Wójt w szpilkach

Od dwóch kadencji jest wójtem gminy Osieck, szczęśliwą żoną i matką. Mimo wielu obowiązków w pracy Karolina Zowczak nie przestaje inwestować w siebie i studiuje na kolejnych kierunkach. To kobieta o wielu talentach, a jednym z nich jest perfekcyjne prasowanie, o czym opowiedziała w rozmowie z Aleksandrą Czajkowską

Ma pani poczucie, że coś straciła w tym okresie, gdy dzieci dorastały, a pani pracowała już w urzędzie gminy?

– Bardzo dobrze zainwestowałam czas dla nich, gdy były małe. Byłam w ciąży już przed obroną pracy inżynierskiej na SGGW z architektury krajobrazu. Nie zrobiłam wtedy magisterki, bo urodził mi się syn z napięciem mięśniowym, który parę miesięcy nieustannie płakał. Wtedy poddałam się i nie poszłam na egzamin. Po studiach inżynierskich czas upłynął mi na wychowywaniu dzieci. Założyłam własną działalność, projektowałam ogrody i robiłam dekoracje ślubne. Jednak z tyłu głowy cały czas miałam potrzebę zdobycia tytułu magistra. Potem była praca w Urzędzie Gminy w Osiecku na stanowisku inspektora do spraw gminnych inwestycji i pozyskiwania środków unijnych. Poprzedni wójt z powodów zdrowotnych zdecydował się powołać zastępcę i zaproponował to stanowisko mnie. Zgodziłam się. Niestety, nie udało mu się wygrać z chorobą i gdy zmarł, ówczesny premier wyznaczył mnie na p.o. wójta do czasu wyborów w 2014 roku. Wcześniej ukończyłam studia podyplomowe dotyczące prawa Unii Europejskiej i administracyjnego oraz studia podyplomowe Akademia Liderów Samorządów. Ciągle miałam kompleks braku magistra i w końcu, będąc już wójtem, żoną i mamą, zrobiłam dwuletnie studia magisterskie z zarządzania. Teraz jestem w trakcie studiów podyplomowych na SGH z zarządzania kapitałem ludzkim. Dzieci już przyzwyczaiły się do tego, że ich mama jest wójtem i nie zawsze może z nimi być, choć staram się być na wszystkich przedstawieniach i innych ważnych wydarzeniach w ich życiu. Zdarzyło się jednak, że syn przeze mnie spóźnił się na trening piłkarski, bo później wyszłam z urzędu. Moje dzieci są bardzo samodzielne i niezależne, bo niekiedy musiały zajmować się sobą same. 

To z zarządzania czasem miała pani pewnie szóstkę, bo przy tylu obowiązkach organizacja dnia musi być perfekcyjna.

– Coś w tym jest. Mam szczególny dar, jeśli chodzi o organizację pracy, co sprawdza się nie tylko w urzędzie, lecz także w domu. Pomagają nam teściowie. Mój mąż też jest czynny zawodowo, czasami musi wyjechać za granicę na kilka dni, wtedy ja mam już zaznaczone w kalendarzu, że nie może być żadnych komisji czy sesji, bo muszę wrócić wcześniej do domu, ponieważ dzieci nie mogą być same do godz. 21.

A kim chciała pani zostać jako dziewczynka? Bycie wójtem było na liście tych marzeń?

– Moim pierwszym marzeniem było to, żeby zostać księżniczką Radwankowa. Lubiłam robić bukiety z kwiatów, co później zaowocowało tym, że jako dorosła kobieta ukończyłam kurs florystyczny w zakładzie doskonalenia zawodowego i pracowałam w kwiaciarni. Moja wymarzona praca w rzeczywistości okazała się moim przekleństwem, bo uczuliłam się na pyłki kwiatów. Dodatkowo w kwiaciarni jest chłodno, a ja jestem bardzo wrażliwa na zimno, więc wytrzymałam w tej pracy tylko rok, bo przekonałam się, że to nie dla mnie.

Kandydowanie w wyborach samorządowych na wójta gminy Osieck było łatwą decyzją? Nie obawiała się pani, jak taka młoda kobieta zostanie przyjęta na tym stanowisku?

– Kiedy startowałam w wyborach samorządowych, nie wierzyłam, że wygram. Wydawało mi się, że w gminie Osieck mieszkańcy wybiorą wójta, który jest rodowitym mieszkańcem gminy, a nie osobę związaną z nią tylko zawodowo. Jednak stwierdziłam, że zaproponuję swoją kandydaturę, bo czułam, że to jest praca dla mnie. Teraz wiem, że się nie pomyliłam, bo daje mi ona dużą satysfakcję. To jest praca twórcza i sprawcza, nie monotonna. Codziennie dzieje się coś innego, ludzie dzwonią z różnymi problemami i ta praca przekłada się na ich życie. To jest taka służba publiczna.

Byłam najmłodszym kandydatem. Wydawało mi się, że mieszkańcy mogą nie chcieć głosować na młodą kobietę, bo może im się wydawać, że to ryzykowne posunięcie z uwagi na obowiązki rodzinne, więc bardzo walczyłam o głosy wyborców. Nie wiedziałam, czy społeczeństwo jest gotowe, aby wybrać młodą kobietę na wójta, tym bardziej po takim wójcie, jakim był Marek Lasocki, który jest dla mnie niedoścignionym wzorem samorządowca. Moja babcia miała proroczy sen, w dniu drugiej tury wyborów powiedziała, jakim stosunkiem głosów wygram, i to się sprawdziło.

Miała pani obawy, jak pogodzić bycie mamą, żoną i wójtem?

– Miałam wielkie pragnienie zostania wójtem, chciałam zrealizować swoje ambicje, a wtedy mąż i nasza rodzina chyba nie do końca wiedzieli, na co się piszą i z czym to będzie się wiązało. Wójtem jest się 24 godziny na dobę. W pierwszej kadencji bardzo to wszystko przeżywałam, tę odpowiedzialność. Teraz śpię już spokojnie.

Spotkała się pani ze stereotypem i zdziwieniem: jak to, kobieta u władzy?

– Na początku tak, zwłaszcza w pierwszej kadencji, gdy miałam 33 lata i niektórzy dziwili się, widząc mnie na różnych oficjalnych spotkaniach. Kiedyś na przykład pojechałam na spotkanie dotyczące podsumowania roku przez energetykę i na sali było kilkadziesiąt osób w granatowych garniturach, sami mężczyźni, a ja jedna w zielonej sukience. Panowie co prawda się uśmiechali, ale dla mnie to była niezręczna sytuacja. Od tamtej pory bardziej przemyślanie dobieram garderobę, stawiam na ciemniejsze kolory.

Czy to, że gminą kieruje kobieta, przeszkadza czy pomaga w codziennej pracy wójta?

– To nie ma znaczenia, jak ktoś chce się zaangażować w pracę, to bez względu na płeć może to zrobić. Na pewno są aspekty, na które bardziej zwracam uwagę, np. kontakt z dziećmi czy sprawy społeczne. Jednak nie boję się też budowy dróg, nawet bardzo to lubię, no może nie przepadam za sprawdzaniem przepustów i wchodzeniem w gumiakach do rowu, ale jak trzeba, to też sobie z tym radzę. Na pewno w wielu aspektach opieram się na wiedzy fachowców, słucham, co mówią inni. Miałam podstawy hydrauliki i budownictwa na studiach i to mi pomaga w pracy. Nie odczuwam dyskryminacji, dlatego że jestem kobietą. Po urzędzie chodzę w szpilkach, ale w razie czego mam też kalosze do pracy w terenie. Nie czuję, żeby kobiecość przeszkadzała mi w tym, co robię. Na pewno mam większą wrażliwość na niektóre sprawy.

Czy urząd gminy jakoś się zmienił pod pani rządami?

Na pewno udało mi się zmienić podejście pracowników, zwiększyć zaangażowanie do organizowania wydarzeń na terenie gminy, takich jak festyny czy warsztaty dla dzieci, co staramy się robić własnymi siłami. Pokazałam im wrażliwość, zburzyliśmy mit urzędasów. Moi pracownicy mają bardziej ludzkie podejście, starają się wyjść do ludzi nawet podczas takich spotkań czy festynów. Organizowaliśmy wspólnie koncerty, spektakle, plenery malarskie. Jestem społecznikiem, stąd bierze się ta chęć pomocy innym.

Zamykając drzwi urzędu, zostawia tam pani sprawy zawodowe czy zabiera je do domu?

Teraz nauczyłam się już to rozgraniczać. W domu przebieram się w wygodny dres, gotuję, piorę, sprzątam, relaksuję się. Po godzinach najbardziej lubię czytać książki. Uwielbiam też prasować i uważam, że jestem w tym mistrzem (śmiech). Wyprasuję każdy detal ubrania i sprawia mi to radość, jestem w tym perfekcyjna. Oglądam dobry film i zasuwam z prasowaniem.

A w domu kto rządzi? Pani wójt czy mąż pani wójt?

– Są sprawy, w których bezwzględnym szefem jest mój mąż, ale w innych to ja podejmuję decyzje. Myślę, że w tych domowych sprawach dobrze współpracujemy, wspieramy się i działamy na zasadzie partnerstwa. Choć pewnie mój mąż stwierdziłby, że ja mam więcej do powiedzenia. Kilka razy usłyszałam od niego w żartach: „Tu nie ma twojej gminy i tu nie rządzisz” i pewnie miał rację. To kwestia przełączenia się na tryb domowy.

Czy bycie wójtem zmieniło panią jako kobietę?

– Na pewno bardzo dorosłam, zyskałam grubą skórę, bo w tej pracy trzeba mierzyć się też z hejtem. Stałam się silniejsza, ta praca mnie wzmocniła, stałam się mniej podatna na krytykę innych. Jestem odważną kobietą i nigdy nie patrzyłam na to, że coś mnie ogranicza, chyba że szpilki, bo wtedy wolniej chodzę (śmiech).

Sylwetka
Karolina Zowczak pochodzi z Radwankowa Szlacheckiego w gminie Sobienie-Jeziory, obecnie mieszka w gminie Wilga w miejscowości Trzcianka. Niedawno skończyła 40 lat, ma dwójkę nastoletnich dzieci. ­Syn jest w drugiej klasie liceum, a córka w ósmej klasie szkoły podstawowej. Dorastali, gdy mama była już wójtem. Pani Karolina przyznaje, że bycie wójtem oznacza bycie człowiekiem zajętym 24 godziny na dobę, więc czasu na dom jest znacznie mniej niż w innych pracach.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.