Hipnotyzujące rytmy w Radości

Dalbergia Duo to kobiecy duet marimbowo-perkusyjny założony w 2017 roku. Tworzą go Anna Rutkowska i Julianna Siedler-Smuga. Ich występy są mieszanką delikatności i żywiołowej siły kobiet. Potrafią rozpościerać przed słuchaczami malownicze muzyczne pejzaże. Tej zimy artystki często pracowały w Kulturotece w Radości i tam też zarejestrowały wyjątkowy koncert. O fascynacji marimbą i muzycznych pasjach z JULIANNĄ SIEDLER-SMUGĄ (mieszkanką Wawra) i ANNĄ RUTKOWSKĄ rozmawia Przemek Skoczek

Zacznę od nazwy. Dalbergia to gatunek drzewa, czy dobrze zgaduję, że ma to związek z budową instrumentu?

Julianna Siedler-Smuga: – Tak, dalbergia to łacińska nazwa drzewa różanego, z którego pozyskiwane jest drewno wykorzystywane do produkcji sztabek marimby.

Proszę opowiedzieć o marimbie – jest dość egzotycznym instrumentem.

JSS: – Historia marimby na świecie sięga bardzo dawnych czasów, za jej pierwowzór uważany jest afrykański balafon, natomiast ścieżki wędrówki i rozwoju są dość zawiłe i prowadzą przez wiele kontynentów.

Anna Rutkowska: – Ze względu na obszary, na których występuje wspomniane drewno, takich jak Afryka czy Ameryka Południowa, ten instrument jest dla nas egzotyczny, natomiast dla mieszkańców wymienionych kontynentów marimba jest instrumentem natywnym, czyli ludowym. Należy do grupy perkusyjnych idiofonów melodycznych, czyli po pierwsze: jest instrumentem, z którego brzmienie wydobywa się przez uderzanie pałkami, a po drugie, płytki składające się na klawiaturę pod wpływem uderzeń brzmią całą swoją powierzchnią.

Dlaczego właśnie marimba i instrumenty perkusyjne? Znakomita większość dziewcząt, które rozpoczynają naukę muzyki, wybiera fortepian lub skrzypce.

JSS: – Dokładnie tak było i w naszym przypadku. Ja w zerówce wybrałam skrzypce. Uczyłam się na lekcjach prywatnych, a naukę kontynuowałam w Państwowej Podstawowej Szkole Muzycznej im. H. Wieniawskiego w Łodzi. W czwartej klasie podstawówki dołączył fortepian dodatkowy. Niestety „nie dogadywałam się” z instrumentem smyczkowym na poziomie wirtuozowskim, więc zmieniłam instrument i w ten sposób naukę na instrumentach perkusyjnych rozpoczęłam w szkole muzycznej drugiego stopnia, czyli od siódmej klasy.

Co ciekawe, to moja starsza siostra podrzuciła mi myśl o wyborze perkusji, a ja po pierwszych zajęciach pokochałam to instrumentarium całym sercem. Przed zmianą instrumentu szkoła przekazała moim rodzicom, że zamykają klasę perkusji, co okazało się nieprawdą, jakiś błąd w przekazie informacji. Już byłam gotowa zostać oboistką (śmiech). A tutaj nagle w trakcie lekcji języka polskiego dyrektor od spraw muzycznych zaprasza mnie do gabinetu i pyta o moją decyzję w sprawie zmiany instrumentu i ze zdziwieniem stwierdza, że nie mieli w planach zamykać klasy perkusji. Do tej pory nie wiem, skąd wynikło to nieporozumienie. Teraz zastanawiam się, czy nie był to lekki sabotaż ze strony rodziców obawiających się mojego ćwiczenia w domu (śmiech).

AR: – W moim życiu od początku towarzyszył mi dźwięk fortepianu. W naszym skromnym mieszkaniu na blokowisku pięknie rzeźbione pianino było dla mojej siostry, a później także dla mnie, jednym z ważniejszych elementów wyposażenia. Wychowana na romantycznych dźwiękach Chopina, Liszta czy wyszukanych strukturach polifonicznych Bacha, wykonywanych w domu przez starszą siostrę, której wrażliwość muzyczna i kunszt były doceniane na wielu konkursach w kraju i za granicą, gdy miałam pięć lat, zamarzyłam o graniu na tym instrumencie. Rodzice kierowali moją edukacją fortepianową do 14. roku życia i wtedy nastąpił młodzieńczy bunt. Jak to w życiu nastolatków bywa, zapragnęłam czegoś naj, czegoś bezprecedensowego i jak na życzenie usłyszałam dźwięki marimby. Wtedy postawiłam sobie klarowny cel dostania się do klasy perkusji.

Pierwszy kontakt z brzmieniem marimby to dźwięki dochodzące z piwnic budynku Zespołu Szkół Muzycznych im. Ludomira Różyckiego w Kielcach, które hipnotyzowały mnie całkowicie podczas zajęć z teorii. W tych piwnicach mieściła się klasa perkusji – najbardziej tajemnicze miejsce w szkole. Nie będąc jeszcze jej uczennicą, między zajęciami siadałam przy drzwiach i podsłuchiwałam grę starszych kolegów. Z czasem dołączyłam do perkusyjnej braci i zaczęłam eksplorować marimbowy repertuar. Pożyczanie i przegrywanie płyt stało się uzależniającym hobby i przy okazji przesłuchania jednej z nich, „Marimba Spiritual” Katarzyny Myćki z 1997 roku, po raz pierwszy w życiu usłyszałam intrygującą harmonię i dzikie rytmiczne brzmienia, które absolutnie nie mieściły się w ramach mojej ówczesnej percepcji. Kompozycje, których autorami byli Keiko Abe i Minoru Miki, zestawione na płycie z utworami europejskich twórców przyniosły ze sobą kompletnie nowe pomysły, a charakter tych dzieł był jakby z innego świata. Na tamte czasy dla mnie nie do opisania. Myślę, że to był punkt zwrotny w moim muzycznym życiu. Tutaj zrodziła się także fascynacja kulturą, sztuką i estetyką Japonii i ciągłe dążenie do pogłębiania wiedzy na ten temat.

Marimba ma dość prostą konstrukcję, przepraszam za to porównanie, ale wygląda jak duże cymbałki. A jednak żeby osiągnąć mistrzostwo, potrzeba długich lat nauki.

JSS: – To prawda. Ja w gimnazjum trafiłam do wspaniałej nauczycielki i cudownej osoby, Małgosi Kolasy. Małgosia jest pedagogiem z powołania, zawsze doceniała mój wkład pracy i umiejętności, dodawała wiatru w żagle i robi to do tej pory. Zaprzyjaźniłyśmy się przez te wszystkie lata.

W Akademii Muzycznej im. Bacewiczów w Łodzi trafiłam pod skrzydła kolejnej niesamowitej perkusistki, prof. Urszuli Bereźnickiej-Pniak. Pani profesor również ogromnie mnie wspierała i w dalszym ciągu wspiera moje działania. Nauczyła mnie perkusji „życiowej”. Podczas studiów w Łodzi graliśmy bardzo dużo koncertów w zespole perkusyjnym, to nauczyło mnie szybkiej mobilizacji, czytania a vista i pracy w zespole. Pani profesor nigdy nie zabroniła mi wyjazdu na kursy mistrzowskie do innych pedagogów, a czasem zdarzają się tacy profesorowie, i wyjazdu na stypendium Erasmus do Brukseli. Sama edukacja perkusyjna w różnych szkołach trwała od 2001 do 2018 roku, w tym trzy magisterki (z perkusji klasycznej, marimby i teatru perkusyjnego) i doktorat, który dotyczył poszukiwań nowych brzmień na marimbie w nowej muzyce. Co ciekawe, wcale nie lubię studiować: układać siatki godzin, przystępować do egzaminów, ale uwielbiam poszerzać swoją wiedzę i rozwijać umiejętności w kierunkach, które mnie interesują.

AR: – Jak wspomniałam, pierwsze podrygi perkusyjne miały miejsce w szkole w Kielcach. Mój ówczesny nauczyciel widział we mnie potencjał i dało mi to dużo motywacji. Dzięki niemu także poznawałam zawodowych perkusistów, którzy chętnie dzielili się swoim doświadczeniem zawodowym zarówno w grze zespołowej, jak i orkiestrowej.

Kolejnym przystankiem na mojej perkusyjnej ścieżce był Kraków i tamtejsza Akademia Muzyczna. Jeszcze jako uczennica słyszałam o wybitnym krakowskim perkusiście, profesorze, który wspaniale rozwinął scenę perkusyjną w Krakowie, a także skupiał wokół siebie młodych adeptów pasjonujących się bębnami i instrumentami perkusyjnymi wszelkiej maści. Prof. Jan Pilch przyjął mnie pod swoje skrzydła w 2005 roku i do tej pory jest moim ogromnym autorytetem. To dzięki niemu znalazłam w sobie pokłady energii, aby dalej szukać mojej ścieżki. Profesor zapewniał nam, studentom, możliwość zaprezentowania się podczas organizowanego co roku Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego „Źródła i Inspiracje”, co także przyczyniło się do moich pierwszych sukcesów – w 2008 roku zostałam laureatką XII Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej. Po uzyskaniu tytułu magistra sztuki, za namową prof. Pilcha, podjęłam studia doktoranckie, dzięki którym prowadziłam badania poświęcone muzyce japońskiej.

Obie panie jesteście artystkami z doświadczeniem dłuższym niż historia duetu. Jak nawiązałyście współpracę?

JSS: – Bardzo intensywnie pracowałam na doangażach w rozmaitych orkiestrach, głównie w JSS Orkiestrze Filharmonii Łódzkiej, Teatru Wielkiego w Łodzi, Filharmonii Kaliskiej. Od 2012 roku zaczęły pojawiać się również projekty solowe i kameralne, przede wszystkim w dziedzinie muzyki współczesnej. Pracowałam również ze Suavasem Lewym przy produkcji słuchowisk, a także tworząc oprawę muzyczną do działań scenicznych, takich jak choćby Krakowski Salon Poezji w Łodzi.

Od czasów studiów w Łodzi marzyło mi się jednak założenie własnego zespołu perkusyjnego. Szukałam cały czas kogoś, kto miałby podobne marzenie. W ten sposób w 2013 roku powstał mój duet Equilibri Duo z Tzu-Chun Chen „Amber”. Niestety, geografia nie podziałała na naszą korzyść. Amber mieszkała w Belgii, później w Hiszpanii. Zagrałyśmy wspólnie kilka koncertów w Polsce i Belgii, kilkakrotnie poprowadziłyśmy również kursy mistrzowskie dla uczniów i studentów klas perkusji szkół i uczelni muzycznych. Ostatecznie o naszej przyszłości w 2017 roku zadecydował los. Amber musiała wrócić na Tajwan, a ja w panice szukałam zastępstwa na umówiony grudniowy koncert. Skład osobowy musiał być żeński, dlatego nawiązałam współpracę z Anną i rozpoczęłyśmy działalność jako Dalbergia Duo.

Czy na marimbie można zagrać wszystko? Jakie daje możliwości, a jakie są ograniczenia?

JSS: – Pytanie, co oznacza „wszystko”? (śmiech) Ja uwielbiam eksperymentować z jej brzmieniem, szukać nowych pomysłów. Granie na marimbie smyczkiem, piłeczkami do ping-ponga, gumkami recepturkami, spieniaczami do mleka, każdą częścią dłoni, na każdym fragmencie instrumentu – to jest mój żywioł! Lubię również jej klasyczne brzmienie, ale ciągnie mnie do nietypowego rozwoju. Czego nie można na niej zagrać klasycznie? Z pewnością glissanda skrzypcowego, gdzie dźwięki zmieniają się o ułamki tonów, w grze solowej ogranicza nas liczba pałek do czterech używanych jednocześnie, choć technika sześciopałkowa jest coraz bardziej popularna, a są też pojedyncze utwory i na osiem pałek.

AR: – Marimba daje wiele możliwości brzmieniowych. Z czasem obserwujemy ogromny rozwój technik gry na tym instrumencie.

JSS: – Jeszcze w trakcie studiów rozpoczęłam współpracę z młodymi kompozytorami. Pani prof. Bereźnicka zawsze dbała o relacje z wydziałem kompozycji i mnie ta relacja przekonała. Uwierzyłam, że przyszłość naszego perkusyjnego instrumentarium jest w nowych kompozycjach i ścisłej współpracy z kompozytorami. Trzeba im przedstawiać możliwości brzmieniowe instrumentu, pokazywać, jakie mają opcje, rozwiewać wątpliwości, czasem zainspirować, zwłaszcza na początku ich kariery. W ten sposób miałam przyjemność współpracować z Kubą Krzewińskim, Niną Fukuoką, Arturem Zagajewskim czy Martą Śniady. Dzięki tak ścisłej współpracy powstają bardzo ciekawe utwory, kilka zostało skomponowanych specjalnie dla mnie, a teraz kompozytorzy tworzą dla Dalbergii.

Jak radzicie sobie artystycznie w czasie pandemii?

JSS: – Staramy się wykorzystać ten okres maksymalnie pod kątem planowania działań na czas po pandemii, tworzenia nowego repertuaru, pisania projektów, promowania duetu na dotychczas zgromadzonych materiałach. Pojawił się również czas na finalizację spraw związanych z endorsmentem i w ten sposób zostałyśmy artystkami Adams Percussion i Schlagkraft Mallets (endorsment polega na byciu „twarzą” marki, w tym przypadku produkującej instrumenty i akcesoria perkusyjne – przyp. red.). Gdybyśmy jeździły z koncertu na koncert, miałybyśmy mniej czasu na wymianę maili w tych sprawach.

Na ile ważna jest praca edukacyjna z dziećmi i młodzieżą?

AR: – Praca pedagogiczna to treść mojego życia, sztuka przekazywana z pokolenia na pokolenie. Obecnie uczę w mojej macierzystej szkole w Kielcach, a także w szkole muzycznej w Busku-Zdroju, gdzie zapuściłam korzenie. Pochodzę co prawda ze sportowej i trenerskiej rodziny, ale zauważam wiele wspólnych cech i zagadnień łączących sport i muzykę. Najpiękniejsza w uczeniu jest ciągła obserwacja uczniów, którzy z ciekawością rozwijają swoje pasje i skrzydła, wchodząc w kolejne etapy swojego życia.

JSS: – Według mnie ta praca jest ważna nie tylko pod kątem wychowywania kolejnych wirtuozów sztuki perkusyjnej, ponieważ doskonale wiemy, że wiele dzieci ma słomiany zapał. Chodzi też o wychowywanie nowego pokolenia melomanów!

Powiedzcie kilka słów o koncercie w Radości.

JSS: – Koncert powstał dość spontanicznie. Stał się barterem w zamian za udostępnione miejsce do wspólnego ćwiczenia podczas pandemii. Pani kierownik filii w Radości, Iza Toroniewicz, uwielbia dźwięk marimby, a my uwielbiamy na niej grać, więc to się zgrało. Liczymy na to, że koncert online będzie zapowiedzią dalszej współpracy live. Ze względu na szeroki target widowni WCK zdecydowałyśmy się na aranżacje muzyki klasycznej, głównie fortepianowej, wykonanej na dwóch marimbach.

Muszę też spytać o związki z Wawrem i wrażenia z życia w naszej malowniczej okolicy.

JSS: – Mieszkam na Wawrze już prawie półtora roku i tutaj jest cudownie! Cisza, spokój, piękna zieleń i wspaniali ludzie wokół, a jednocześnie blisko do tętniącego życiem centrum Warszawy. Wcześniej przez prawie pięć lat mieszkałam na Pradze-Południe i ta przeprowadzka była świetną odmianą. Moje dziecko mieszka tu od urodzenia i może cieszyć się urokami tej okolicy.    l

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.