosenkę „Kołysz mnie, Ziemio”, występowaliśmy w MOK-u, a ja byłam tak koszmarnie zestresowana, że rozbolał mnie brzuch i musiałam pędzić do toalety (śmiech). Wyszłam na scenę i zaśpiewałam, ale to uczucie – oczywiście mniej intensywne – towarzyszy mi do dziś. Mimo tylu lat śpiewania wciąż mam wielką tremę przed każdym koncertem.

Naprawdę? Wydajesz się taka pewna siebie i pozbawiona tremy. Masz za sobą ciekawe doświadczenia, choćby śpiewanie live actów w klubach. Na czym to polega?

– Live act to po prostu improwizacja, czyli wymyślanie na bieżąco utworów podczas koncertu. To wbrew pozorom niezła szkoła grania. Cały czas trzeba być czujnym, a powodzenie występu w dużej mierze zależy od porozumienia między muzykami. Często nie znam repertuaru, jaki gra DJ, i tylko od szybkiego analizowania utworu zależy, czy uda mi się wymyślić wokalną część. Są to koncerty opierające się na energii, która płynie od ludzi. To ona daje tę niesamowitą siłę.

Zaglądam dalej w twoje muzyczne CV, a tam m.in. gościnne nagrania na płytach: Wojtka Pilichowskiego, Fisza, Eldo, Modfunk. Występy na wielkich eventach, takich jak: Marlboro F1, Mini Moris, Mistrzostwa Świata Night of the Jumps w skokach motocrossowych FMX.

– Zawsze starałam się być aktywna i dużo śpiewać. Dlatego przyjmowałam tak różne propozycje. To chyba takie moje szczęście i przekleństwo zarazem, że jestem elastyczna, śpiewam rzeczy bardzo różne gatunkowo, odnajduję się w wielu muzycznych klimatach, ale przez to trochę rozmieniam swój talent na drobne.

Zaraz, zaraz! A główna nagroda na Międzynarodowym Festiwalu Jazzu Tradycyjnego Old Jazz Meeting „Złota Tarka”?

– Tak, to mój wielki powód do dumy, ale zdobyłam ją, gdy byłam nastolatką, jeszcze w zespole Gaudeamus. „Złota Tarka” do dziś stoi na honorowym miejscu w moim rodzinnym domu w Józefowie. Cieszę się, że o tym wspominasz. To był dla mnie bardzo ważny czas, bo kształtowałam swoją osobowość i muzyczne gusta. Gdy miałam 15 lat, trafiłam na warsztaty jazzowe. Odkryłam jazz i zwariowałam na jego punkcie. Potem w każde wakacje zamiast pod namiot jeździłam na te warsztaty. To były zawsze dwa tygodnie intensywnej pracy. Niestety nie ukończyłam żadnej szkoły muzycznej, jedynie uczęszczałam na prywatne lekcje, więc to było świetne źródło wiedzy. Spotkałam tam wielu wspaniałych muzyków, z którymi gram do teraz.

 Jak wspominasz udział w telewizyjnych talent show: „The Voice of Poland”, „Śpiewaj i walcz”, „Must Be the Music”?

– W „Must Be the Music” byłam z Planem i to było fajne doświadczenie. Doszliśmy do finału. Gorzej wspominam te programy, w których uczestniczyłam solo, zwłaszcza „Śpiewaj i walcz”. Byłam cały czas na celowniku jednej z jurorek, pani Krystyny Prońko, która bardzo surowo mnie oceniała, moim zdaniem niesprawiedliwie. To było szalenie trudne, wręcz traumatyczne, ale pewną pociechą jest fakt, że ona na końcu przyznała, że nie miała racji. Niestety, było to już przy wyłączonych kamerach.

Wiesz, ja poszłam do tych programów nie dla sławy, bo wbrew pozorom nigdy jej specjalnie nie szukałam. Od zawsze mam problem z kamerami, chciałam je tam oswoić, czegoś się nauczyć i poznać trochę od środka show-biznes. I wiesz co? Nie zrobił na mnie dobrego wrażenia (śmiech). Chyba dlatego wycofałam się nieco ze śpiewania i zajęłam innymi rzeczami.

 Teraz mieszkasz w Lublinie, od lat jesteś gościem w rodzinnym mieście. Co czujesz, gdy tu wracasz?

– Przede wszystkim ogromny sentyment. To miejsce mojego dzieciństwa. Ilekroć jestem w Józefowie, głęboko wzdycham, czuję, że serce mocniej mi bije, i wracają wspomnienia sprzed lat, z podstawówki, ten cudowny, beztroski czas.

W ubiegłym roku, podczas pandemii, gdy czas nieco zwolnił, bywałam w Józefowie częściej, włóczyliśmy się nad Świdrem, wspominałam zabawy z chłopakami. Ja mam dwóch braci i zawsze byłam typem dziewczyny kumpeli, która wolała siedzieć w lesie i łazić po drzewach, niż bawić się lalkami. Chyba zostało mi tak do dziś (śmiech).

To dobry moment, by na koniec wspomnieć o twojej drugiej pasji – motocyklach.

– Tak jak powiedziałeś, to moja wielka pasja. Jest w niej wolność i adrenalina. Z racji tego, że mieszkałam w pobliżu lasu, swoją przygodę zaczęłam od enduro. Gdy tego było mało, kupiłam crossa, ale ta przygoda trwała dość krótko, bo doznałam kontuzji podczas skoku i trochę się przestraszyłam. To jednak mnie nie zniechęciło i zbudowałam motocykl „na asfalt”, ze starą, obecnie 38-letnią duszą. Zaczęłam brać udział w rajdach motocyklowych i, o dziwo, osiągać spektakularne wyniki. Tylko znowu sprzęt nie był przystosowany do warunków i dlatego podjęłam decyzję o zbudowaniu równie starej, ale lżejszej maszyny. Oczywiście marzy mi się trzeci motocykl o większej pojemności, by móc wybrać się na wyprawę życia i przeżyć cudowną przygodę (śmiech). 

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.