Jak pandemia wpływa na kondycję psychiczną młodzieży?

Zdalne nauczanie, długie godziny spędzane przed ekranem komputera, poczucie izolacji społecznej, brak możliwości normalnych spotkań z kolegami i koleżankami z klasy, marazm powodowany codzienną monotonią – z tym mierzą się obecnie młodzi ludzie. Takie przeżycia zostawiają w nich ślad, a nawet mogą mieć tragiczne skutki, o czym świadczy to, że u młodzieży coraz częściej pojawiają się myśli samobójcze 

PRZEMEK SKOCZEK

Izabela Łojek (z lewej) i Aleksandra Miliwek są otwarte na wszelkie problemy młodych ludzi. Nawet te pozornie błahe

 Nikt z nas nie ma chyba wątpliwości, że pandemia koronawirusa zmieniła nasze życie i ten proces będzie trwał. Przedłużające się poczucie zagrożenia, stres, niepewność, brak możliwości budowania naturalnych relacji rówieśniczych – to wszystko ma ogromny wpływ na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży, którzy z reguły gorzej radzą sobie z tą sytuacją niż dorośli. Jak można im pomóc? Co w ich zachowaniu powinno budzić u nas, rodziców, niepokój? I czy pandemia ma tylko ciemne strony? O tym rozmawiamy z ALEKSANDRĄ MILIWEK i IZABELĄ ŁOJEK, psycholożkami szkolnymi w Zespole Szkół nr 2 w Otwocku, tzw. Nukleoniku.

Czy izolacja w czasie pandemii jest szczególnie trudna dla młodzieży?

Aleksandra Miliwek: – Początek pandemii koronawirusa w marcu ubiegłego roku to był rzeczywiście bardzo trudny czas. Tym bardziej że przyszła wiosna, zrobiło się ciepło. Dzieciaki były przyzwyczajone, że wychodzą na zewnątrz, spotykają się z rówieśnikami. A tu znalazły się w zamknięciu i wielu młodych ludzi znosiło to bardzo źle. Nagle zostali odcięci od swojego naturalnego środowiska. Pozostały tylko kontakty telefoniczne czy przez Messenger. Nawet spotkania na kamerkach nie zastąpią tych prawdziwych. A brak studniówki?! Tu się gotowało i wrzało, tyle lat na ten bal czekali, a tu decyzja, że odwołany. To był dramat.

Izabela Łojek: – To zamknięcie miało i nadal ma jeszcze drugą stronę. Dzieci nagle zostały skazane na stałe bycie w miejscu, z którego dotąd uciekały. Z rodziną, na której towarzystwo wcale nie mają ochoty: mamą, tatą, rodzeństwem, dziadkami. I nie chodzi tu o jakieś patologiczne rodziny i tak zwane trudne sprawy. Po prostu znaczna część nastolatków 90 proc. dnia spędza poza domem, bo woli towarzystwo rówieśników. Dla wielu z nich izolacja podczas tych pierwszych tygodni była prawdziwą tragedią.

Teraz jest lepiej?

A.M.: – Na pewno młodzież ma teraz więcej swobody i możliwość spotkań z przyjaciółmi. Kontaktów szkolnych jednym brakuje bardziej, innym mniej. Akurat dziś, gdy rozmawiamy, mamy próbne matury i widzimy, że młodzież cieszy się z tego krótkiego powrotu do szkoły. Jednak gdy pytamy, co myślą o powrocie do normalnej nauki, to wiele osób mówi, że aż tak im się nie spieszy. Bo przecież nauka zdalna ma sporo plusów. Nie tracą czasu na dojazdy, na lekcjach nie ma tego stresu, łatwiej o dobre oceny. Sprawdziłyśmy ostatnio, że w tym roku szkolnym, w I semestrze, wystawiono prawie trzy razy mniej ocen niedostatecznych niż w ubiegłym roku.

Młodzież szuka wsparcia u szkolnych psychologów? Ma na to odwagę? Tym bardziej w takiej szkole jak „Nukleonik”, która jest zdominowana przez chłopców?

A.M.: – Tak, i to dość często. Ja miałam całkiem sporo takich zgłoszeń w ostatnich miesiącach.

I.Ł.: – Chłopcy przychodzą ze swoimi problemami nawet częściej niż dziewczęta. Być może wynika to z faktu, że łatwiej im przyznać się do problemu przed nami niż przed kimś z rodziny albo kumplami. Boją się ich reakcji, odrzucenia, wykpienia albo przynajmniej zbagatelizowania. Wielu z nich pewnie usłyszałoby w domu czy od kolegów: „Jesteś facet, prawie dorosły, sam sobie z tym poradzisz”. Cały czas panuje stereotyp, że chłopcy mają być twardzi i nie okazywać emocji, skrywać lęki. Taka postawa może doprowadzić do tragedii.

A.M.: – Ja zauważyłam, że problem jest z uczniami klas pierwszych. O ile w ubiegłym roku spędzili w szkole cały semestr i mieliśmy okazję się poznać, więc nabrali do nas zaufania, a my poznałyśmy ich problemy, o tyle tegoroczna klasa pierwsza była w szkole tylko miesiąc. I widać różnicę. Starsi uczniowie nie mają trudności z przyjściem do nas, opowiedzeniem o problemach, zwierzeniem się. Pierwszoklasiści zgłaszają się znacznie rzadziej, co wcale nie musi oznaczać, że nie mają w tej pandemicznej sytuacji żadnych problemów. Ba! dla nich, którzy zmienili szkołę, środowisko, nauczycieli i po tak krótkim czasie wylądowali w domach, może to być nawet trudniejsza sytuacja.

Z jakimi problemami borykają się młodzi?

A.M.: – Zgłaszają się z wieloma sprawami, a ich kaliber jest bardzo różny. Mają trudne relacje z rodzicami, są przytłoczeni liczbą obowiązków, tęsknią za szkołą i kolegami, nie mogą poradzić sobie z nauką. Brakuje im samodyscypliny do pracy w domu. Jest im źle, smutno, mają obniżony nastrój. Poza tym wciąż aktualne są takie problemy, jak przemoc w rodzinie, alkohol, ubóstwo, ale z tym stykałyśmy się też przed pandemią. Najważniejsze, by przyszli i zwierzyli się z problemu. Czasem wystarczy rozmowa. Wyrzucenie z siebie tego, czego nie potrafią albo nie chcą mówić innym. I ta rozmowa „gasi pożar”. Bywa jednak, że problem leży znacznie głębiej.

Zdarza się, że to rodzic zauważa, że dzieje się coś złego, i prosi o wsparcie?

I.Ł.: – Niezwykle rzadko. W ostateczności. Bo to oznacza niejako przyznanie się, że sami nie radzą sobie z dzieckiem. To zresztą częsty błąd wielu rodziców. Wolą nie zauważać problemu albo go bagatelizują, a jeśli już go dostrzegą, sami próbują mu zaradzić. Boją się. Gdy już dochodzi do takiej rozmowy i widzimy, że problem jest poważniejszy i warto włączyć do konsultacji psychiatrę, reakcje rodziców bywają bardzo nerwowe.

 A.M.: – Tłumaczymy zawsze, że nie należy się tak obawiać wizyty u psychiatry. Sama konsultacja nie oznacza jeszcze nic złego. To specjalista jak każdy inny. Ma wiedzę i narzędzia, by pomóc ewentualnie zdiagnozować jakiś problem, tak jak ginekolog czy dermatolog. Zalecamy takie wizyty, bo one nie zaszkodzą, a mogą bardzo pomóc.

Kiedy kierują panie uczniów na konsultacje psychiatryczne?

I.Ł.: – Gdy widzimy, że problem jest głębszy, a nam kończą się metody działania. W szkole nie prowadzimy przecież terapii. Możemy pomóc doraźnie, ale gdy na przykład dzieci przyznają się do myśli samobójczych, musimy kierować je do psychiatry.

Często się to zdarza?

A.M.: – Coraz częściej. W ostatnim roku miałyśmy bardzo dużo takich przypadków. Na pewno kilkadziesiąt. Praktycznie w każdej klasie jest dwoje, troje uczniów doświadczających takiego kryzysu.

Przyznaję, że zaskoczyła mnie ta liczba! To nieco przerażające, a przecież mówimy tylko o jednej szkole. Skala całego problemu musi być ogromna. Młodzież sama przyznaje się do tak drastycznych myśli?

A.M.: – Wiele spraw zgłaszają nam nauczyciele, bo coś ich zaniepokoiło, zwrócili uwagę, że dziecko jest wycofane. My wtedy rozmawiamy z uczniem i zazwyczaj udaje się nam te dzieci na tyle otworzyć, że przyznają się w końcu do problemu i myśli samobójczych. Tego nigdy nie wolno bagatelizować. Zawsze przygotowujemy wtedy dziecko na to, że musimy o tym powiadomić rodziców. To absolutnie konieczne. I pilnujemy, by ci potraktowali sprawę poważnie i zapisali syna czy córkę na konsultację u psychiatry. Tu nasza rola się kończy, bo to lekarz musi zdecydować, czy potrzebna jest farmakologia, hospitalizacja czy terapia domowa. Wszystko po to, by nie dopuścić do tragedii.

Nie zawsze udaje się przeciwdziałać?

I.Ł.: – Nie zawsze. Dosłownie przed tygodniem mieliśmy taką sytuację. Chłopiec trafił do szpitala po próbie samobójczej, na szczęście nieudanej. Tam chodziło akurat o sprawy sercowe, nieszczęśliwą miłość. Nie miało to może bezpośredniego związku z pandemią, choć izolacja mogła też zaważyć na relacjach tych młodych ludzi.

Skoro mowa o relacjach. Obecnie młodzi kontaktują się przede wszystkim poprzez kanały elektroniczne. Przed pandemią też tak było, ale w mniejszym stopniu. Jak to wpłynie na ich relacje społeczne?

I.Ł.: – Od dawna widać, że coraz więcej młodych ludzi ma problemy z nawiązywaniem relacji. Sami nam o tym opowiadają. Trudniej im się poznawać i rozmawiać w realnym życiu. Przyznają, że boją się zaczepić dziewczynę czy chłopaka, który im się podoba. Oczywiście zawsze byli ci nieśmiali i ci przebojowi, ale mam wrażenie, że dzieci wycofanych przybywa.

A.M.: – Dochodzi do tego pogłębiający się marazm. Jak często wygląda ich dzień? Siedzą w piżamach do godz. 14-15, to już potem nie warto się ubierać. Czasem zapracowani rodzice nie widzą tego, że dzieciaki nawet zębów nie myją i tak mija cały dzień, potem drugi, piąty, 10 i ta monotonia, powtarzalność rozkłada ich na łopatki. Coraz mniej się chce, wszystko robi się byle jakie, i tak z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Nagle okazuje się, że choć mogą wyjść i z kimś się spotkać, to im się nie chce. To może mieć tragiczne skutki.

Takie stany zapewne powodują większą skłonność do depresji.

A.M.: – Wiadomo, że na depresję bardziej podatne są osoby ze skłonnościami do lęków, introwertyczne, wycofane, samotne. Izolacja w czasie pandemii z jednej strony jest dla nich wygodniejsza, bardziej komfortowa, ale pogłębia u nich te stany, a to nie pomaga. Osoby wylęknione, stroniące od ludzi powinny właśnie wśród ludzi być, stawiać czoła problemowi i w ten sposób sobie z nim radzić. W izolacji pielęgnują swój problem. Oblicza depresji są jednak bardzo różne. To smutek i przygnębienie, ale bywa, że i zachowanie euforyczne.

I.Ł.: – Dokładnie. U osób przesadnie ekstrawertycznych, głośnych i wesołych czasem taka postawa to maska, za którą skrywają problemy. Miałam jakiś czas temu u siebie dziewczynę, w bezpośrednim kontakcie bardzo pozytywną, która – o czym wiedziałam już od jej matki – leczyła się psychiatrycznie na depresję.

Jak odpowiednio wcześnie interweniować, co powinno budzić niepokój rodziców, ale też samych młodych ludzi?

A.M.: – Rzadko kiedy potrafimy sami się zdiagnozować, tym bardziej dzieci i młodzież. Jednak kiedy widzimy, że coś nas zaczyna przytłaczać, od razu powinna zapalić się czerwona lampka. Powinna przyjść myśl: „Może jednak potrzebna mi jakaś pomoc”. Być może to tylko chwilowy spadek nastroju, a może głębszy problem.

Z kolei rodzice powinni być wyczuleni na nawet subtelne zmiany. Jeśli znamy swoje dziecko, wyłapiemy każde odstępstwo od normy, w jedną lub w drugą stronę, i to powinno budzić niepokój. Jeśli dziecko nie je albo nagle je więcej, nie śpi, chudnie albo tyje, to już znak, że coś się dzieje. Pamiętajmy, że młodzież sięga też po alkohol czy substancje odurzające, eksperymentuje, dość popularny i niebezpieczny jest na przykład mefedron.

I.Ł.: – Rodzice często myślą, że dziecięce problemy to jakaś błahostka. Tymczasem młodzi ludzie wszelkie emocje przeżywają znacznie intensywniej niż człowiek dojrzały. Błędem dorosłych jest często postrzeganie problemów dziecka przez pryzmat swojej osoby. My potrafimy już pewne rzeczy sobie samemu wyjaśnić, przepracować, mamy większy dystans, a dla młodych takie „małe dramaty” to często koniec świata. Przypominajmy cały czas naszym dzieciom, że je kochamy i zawsze mogą na nas liczyć.

Rozmawiał Przemek Skoczek

 

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.