Wszyscy byliśmy gotowi na śmierć

Dom Seniora nad Świdrem w Otwocku. Tu, w pięknej, malowniczej okolicy z dala od zgiełku i szumu miasta, mieszkają dwie dzielne kobiety: Anna Teresa Wyganowska-Eriksson i Alina Jasińska-Matuszewska. Obydwie są warszawiankami ze Śródmieścia, brały aktywny udział w Powstaniu Warszawskim jako łączniczki AK. Kilkunastoletnie dziewczyny, którym wojna przerwała pełne pasji, marzeń i planów życie, po wielu latach przyznają: – Myśmy się wtedy wszyscy gotowali na śmierć, nie mieliśmy poczucia żadnego bohaterstwa. Jednak dziś wiemy, że są bohaterkami. Gdyby nie postawa takich jak one, kto wie, gdzie bylibyśmy teraz…

15 lutego pani Anna Teresa Wyganowska-Eriksson obchodziła 95. urodziny. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała tylko 18 lat. Dziś mówi się: piękny wiek, tylko raz ma się 18 lat, trzeba korzystać z życia. Jej koleżanka z otwockiego Domu nad Świdrem Alina Jasińska-Matuszewska była o rok młodsza. Obydwie zamiast „korzystać z życia”, działały m.in. jako łączniczki. Po latach pierwszej młodości w wojennych warunkach, później aktywności zawodowej i życia na pełnych obrotach jesień życia spędzają spokojnie w cichej przystani w leśnej okolicy nad rzeką. Czy wracają we wspomnieniach do zdarzeń z czasów powstania? Czy mają poczucie, że były wtedy bohaterkami? Mimo niesprzyjających okoliczności związanych z trwającą pandemią udało się nam porozmawiać z „wojennymi dziewczynami”, jak niektórzy nazywają kobiety z tego pokolenia.

Wracają panie pamięcią do lat wojny, do Powstania Warszawskiego?

Alina Jasińska-Matuszewska (AJM): – Trudno nie wracać do tego, co się przeżyło, trudno to w krótkim czasie opowiedzieć (śmiech).

Anna Teresa Wyganowska-Eriksson (ATWE): – Ja pamiętam to wszystko bardzo dobrze. Uważam, że powstanie było do wygrania, ale mieliśmy za mało amunicji, naboje od berlingowców nie pasowały do naszej broni. To była katastrofa. Przeszłam powstańczy szlak bojowy: Wola – getto – Muranów –  Stare Miasto – Czerniaków – Mokotów – Śródmieście, wszystkie dzielnice przeszłam ze Zgrupowaniem „Radosław”. To była moja jednostka. Wszystko skończyło się w Śródmieściu, wielu naszych przeżyło, bo poszło do niewoli. Za mną chodził mój dowódca i pytał: „Aniu, czy ty myślisz, że ktokolwiek przeżyje powstanie?” Wszyscy byli przygotowani na śmierć, dlatego że Niemcy traktowali nas jak bandytów. „Polacy to bandyci” – tak tłumaczyli swoim żołnierzom. Ja byłam przygotowana na śmierć. Każdy z moich kolegów wiedział, w jaki sposób najszybciej i bezboleśnie umrzeć.

AJM: – Ja powstanie zaczęłam na Żoliborzu. Byłam tam jeden dzień, ponieważ wszyscy wycofali się do Kampinosu, a ja z Żoliborza przeszłam na plac Krasińskich. Ponieważ mieszkałam w Śródmieściu, zgubiłam się i chciałam się tam dostać. Po drodze trafiłam do szpitala maltańskiego. Chciano, żebym była tam pomocą, ale ja miałam wtedy 17 lat i chciałam „zginąć za ojczyznę”, pełniąc inną funkcję. Zresztą całe szczęście, bo następnego dnia Niemcy rozstrzelali tam około 200 osób. Później udało mi się dotrzeć do Śródmieścia i tam w pierwszych dniach powstania był najbardziej radosny okres. Na przykład na Tamce w oknach ludzie mieli adaptery. Puszczano marsze i „Warszawiankę”, wieszano sztandary. Ludzie się cieszyli, że nareszcie będzie dobrze. Dopiero później ta radość zaczęła przygasać. Ludzie siedzieli tygodniami w piwnicach, umierali z głodu. Entuzjazm gasł. Oczywiście były też formy pomocy: kolumny cywilów z narażeniem życia przenosiły żywność do Śródmieścia. Była też „Pomoc Żołnierza” – organizacja, w której kobiety w średnim wieku organizowały pomoc, takie gospody. To było naturalne, bo trudno, żeby takie panie mecenasowe były łączniczkami 20-letnich chłopaków. Pojawiały się jednak coraz większe problemy. Zrzucano bomby, po których ludzie umierali, a ciała się kurczyły. To było okropne. Pamiętam, że myślałam wtedy, że straszna jest ta śmierć za ojczyznę. Na naszych oczach rozlatywały się domy, ludzie masowo ginęli. Pamiętam taką sytuację: byłam na rogu ulicy Górskiego i znalazłam się w kamienicy, która runęła. W około 20 osób zostaliśmy w zasypanej piwnicy. Straszna świadomość: nikt nas nie wyratuje, nie mamy jedzenia, światło po jakimś czasie się wypaliło, kobiety płakały, dookoła unosił się pył. Rozpacz i beznadzieja. Jednak po ośmiu godzinach udało się nam wydostać. W piwnicy były łopaty i kilofy przeciwpożarowe. Dzięki temu przebiliśmy się do sąsiedniej kamienicy. W czasie powstania komunikacja odbywała się piwnicami – między domami były poprzebijane ściany i tymi szlakami oprócz kanałów się poruszaliśmy. Udało się nam wydostać.

Te wspomnienia wciąż wywołują ogromne emocje?

AJM: – Ciągle mam w pamięci inną sytuację: w gmachu PKO na rogu ulic. Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej była taka gospoda „Pomocy Żołnierza”, oprócz tego szpital, oddziały, które tam walczyły. Pamiętam jedną mszę, która została tam odprawiona. Zapamiętałam taki obraz: gmach płonie, wszystko zasypane szkłem i gruzem, ksiądz w granatowym drelichu ze stułą odprawiał w taki bardzo teatralny sposób tę mszę, dając nam „absolutorium dla idących na śmierć”. Ksiądz odpuścił nam grzechy i wygłosił przemowę, zwracając się do nas: „Jesteście młodzi, całe życie przed wami, a wyście właściwie poświęcili się dla Polski, dla sprawy, więc już odkupiliście swoje grzechy”. Myśmy klęczeli w tym szkle, w gruzach i wszyscyśmy płakali. Wtedy to było dla nas bardzo tragiczne.

Albo inne wspomnienie. Mieszkałam blisko placu Zbawiciela, nasz dom z jednej strony wychodził na niewybudowany plac od ulicy Śniadeckich. Miałam przepustkę i mogłam na chwilę przyjść do domu. Przebiegałam pod ostrzałem przez ten plac od strony ulicy Śniadeckich i wpadłam tam na chłopca, powstańca straszliwie rannego w brzuch. Ten chłopiec cały czas powtarzał: „Mamusiu, mamusiu, nie gniewaj się na mnie”. Chłopak umierał, a ja chciałam jakoś pomóc. Objęłam go i ja, 17-letnia dziewczyna, zaczęłam do niego mówić jako ta matka, którą on wołał: „Nie martw się, zaraz ktoś przyjedzie, będą cię ratowali”. Próbowałam go uspokoić. Chłopak zmarł, zostawiłam go. Wpadłam do naszego mieszkania, ojciec otworzył mi drzwi, dostałam ataku histerii, bo to było dla mnie straszne przeżycie. Pamiętam, że ojciec mnie przytulił, zaprowadzili mnie z mamą do łazienki, gdzie w wannie była zbierana woda do picia, ponieważ brakowało wtedy wody. Mama wsadziła mnie do tej wody i zmywała ze mnie gąbką krew tamtego chłopca. To było okropne.

ATWE: – Ja niestety pamiętam jeszcze straszniejsze historie, ponieważ myśmy byli bez przerwy w styczności z nieprzyjacielem. Byłam łączniczką liniową, bez przerwy przechodziłam z dzielnicy na dzielnicę. Walczyliśmy w tych miejscach do końca i dopiero w momencie, gdy sytuacja była bez wyjścia, przechodziliśmy kanałami do następnej dzielnicy i tam walczyliśmy. Cały czas na pierwszej linii, cały czas w styczności z wrogiem.

A czy pamiętają panie jakieś wesołe momenty?

AJM: – Z mniej tragicznych rzeczy mam takie wspomnienie: byłam kiedyś na ulicy Mazowieckiej i zaczęły ryczeć „krowy”. To były takie maszyny, które wydawały dźwięki jak ryk krowy. Kilka sekund było to słychać, a później leciał pocisk o dużej sile rażenia. Ja tam na tej Mazowieckiej usłyszałam ten ryk, wpadłam do pobliskiej piwnicy, ale przejście zatarasowała mi jakaś pani z obrazem przed sobą. Już po ataku powiedziałam jej, że wszyscy mogliśmy przez nią i jej obraz zginąć, a ona mi na to: „Moje dziecko, to jest mój portret, który namalowała malarka Maria Koźniewska, a ja nigdy nie byłam tak piękna, jak na tym portrecie, więc nie mogę się z nim rozstać”.

Czy te wszystkie przeżycia i wydarzenia miały wpływ na późniejsze życie pań?

ATWE: – Wspomnień trudno się było pozbyć. Napisałam książkę na ich podstawie, ale na mnie te wydarzenia nie wpłynęły, bo myśmy się nie przyznawali początkowo do naszej działalności. Ja dostałam się na Uniwersytet Jagielloński, zaczęłam studia. Dzięki temu, że milczałam, nie mówiłam, że należałam do Armii Krajowej, skończyłam te studia. Pamiętam, jak na drugim roku wyczytano całą listę 48 osób, które musiały opuścić uczelnię (AWF). Dzięki temu, że nie opowiadałam o przeżyciach wojennych, skończyłam studia, w innym wypadku to nie byłoby możliwe. Początkowo przyznawanie się do powstańczej historii nie było możliwe. Ja zawsze starałam się 1 sierpnia być na cmentarzu i w ten sposób uczcić pamięć powstańców, ale były takie sytuacje na cmentarzu, że widząc kolegów z powstania, nie mieliśmy odwagi, żeby się przyznać do tego, że się znamy i byliśmy razem w powstaniu. Baliśmy się aresztowania. AK-owcy byli wtedy prześladowani.

AJM: – Po wojnie nie mieliśmy uczucia bohaterstwa. Żadne z nas się do tego nie przyznawało. Moja koleżanka, z którą byłam w oddziale, została aresztowana. Moja mama podarła mi wtedy wszystkie dokumenty dotyczące powstania, bo uważała, że koleżanka może coś powiedzieć i przy okazji mnie się dostanie. Wydaje mi się, że nasze pokolenie było twarde, bo myśmy nie celebrowali tego, co robiliśmy w młodości, tylko zacisnęliśmy zęby i chcieliśmy żyć. Ta Polska nie była taka, jakiej myśmy chcieli, ale była.

Zresztą z tym naszym bohaterstwem tak było od początku. W czasie powstania też nie było jakiegoś takiego nastroju, że jesteśmy bohaterami. To wszystko byli bardzo młodzi ludzie, licealiści, studenci. Myśmy uważali, że to coś naturalnego. Dlatego najtragiczniejszy był dla nas koniec powstania. Pod koniec ludzie mieli wszystkiego dosyć, byli niezadowoleni. Matki z dziećmi nie mogły już znieść tych kolejnych tygodni w piwnicy, bez wody, pieluch. Nasz oddział wychodził przez ulicę Śniadeckich od strony politechniki. Stali tam ludzie, którzy ocaleli i mimo tego niezadowolenia pamiętam, jak mężczyznom łzy się lały i wołali: „Żegnamy nasze dzieci”. Wszyscy przygnębieni, ludzie chcieli nawet popełniać samobójstwa, jak się powstanie kończyło. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie może ono dalej trwać: nie ma broni, nie ma jedzenia, wszędzie panował smród rozkładających się ciał, w łazienkach nie było wody.

Mimo tego całego zła, które panie doświadczyły, macie poczucie, że miałyście szczęśliwą młodość?

AJM: – W czasie okupacji myśmy się wszyscy uczyli. Nikt nam nie kazał, ale każdy chciał. Całe szkolnictwo było w podziemiu, ale tam odbywały się normalne lekcje, egzaminy. Ja wychowywałam się w domu, w którym była czwórka młodzieży: ja z młodszym bratem i dwoje kuzynów. Siłą rzeczy strasznie dużo się przez ten dom młodych ludzi przewijało. Mnie się wydaje, że my byliśmy bardziej dziecinni, niż obecne 16-17-latki. Z jednej strony mieliśmy szkołę odpowiedzialności: z naszej czwórki każde było członkiem jakiejś grupy, ale my o tym w ogóle nie opowiadaliśmy. To był jakiś rodzaj powagi. Jednocześnie myśmy się spotykali, chodzili na wieczory autorskie, gdzie czytaliśmy swoje wiersze, były i tańce. Z jednej strony była ta straszna okupacja, z drugiej my byliśmy młodzi i chcieliśmy żyć.

Był taki moment, że mój oddział był na ulicy Moniuszki i któregoś dnia jakiś chłopak przyniósł adapter. Włączyliśmy go i zaczęliśmy tańczyć. Nagle otwierają się drzwi, wpada porucznik i mówi: „Ludzie giną, a ci gówniarze tańczą” i wyrzucił nasz adapter przez okno. Ale tacy właśnie byliśmy: młodzi i też chcący się bawić. Myślę, że naszą postawę dobrze podsumował mój ojciec w dniu, w którym nas zawiadamiano, że będzie powstanie. Do całej naszej czwórki powiedział wtedy: „Ja jestem przeciwny powstaniu, uważam, że jest bezsensowne, zniszczy się miasto, najlepsi z was zginą, ale myśmy tak was wychowali, że musicie iść do tego powstania”. I tak było.

Rozmawiała Sylwia Wysocka

Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu dziękujemy personelowi Domu Seniora nad Świdrem i Urzędowi Miasta Otwocka

Sylwetki

Powstańcze wspomnienia obu bohaterek są dostępne w archiwum historii mówionej prowadzonym przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

Anna Teresa Wyganowska-Eriksson, ps. Ania, Ewa

Łączniczka z plutonu pancernego Batalionu „Zośka” ze Zgrupowania „Radosław”. Odznaczona dwukrotnie Krzyżem Walecznych, autorka książki „Pluton pancerny w Powstaniu Warszawskim” w trakcie powstania walczyła w III Obwodzie „Waligóra” (Wola) Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej. Następnie, po wycofaniu oddziałów wolskich do Śródmieścia, była łączniczką w Zgrupowaniu „Radosław” – batalionu „Czata 49” – w Kolumnie Samochodowej. 17 sierpnia 1944 r. na Starym Mieście przeszła do batalionu „Zośka” do plutonu pancernego „Wacek”, gdzie była łączniczką dowódcy plutonu. W 1969 r. ujawniła swoją działalność w AK i została członkiem Środowiska Byłych Żołnierzy Batalionu „Zośka”. Jest członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. W 1971 r. wyemigrowała do Szwecji, gdzie była nauczycielką w szkole, obecnie mieszka w Otwocku.

Alina Jasińska-Matuszewska ps. Ala Rawicz

W czasie Powstania Warszawskiego łączniczka, która działała w Armii Krajowej – I Obwód „Radwan” (Śródmieście) – podobwód „Sławbor” (Śródmieście-Południe) – odcinek wschodni „Bogumił” – batalion „Miłosz” – 1. kompania – poczet dowódcy. Po powstaniu znalazła się w niewoli niemieckiej jako jeniec Stalagu X B Sandbostel, następnie VI C Oberlangen. Swoje wspomnienia spisała i wydała w niewielkim nakładzie.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.