Wielogłowy SMOK – rockowy ryk

Koncerty rockowe i punkrockowe w SMOK-u wychowały kilka pokoleń młodych ludzi, kształtując ich muzyczne gusta i przyczyniając się do zrodzenia się trwających do dziś przyjaźni. Artystyczne przedsięwzięcia Komuny Otwock pokazywały, czym jest sztuka niezależna – zbuntowana, anarchistyczna, prowokacyjna, dająca do myślenia. W klubie zawsze buzował twórczy ferment, bo przyciągał on ludzi, którzy mieli coś ciekawego i ważnego do przekazania

PRZEMEK SKOCZEK

Otwocki Klub SMOK istnieje od końca 1979 roku. Ma bogatą historię i zawsze proponował wiele form aktywności, łączył pokolenia, zapewniał rozrywkę i kontakt ze sztuką. W pierwszej dekadzie działała tam świetna kawiarnia (w miejscu obecnej biblioteki), w sali widowiskowej organizowano zajęcia dla dzieci, spektakle, koncerty, pokazy kabaretowe, zabawy seniorów, szalone dyskoteki i zebrania aktywu. O wczesnych latach funkcjonowania klubu pisaliśmy w poprzednim numerze. Teraz wchodzimy w lata 90., a to przede wszystkim czas szalonych akcji Komuny Otwock, koncertów, rockowej prosperity, ważnych wystaw i w ogóle artystycznego „haj lajfu”.

Czosnek anarchistyczny

O ile na początku wizytówką działalności SMOK-a były dyskoteki, o tyle w drugiej dekadzie stały się nią koncerty rockowe i wszystko to, co im towarzyszyło. Ten rozdział rozpoczęła w SMOK-u Komuna Otwock, anarchistyczna grupa artystyczno-społeczna, która powstała w 1989 roku.

– Pierwszy koncert Komuna zrobiła chyba jeszcze w „Jaraczu”, ale sala teatralna z rzędami siedzeń nie pasowała do koncertów punkowych czy hardcore’owych. Dość szybko przenieśli się do SMOK-a. Ja tu już wtedy pracowałem. Wcześniej przez pewien czas, przed wojskiem i po nim, byłem zatrudniony jako akustyk w „Jaraczu” – wspomina Jacek Grymuza, wieloletni kierownik klubu.

– To był świetny czas. Tym bardziej że właśnie zniknęła tzw. żelazna kurtyna, otworzyliśmy się na świat, a tam było mnóstwo zespołów bardzo ciekawych tego, jak wygląda ten nasz dziwny postkomunistyczny kraj. Przyjeżdżały do Polski, a Komuna, dzięki swoim kontaktom, wiele z nich sprowadzała do Otwocka. Oczywiście polskie kapele również. Oni wszyscy grali wtedy za piwo, jedzenie i jakieś spanie. Mało kto myślał o zarabianiu pieniędzy – wspomina.

Ten czas bardzo ciepło wspomina także Grzegorz Laszuk, jeden z założycieli Komuny Otwock i jej obecny lider. Dodajmy dla porządku, że obecnie to już Komuna Warszawa mająca siedzibę w stolicy.

– Wszystko zaczęło się od koncertu zespołu, w którym grałem, czyli Der Sos Fosgen. To było jeszcze w „Jaraczu”, pojawiło się trochę innych anarchizujących osób, między innymi „Słonek”, czyli Artur Setniewski, i Paweł Stankiewicz. Była w nas chęć działania i tak zawiązała się Komuna Otwock. Z Jackiem Grymuzą znałem się jeszcze z ogólniaka, więc w naturalny sposób zwróciliśmy się do niego i błyskawicznie znaleźliśmy wspólny język. Zawsze nas wspierał w naszych działaniach w SMOK-u. Robiliśmy tam wspólnie koncerty, które przyciągały ludzi z odległych stron. Warszawa cierpiała wtedy na deficyt klubów i najlepsze zespoły grały w Otwocku. Organizowaliśmy także spektakle, założyliśmy Galerię Miejsce, w której prezentowaliśmy sztukę, odbywały się w niej spotkania literackie, działała mała księgarnia. W klubie siedzibę miało też nasze pirackie radio Czosnek. Płaciliśmy Miejskiemu Ośrodkowi Kultury za możliwość korzystania z tej przestrzeni, ale to były jakieś symboliczne stawki. To wszystko sprawiało, że czuliśmy się przez te kilka lat współgospodarzem tego miejsca – ocenia po latach Grzegorz Laszuk. – To był superczas i wspominam go wspaniale, same dobre emocje, taka wspólnota działań, bo przyciągaliśmy wiele osób, które nie tylko przychodziły jako widzowie, lecz także włączały się, pomagały. To nas integrowało. Byliśmy inicjatywą oddolną, wtedy nawet bez statusu stowarzyszenia, ale aktywnie współtworzącą kulturę w Otwocku. Dzięki temu Komuna nie była tylko wymysłem konceptualnym, filozofowaniem, jakąś ekipą anarchistów, która drukuje plakaty z hasłem: „Róbcie z nami rewolucję!” Musieliśmy zajmować się bardzo konkretnymi rzeczami i realizować nasze cele w sposób praktyczny. To nas bardzo dużo nauczyło – dodaje Laszuk.

Pogo z kranem na pięści

Jacek Grymuza doglądał tego całego „pozytywnego bałaganu”. A działo się bardzo wiele, na sali potrafiło być po 300 osób. – Jak tłum ruszał w pogo, bałem się, że wielkie głośniki pospadają z drewnianych stolików, na których stały przy scenie. Na szczęście nikomu nic się nigdy nie stało. Pamiętam, że ówczesna kierownik Jolanta Misiewicz nie była zachwycona. Wolała dyskoteki, bo wydawały się jej bardziej cywilizowane – przyznaje.

Cóż, ówczesna rozbrykana młodzież alternatywna nie była tak grzeczna i dobrze wychowana jak dziś. Bywało ostro, a pod klubem dochodziło do bójek i awantur. – Nieraz trzeba było przeszukiwać przy wejściu różnych delikwentów. Znajdowaliśmy u nich łańcuchy albo urwane krany, które świetnie się sprawdzały jako kastety. Miałem całą półkę takich „sprzętów” odebranych na bramce – opowiada szef SMOK-a. Na szczęście zawsze było na sali kilku silnorękich kolegów, którzy w razie potrzeby pomagali mu ogarnąć co bardziej krewkich gości.

– Otwock miał zresztą wtedy taką specyfikę, która wyróżniała nas na tle innych miejsc w Polsce. Pod Remontem czy innymi klubami w kraju, gdzie odbywały się punkrockowe koncerty, można było dostać łomot od skinheadów. U nas rozrabiali metalowcy. Potrafili skroić punkowców na dworcu, w pociągach czy okolicznych krzakach. Zdarzały się potem akcje odwetowe – opowiada.

Wejście smoka

Gdy MOK przekształcono w OCK, był to rok 1997, za sterami nowej instytucji stanął Jan Tabencki, a Jacek Grymuza awansował na kierownika klubu i kontynuował rockowe tradycje. – Tamte lata to był żywioł, a ludzie łaknęli koncertów. Bez względu na to, kto przyjeżdżał, frekwencja była zawsze pewna. Na przestrzeni ostatnich 30 lat zorganizowaliśmy tu kilkaset koncertów. Grali na nich najlepsi polscy artyści, a czasem też zagraniczni. Wielokrotnie były u nas takie grupy jak: KSU, Farben Lehre, Dezerter, Hunter, Muzyka Końca Lata, Happysad. Występy Izraela, Armii czy Brygady Kryzys to było święto – Jacek zagląda do zeszytu, w którym prowadził swego czas skrupulatne notatki. – Mam w tej rozpisce 263 zespoły, ale to dotyczy tylko okresu do 2012 roku, potem już przerzuciłem się na komputer – wyjaśnia.

Wspominamy koncert Acid Drinkers z 2006 roku. Świetny, ognisty, ale mógł skończyć się tragicznie. – Ktoś zrobił taki dowcip, że drzwi, zarówno frontowe, jak i tylne, zamknął od zewnątrz na łańcuch. Na sali było ponad 200 osób. Koncert się skończył, a tu nie można wyjść. Przestraszyłem się nie na żarty. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby ktoś zaprószył ogień albo gdyby wybuchła panika. W końcu kilku chłopaków wyszło przez okno na boczny balkon, nie mieliśmy jeszcze schodów awaryjnych, więc zeskoczyli na blaszany daszek spożywczaka poniżej, z niego na ziemię i dopiero oni jakoś sobie poradzili z tymi łańcuchami – relacjonuje kierownik klubu.

SMOK dla wielu zespołów był też miejscem prób. Odbywały się one w piwnicznych salach, które też niejedno widziały. Tu ćwiczyli m.in.: Róże Europy, Happysad, Ewelina Flinta, Buzu Squat, w którym Jacek Grymuza był basistą. W klubie gościła również ekipa muzyków grających do kultowego spektaklu „Jeździec burzy” o Jimie Morrisonie (w składzie był otwocki perkusista Krzysztof Poliński). Pierwsze kroki stawiało tu wiele lokalnych bandów, jak choćby Oranżada, choć wtedy zespół nazywał się jeszcze The Trip, potem krótko Horror Vacui, a wreszcie Pawilony. Pamiętam też skład Fistaszki, Minus Band i wiele innych.

Ten ostatni to projekt muzyczny Krzysztofa Nowińskiego „Minusa”, który zasłynął wieloma talentami. Był też twórcą komiksów i autorem charakterystycznych rysunków, które witały wchodzących na parterze klubu. Nawiązywały one do filmu „Wejście smoka” i jego gwiazdy, czyli Bruce’a Lee. – „Minus” namalował je na stojących tam parawanowych ekranach i długo były naszą wizytówką. Tej instalacji nie ma tu od lat, ale okazuje się, że plansze przetrwały, są w magazynach Muzeum Ziemi Otwockiej. Może tu wrócą, choć na chwilę, przy okazji jakiejś wspomnieniowej wystawy – mówi Jacek Grymuza.

Ostatni bal Miss Babci

W pewnym momencie w SMOK-u aktywnie działały też lokalne składy hiphopowe. Odbywały się nawet imprezy techno i całonocne rave’y z warszawskimi DJ-ami. Organizowano występy kabaretowe i liczne spektakle. Zwłaszcza w ciągu tej ponad dekady, gdy „Jaracz” stał zamknięty.

Ważną część działalności klubu stanowią również wystawy, które odbywały się pod szyldem Galeria Smoke – nazwę wymyślił Grzegorz Muczke. Prezentowano malarstwo, rysunki, rzeźbę i oczywiście fotografie, bo to konik Jacka Grymuzy. Przez kilka lat SMOK organizował też świetny ogólnopolski konkurs fotograficzny „Oblicza ludzi”, w którym w kulminacyjnym momencie uczestniczyło nawet 300 osób z całego kraju. Przetrwał jednak tylko siedem edycji. Na więcej zabrakło pieniędzy. Są jednak plany, by do tej inicjatywy powrócić. Jak zresztą do wielu innych, o ile pozwoli na to pandemia.

Klub nie ograniczał się nigdy do tej alternatywnej działalności. Niezmiennie miał i nadal ma szeroką ofertę zajęć dla dzieci i młodzieży, przyciąga też seniorów. Przez wiele lat stałe miejsce w kalendarzu miały wieczorki taneczne, którym w pewnym okresie towarzyszyły wybory Miss Babci i Mistera Dziadka. Jedna z tych miss właśnie tu miała swój ostatni taniec. – To była nasza stała bywalczyni, zawsze elegancka, długie suknie, złote buty, zawsze świetnie się bawiła. Tego wieczora zeszła z parkietu po ostatnim utworze, rozemocjonowana, uśmiechnięta. Siadła na krześle i na nim zmarła. Myślę, że to piękna śmierć. Jak aktora na scenie albo zdobywcy na szczycie góry – przyznaje Grymuza.

Klub wychodził też z różnymi inicjatywami na zewnątrz. Zawsze angażował się w działania MOK-u, a potem Otwockiego Centrum Kultury. Wiele takich wydarzeń zorganizowano w parku miejskim, ale kilka imprez odbyło się także przy ul. Górnej, na placu przy hurtowni TWF. – Właścicielka hurtowni, pani Danuta Tipolt, która miała zacięcie społeczne, nie tylko udostępniała miejsce, lecz także wspierała nas jako sponsor. Występowały dzieci, ukraiński zespół, który przez dłuższy czas rezydował w klubie. Gwiazdą jednej z takich dużych imprez był zespół Fanatik, ówczesna sława disco polo. Ich przebój „Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem” śpiewała cała Polska – opowiada ze śmiechem Grymuza.

Żywioł osłabł, ale zapał jest

SMOK idzie od lat swoją sprawdzoną ścieżką. Gusta i oczekiwania publiczności są jednak inne. Jeszcze 10 lat temu koncerty przyciągały tłumy, ale wraz z rozwojem internetu i dostępnością do muzyki zaczęło się to zmieniać. – Wydaje się, że nic nie zastąpi żywego kontaktu z artystami podczas koncertu, ale mam wrażenie, że obecne pokolenie patrzy na to inaczej. Nie wszyscy, nie zawsze, ale zmiana jest wyraźna. W ostatnich latach zdarzało mi się odwoływać koncerty, które na logikę powinny być pewniakami. Po prostu nie było wystarczającego zainteresowania, choć to „całkiem znane marki”. Przykre to – ocenia Jacek Grymuza. – Za to udawały się świetnie koncerty zupełnie nierockowe. Tak było z Grażyną Łobaszewską, Edytą Geppert, Michałem Bajorem czy Piotrem Bukartykiem – przyznaje.

Być może teraz, jeśli tylko sytuacja na to pozwoli, zainteresowanie koncertami będzie większe, bo ludzie za nimi tęsknią. Życie wróci nie tylko na scenę, lecz także do sali prób. – Za nami są pewne drobne prace remontowe w piwnicy i mamy nadzieję, że po otwarciu placówki wznowimy działalność sali prób. Często dostajemy w tej sprawie zapytania i telefony. Jest na to zapotrzebowanie i chcemy tę tradycję wznowić. Nadal mam fajną ofertę zajęć dla najmłodszych. Działa u nas Uniwersytet Trzeciego Wieku, ćwiczy tu Otwocka Orkiestra Dęta. Cały czas coś się dzieje, ale nie możemy się doczekać otwarcia klubu. Jesteśmy gotowi na powrót do gry! – deklaruje kierownik SMOK-a.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.