Kabanosy na Piku Lenina

W ciągu ostatnich siedmiu lat zdobywał m.in. szczyty w Turcji, Gruzji, Kirgistanie, Rosji i Iranie. Na Mont Blanc dostał się pod lawinę spadających kamieni, a na Piku Lenina w górach Pamiru musiał zawracać z ponad sześciu tysięcy metrów z powodu dużego zagrożenia lawinowego. TOMEK ROSŁON z Otwocka stopniowo, krok po kroku, rozwija swoją wysokogórską pasję, a jego celem na przyszłość są oczywiście Himalaje. Rozmawiał z nim Przemek Skoczek.

Od 16 stycznia świat żyje historycznym wydarzeniem. 10 nepalskich himalaistów weszło zimą na szczyt K2, liczący 8611 m n.p.m. To druga co do wysokości góra na Ziemi, położona w paśmie Karakorum. Dotąd K2 pozostawał ostatnim niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. Pomyślałem, że to dobry moment na rozmowę, którą planowałem już od wielu miesięcy.

Co sądzisz o wyczynie dzielnych szerpów?

– Piękna sprawa! Bardzo fajnie, że udało się to właśnie tym, którzy zazwyczaj pozostawali w cieniu himalaistów z Zachodu.

Ty sam wciąż jesteś wspinaczem początkującym, ale masz już sporo osiągnięć.

– Na pewno moje górskie wyprawy są dalekie od sportu wyczynowego, jakim jest himalaizm z prawdziwego zdarzenia. W moim przypadku to jest nadal zaawansowana turystyka – wymagająca, czasem ekstremalna, potrzeba do niej dobrego przygotowania i doświadczenia. Niemniej to nadal turystyka górska, nie sport wyczynowy. Mam ambitne plany, bo są w nich i Himalaje, i trawers Grenlandii, ale nie rzucam się na nie po wariacku, jak zdarza się to wielu początkującym wspinaczom. Wychodzę z założenia, że lepiej robić to stopniowo, poznawać możliwości i ograniczenia swojego organizmu.

Jak to się u ciebie zaczęło? Zaskoczyłeś i mnie, i wielu naszych wspólnych znajomych tą wysokogórską pasją.

– (śmiech) Zdaję sobie z tego sprawę. Jak często bywa w życiu, to była kwestia przypadku. W dzieciństwie bardzo interesowałem się górami, lubiłem o nich czytać, pamiętam emocje związane z wyczynami Kukuczki w latach 80. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak szkolny pokaz slajdów z wysokogórskiej wyprawy, którą odbył wujek mojego kolegi z klasy. Później jednak ta wielka ciekawość gór, którą rozbudziłem w dzieciństwie, przez dobre 15 lat hibernowała. Przełomowym momentem okazało się spotkanie na targach książki z reporterem Jackiem Hugo-Baderem, który opisał tragiczną wyprawę na Broad Peak z 2013 roku. Ta książka, choć kontrowersyjna, na nowo rozbudziła uśpioną pasję. Postanowiłem pomyśleć o tym poważnie. Najpierw budowałem kondycję, zacząłem biegać, jeździć na rowerze, doszła siłownia. Potem zapisałem się na profesjonalne kursy. Uczyłem się turystyki zimowej, wspinania na ściance, potem doszły inne kursy, w tym taternicki. Przeszedłem niemal cały podstawowy system szkolenia, jaki oferuje Polski Związek Alpinizmu.

Pierwszy chrzest bojowy?

– To oczywiście Tatry, które oferują wszelkie warunki potrzebne do zdobywania wysokogórskich doświadczeń. Takim kluczowym momentem dla każdego adepta wspinaczki jest obycie z tak zwaną ekspozycją – wejście na wąską turnię, taką jak Mnich czy Igła w Osterwie. Ten moment, gdy wokół ciebie jest tylko powietrze, przepaść. To robi wrażenie! Widoki powalają, ale chyba nie ma nikogo, kto na początku nie odczuwa lęku wysokości. Rzecz w tym, by umieć go przezwyciężyć.

Kolejna rzecz, z którą trzeba nauczyć się sobie radzić, to choroba wysokościowa. Pierwsze symptomy pojawiają się już na około 3500 m. Ja po raz pierwszy przeżyłem to w Alpach. Ból głowy, brak apetytu, bezsenność, mniejsza przyswajalność tlenu, więc trudno regenerować siły. Robisz sto kroków i zadyszka. To zawsze zaskakuje i pamiętasz o tym do końca życia. Wejścia na takie wysokości bywają też bolesne dla ego. Taka ciekawostka. Większość najlepszych wspinaczy to nie są wielcy faceci, mają – jak ja to mówię – kompaktową budowę ciała. Dużo mięśni to duże zużycie tlenu i mikroelementów koniecznych do utrzymania sił. Widywałem napakowanych twardzieli, którzy padali na szlaku i nie rozumieli, co się dzieje, a obok dziarskim krokiem mijała ich filigranowa dziewczyna. Zresztą kobiety bardzo dobrze radzą sobie w górach,co często zawstydza mężczyzn.

Jaka jest jak dotąd twoja najwyższa góra?

– Pik Lenina w Górach Zaałajskich w Pamirze, na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu. Kawał góry, 7134 m n.p.m. Jest jednym z pięciu siedmiotysięczników znajdujących się na terenie dawnego ZSRR, które trzeba zdobyć, by otrzymać słynne odznaczenie, tzw. Śnieżną Panterę. Niestety, nie udało się nam wejść na szczyt. Zdołaliśmy dotrzeć do trzeciego obozu na mniejszym szczycie Razdjelna na wysokość 6134 m. Stamtąd atakuje się górę Pik Lenin. Niestety, załamała się pogoda, napadało śniegu i zrobiło się lawinowo, zginęły dwie osoby i nie ryzykowaliśmy wejścia. Można by to przeczekać, ale zabrakło nam czasu. Poświęciliśmy tej wyprawie trzy tygodnie, jednak okazało się, że to za mało.

Miałeś dużo niebezpiecznych sytuacji w górach?

– Odpukać, nie. Najtrudniej było na wspomnianym Piku Lenina i w Alpach na Mont Blanc. Wydaje się, że to taki swojski szczyt, ale ta góra bywa bardzo niebezpieczna i zdradliwa. Ekstremalnym przeżyciem jest fragment trasy na szczyt zwany rockandrollowo „rolling stones” albo już groźniej „kuluar śmierci”. To taki trawers liczący około 30 m, nad którym często rozmarzają skały, które się kruszą i z góry spadają kamienie. „Spadają” to złe słowo, nie oddaje tamtych warunków. One lecą z ogromną prędkością jak wystrzelone z jakiejś katapulty, dosłownie śmigają wokół ciebie. Nie są duże, mniejsze mają wielkość piłeczki pingpongowej, większe – pięści, ale są bardzo niebezpieczne i ginie tam sporo osób. Ja dostałem jednym w pierś, takim lekko już wyhamowanym, ale i tak bolało i najadłem się strachu. Przejście tamtędy potrafi zniszczyć morale, zwłaszcza wobec perspektywy powrotu tą samą drogą.

Dość ciekawym przeżyciem był też Kazbek w Gruzji. Pierwszy raz miałem tam do czynienia z tak skomplikowanym lodowcem, który chwilami przypominał mi labirynt. Łatwo w nim pomylić drogę, a potem trudno zawrócić. Tym bardziej,że zmienia się w ciągu jednego dnia. Lodowiec jest w ruchu, jedne szczeliny się zamykają, inne otwierają.

Widzę, że poza Mont Blanc stawiasz raczej na kierunek wschodni.

– Azja jest pokryta górami i w większości w miarę dostępna cenowo. Nie mówię o Himalajach, które bardzo się skomercjalizowały. Sama zgoda na wejście na Mount Everest od strony Nepalu kosztuje 11 tysięcy dolarów, od strony chińskiej dziewięć i pół tysiąca. Są jednak inne wspaniałe góry. Poza tym my lubimy wspinaczkę i dobre jedzenie, a tam jest ono niezrównane. Z kolei wśród tamtejszych mieszkańców, ale też zachodnich wspinaczy, zawsze furorę robią nasze swojskie kabanosy.

W 2019 roku udało się nam zdobyć dwa szczyty, i to podczas jednego dwutygodniowego wyjazdu. To był Ararat (5137 m n.p.m.) w tureckim Kurdystanie i Damavand (5610 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Iranu. Ten wyjazd dostarczył sporych emocji, nie tylko tych wysokogórskich. W tym rejonie świata sytuacja jest w zasadzie zawsze napięta, a ostatnio stosunki USA z Iranem jeszcze ją zaostrzyły. Prezydent Trump straszył, strzelano do dronów, zarządzono pełną mobilizację wojska. W dodatku spod Araratu wjeżdża się w dość niebezpieczną strefę zamkniętą. Przyznam, że przekraczanie granicy z Iranem było dużym przeżyciem. Trzeba dodać, że Iran przyjmuje wielu uchodźców z terenów objętych wojną. Wmieszaliśmy się w hałaśliwy i falujący tłum imigrantów, przeciskający się między bramkami odprawy celnej, gdzie nikt nie przejmował się tym, że są w nim kobiety i dzieci. Krzyki, ścisk, żołnierze z bronią, a obok mnie mój partner wspinaczkowy, który jest oficerem Marynarki Wojennej natowskiego kraju.

Przy takich wyprawach ludzie mogą być niebezpieczniejsi niż sama przyroda.

– To prawda i mieliśmy pewne obawy co do Iranu, bazujące na stereotypach powtarzanych przez zachodnie media. Przeżyliśmy jednak bardzo pozytywne zaskoczenie. Iran i jego mieszkańcy nas zachwycili. To nie jest kraj opanowany przez ekstremistów, gdzie każdy chce uciąć ci głowę. Ludzie są otwarci i przyjacielscy. Nie spotkaliśmy się też z przejawami złego traktowania kobiet. Te, które widzieliśmy na ulicach, miały wiele swobody i luzu. Byliśmy nawet świadkami małżeńskiej awantury na zakupach, w której górą okazała się małżonka. Na samym Damavandzie było wiele Iranek, które miały całkowicie odsłonięte głowy. Nikomu to nie przeszkadzało. Zresztą te chusty często są noszone niedbale, przez czubek głowy. Piękne, orientalne, uśmiechnięte dziewczyny, bardzo otwarte. Nawet zaczepiały nas na ulicy. Szczególnie jednego kolegę, który jest… rudy. Okazuje się, że to typ męskiej urody, który cieszy się u tamtejszych kobiet wielkim powodzeniem (śmiech).

Pandemia pokrzyżowała ubiegłoroczne plany?

– Niestety tak. Wybieraliśmy się latem 2020 roku na najwyższy szczyt gór Ałtaj w Rosji, a dokładnie na Syberii. Nazywa się Biełucha, to czteroipółtysięcznik, szczyt dość wymagający, ale nie jakiś bardzo trudny. Większym wyzwaniem jest samo dojście do stóp góry, ponieważ jest to 60-kilometrowy, ekstremalny marsz z całym ekwipunkiem na plecach przez kompletne bezludzia, dzikie i surowe, pełne niebezpiecznej zwierzyny. Kolejną trudnością jest przejście labiryntu lodowca. Z moim stałym partnerem wspinaczkowym Darkiem postanowiliśmy jednak podjąć to wyzwanie. Nasz plan zakładał najpierw zdobycie Biełuchy latem, poznanie tej góry i drogi wejścia, a potem powtórzenie tego zimą. Warto wiedzieć, że dotąd Polacy nie zdobyli tego szczytu zimą mimo dwóch podejmowanych prób.Pierwsza miała miejsce bodaj w 2001 roku, ale skończyła się tragicznie, ekipa zaginęła. Drugą wyprawę poprowadziła w 2010 roku znana alpinistka Ola Dzik, ale niestety wróciła na tarczy.

Rozumiem, że fajnie byłoby być tymi pierwszymi, jednak to ambitny plan, skoro dotąd nie został zrealizowany. I niebezpieczny.

– Niewątpliwie. Oczywiście wszystko zależy od poziomu umiejętności. Zimą dodatkowo jest tam duże zagrożenie lawinowe i nie ma żadnych służb ratunkowych w pobliżu. Sukces zależy od odpowiednio dużego zespołu i przygotowania logistycznego. Myślę, że gdyby pojechał tam ktoś z czołówki, pokroju Adama Bieleckiego, wszedłby bez problemu. Jednak gdy ktoś zasmakował zdobywania zimą ośmiotysięczników, nie bawi się w takie wyzwania. Natomiast ja jestem na etapie, na którym bez wstydu podejmuję takie próby (śmiech). Kompletujemy ekipę, chcemy zaprosić kilku wspinaczy z Rosji. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w tym roku. Pierwszy etap pewnie zorganizujemy w czerwcu, o ile pozwolą na to obostrzenia.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.