Wielkanoc o zapachu karbidu

Anna Szymańska-Petryk jest skarbnicą wiedzy o Otwocku. Mieszka tu całe życie, od urodzenia pod tym samym adresem, w samym sercu miasta. Dzieje Otwocka to jej pasja, choć nie jest historyczką. Żartuje, że jej specjalnością jest „historia plotkarska”, czyli wspominki, opowieści o ludziach i miejscach, anegdoty. Bez trudu dała się namówić na rozmowę o Otwocku sprzed kilku dekad, a dokładnie o czasie wiosennym i Wielkanocy

Anna Szymańska w czasach licealnych

Z ANNĄ SZYMAŃSKĄ-PETRYK i jej bratem ANDRZEJEM SZYMAŃSKIM rozmawia Przemek Skoczek

Do jakich czasów wrócimy pamięcią podczas tej rozmowy?

– Do lat 50. i 60. Co prawda moje wspomnienia z tej pierwszej dekady są dość mętne, bo miałam ledwie parę lat, dlatego zaprosiłam brata, który jest dziewięć lat starszy i obiecał mi służyć wsparciem (śmiech).

Święta to czas szczególny, który zapewne mocniej zapada w pamięć niż zwykłe dni.

– Niewątpliwie. Tym bardziej że Wielkanoc była zazwyczaj sygnałem do zmiany ubioru z zimowego na lżejszy, bo to przecież wiosenne święta. Grubsze odzienia szły do szafy, nadchodził czas płaszczy lub wręcz chodziło się „do figury”, czyli bez okrycia wierzchniego. Pamiętam też, że gdy byłam dzieckiem, symbolem wiosny było zastąpienie niewygodnych grubych rajstop podkolanówkami. Oczywiście nie zawsze tak się działo, bo śnieg na Wielkanoc też pamiętam, ale z reguły było już ciepło i słonecznie.

 Idealne warunki na śmigus-dyngus.

– Polewaliśmy się, oczywiście. To zawsze była ważna tradycja, jednak w tamtych czasach w tym polewaniu była zdecydowanie większa kultura. Nie było sytuacji, że po ulicach czy w pociągach latały hordy z wiadrami i oblewały, kogo popadnie, mocząc od stóp do głów, nie bacząc na to, czy to młoda dziewczyna, czy starsza pani, tak jak dzieje się to teraz. Owszem, zbierały się grupki znajomych i między sobą oblewały. W rodzinie też psikaliśmy się wodą. Każdy starał się przed Wielkanocą zaopatrzyć w jakiś pistolet na wodę.

No proszę, sądziłem, że taka „broń” to wynalazek nieco późniejszy.

– Nie były to takie kosmiczne konstrukcje jak obecnie, lecz proste pistoleciki, ale były. Chyba nawet wcześniej niż różne sikające wodą jajeczka i króliczki. Pamiętam też taką wyjątkowo upalną Wielkanoc, jakoś na początku lat 60.,gdy biegaliśmy po naszym podwórku i polewaliśmy się wodą z węża ogrodniczego.

Jak wyglądały przed laty tradycje świąteczne? Większość związana jest z folklorem i do miast trafia ze wsi. Były one żywsze niż obecnie?

– To zależy u kogo. W Otwocku było spore osadnictwo powojenne z okolicznych wsi i w tych domach zapewne tradycje wiejskie były bardziej obecne. U mieszczuchów, takich jak my, już mniej (śmiech). W sumie wyglądało to podobnie jak obecnie. W niedzielę palmową święciliśmy palmy, przed Wielką Sobotą malowaliśmy jajeczka. Najczęściej robiliśmy to specjalnymi farbkami do jajek, pakowanymi w papierowe torebeczki po pięć kolorów. Mam wrażenie, że jeszcze do niedawna sprzedawano farbki z tej samej wytwórni, co w czasach mojego dzieciństwa.

Nieco później poznałam jeszcze technikę zdobienia jajek woskiem. Brało się patyczek, wbijało doń szpilkę i moczyło jej główkę w roztopionym wosku, a potem krótkimi ruchami tworzyło rysunek. Potem jajko farbowano, zeskrobywano z niego wosk i zostawał wzorek. Inny sposób malowania woskiem pokazał mi przed laty mąż; blachę z puszki zawijało się w taki rożek z małą dziurką, do niego wkładało się wosk i podgrzewało to nad świecą, trzymając za rączkę z patyczka. Roztopiony wosk spływał przez dziurkę i tak zdobiło się jajko.

Co do kuchni, u nas na wielkanocnym stole obowiązkowo lądowała biała kiełbasa i ryba faszerowana (podobno według przepisu mojej prababki, która przed wojną prowadziła restaurację w Karczewie), ale nie było zwyczaju serwowania na śniadanie zup. Tymczasem w domu rodzinnym mojego męża i u wielu znajomych świąteczne śniadanie nie mogło obyć się bez jakiegoś barszczyku: białego, chrzanowego, ewentualnie żurku z kiełbasą, jajeczkiem i wędzonką. To zależało od tego, z jakiej części kraju pochodził zwyczaj. Mój mąż jest z okolic Zamościa.

Nie docierały wpływy folkloru kołbielskiego?

– Nie mieliśmy wtedy świadomości, że w okolicy jest taki folklor. Nie znało się choćby słynnych teraz wycinanek, ja sobie w każdym razie nie przypominam. Takim ośrodkiem sztuki ludowej była chyba Glinianka, ale do nas to raczej nie docierało. Trzeba pamiętać, że komunikacja publiczna między okolicznymi wsiami a Otwockiem była wtedy kiepska, a prywatne samochody były rzadkością i to stanowiło istotną barierę. Te odległości były przez to zupełnie inne. W czasach, o których mówimy, obecne dzielnice miasta, takie jak Świerk, Jabłonna czy Wólka Mlądzka, to były oddzielne wsie. A dojazdy z Pęclina czy Malcanowa – a miałam w klasie w liceum kolegów stamtąd, były utrudnione, bo autobusów PKS było mało, a jeszcze lubiły się spóźniać.

Teraz sobie za to przypominam, że na wsiach zupełnie inaczej wyglądało samo święcenie. Nie szło się z koszyczkami do kościoła, tylko wszyscy zbierali się w jednej chałupie, pewnie największej albo najbardziej reprezentatywnej, tam przyjeżdżał ksiądz i święcił pokarmy. Sama woda święcona nie była w kościołach oferowana jak dziś, w gotowych plastikowych buteleczkach. Przed wejściem stała wielka ocynkowana kadź albo balia, obok chochla, i panowała samoobsługa. Każdy nalewał sobie do własnego naczynia. Czasem był to flakonik po wodzie kolońskiej, czasem butelka po oranżadzie lub innych napojach. Zdarzały się też specjalne butelki z tłoczonym wizerunkiem Matki Boskiej, które przywoziło się z Częstochowy prawdopodobnie jako pamiątki z pielgrzymek.

Tu do rozmowy włącza się milczący dotąd Andrzej Szymański.

AS: – Pamiętam, że przed kościołem jako jeden z symboli wielkanocnych były też dostępne cierniowe gałązki, które nawiązywały pewnie do korony cierniowej. Po święceniu każdy je brał i zanosiło się do domu, ale nie pamiętam już, co tam z nimi robiliśmy. To zwyczaj od dawna u nas niepraktykowany. Była jeszcze jedna świąteczna tradycja, o której nie wspomniałaś, a mianowicie strzelanie!

AS-P: – No tak, oczywiście! W Wielkanoc zawsze było głośno. Strzelało się z pistoletów, tak zwanych korkowców i kapiszonowców. Kupowało się je w budkach na dawnym bazarze, a po jego likwidacji w pawilonach na rogu ul. Andriollego i ul. Bazarowej. Stoją zresztą do dziś, choć asortyment w nich już nie ten.

AS: – Korki produkował między innymi taki jeden lokalny rzemieślnik. To był delikatny towar, przewoziło się je zapakowane w wilgotnych trocinach, a jak te wyschły, to korki mogły eksplodować. I raz tak się właśnie stało. Cały transport wybuchł mu w pociągu. Kilkadziesiąt sztuk. Na szczęście skończyło się na huku, dymie i chwili strachu (śmiech).

Korkowce i kapiszonowce dotrwały i do czasów mojego dzieciństwa, choć nie kojarzę ich jako zabawek typowo wielkanocnych.

AS: – A jednak mają taki właśnie rodowód. W Wielkanoc strzelało się z czego popadnie. Najwięcej frajdy było ze strzelania z karbidu. Nie był to produkt handlowy dostępny dla każdego, więc aby go zdobyć, trzeba było mieć znajomości u spawaczy, którym służył do wytwarzania acetylenu. Karbid wrzucało się do puszki z nawierconym otworkiem, dolewało odrobinę wody, zamykało i czekało, aż karbid zacznie gazować. Dokładało się do otworku zapaloną zapałkę i fruuu! Był huk, puszka leciała w jedną stronę, a wieczko w drugą! Uwielbialiśmy to.

To trochę niebezpieczna zabawa.

AS-P: – Tak, dlatego to nie dzieci strzelały z karbidu, tylko dorośli. To była rodzinna zabawa, ojciec wszystko szykował i strzelał, a my byliśmy tylko widzami. Za to zabawą lubianą przez młodzież, ale zakazaną, było strzelanie z klucza.

AS: – Potrzebny był do tego duży klucz, na przykład od solidnej, starodawnej kłódki. Ważne, żeby na końcu tej poziomej części miał dziurkę. Do niej trzeba było dopasować gwóźdź o zbliżonej średnicy. Był zamocowany do klucza drutem. Do dziurki wsypywało się siarkę zeskrobaną z zapałek, wkładano gwóźdź do otworu i uderzało łebkiem gwoździa w coś twardego. Czubek gwoździa uderzał w siarkę, tak jak iglica w pistolecie, i następował wystrzał. Niestety zdarzało się, że klucz rozrywało i można było dostać odłamkiem. Zdarzały się poważne urazy i rany, więc ta zabawa była absolutnie zakazana.

Był jeszcze jeden wynalazek – gliniane kulki zmieszane z masą jak w korku i tym się rzucało o bruk czy ścianę. Wybuchało, aż miło! Jeszcze inny patent przywieźli do Polski Koreańczycy, którzy mieszkali przecież w Otwocku w latach 50., gdy u nich była wojna. Chodziłem z kilkoma do szkoły. Robili taką pseudobroń – drewniany pistolet, guma od weków z zamocowaną pinezką, a jako lufa długa maszynka od dętek rowerowych stosowanych do drewnianych obręczy, miała z pięć albo i siedem centymetrów. Strzelało się z kulek robionych z ołowiu i ta broń miała naprawdę sporą siłę rażenia. Cóż, ta strzelecka tradycja nie przetrwała do dziś.

Zdominowały ją sylwestrowe fajerwerki do kupienia na każdym rogu. Nie ma miejsca na samodzielną twórczość, ale może to i dobrze, byłoby więcej pourywanych palców.

AS-P: – Tu poruszył pan ważny temat. Teraz wszystko można kupić gotowe. Od jedzenia po świąteczne gadżety i ozdoby. Na upartego w jeden dzień można mieć gotowe święta. Dawniej tak to nie wyglądało, z zaopatrzeniem bywały kłopoty i same przygotowania trwały znacznie dłużej. Ten przedświąteczny nastrój miał czas narastać. To samo dotyczyło Bożego Narodzenia. Dziś w sklepie czekają oczyszczone i posztukowane kawałki drobiu. Kiedyś szło się na bazar i był do wyboru drób żywy, który można było sobie kupić na przykład dwa tygodnie wcześniej i na podwórku trochę podtuczyć. Był też drób bity, z piórami albo oskubany, wypatroszony lub nie.

AS: – Przecież mleko też kupowało się od handlarek, które przynosiły je na plecach w wielkich bańkach. W podobnych naczyniach przewożono też naftę, która, obok naftowej lampy, była bardzo ważnym produktem w każdym domu. Wyłączenia prądu zdarzały się bowiem bardzo często. Zresztą w latach 50. wiele okolicznych wsi było jeszcze bez prądu i wieczorami siedziało się tylko przy ampach albo świecach.

Wspomnienia zaczęliśmy od wiosny, ciepła, ubrań „do figury”. Jak dzieci i młodzież spędzali ten czas, gdy już można było wyjść z domów i bawić się na dworze?

AS-P: – Był luz. Na ulicach ruch niemal żaden, więc było bezpiecznie i mieliśmy dużo swobody. Szaleliśmy po okolicy na rowerach, zresztą nie tylko po okolicach, bo zdarzało mi się w wieku 10 lat pojechać z kolegami do Woli Karczewskiej. Fajnym miejscem do różnych ewolucji rowerowych był też teren bazaru. Warto przypomnieć, że wówczas bazar był tam, gdzie dziś straszy wielka dziura, jeszcze zanim powstały pawilony. Ten teren był znacznie mniejszy, bo granicę stanowiła ulica Karczewska, która wtedy prowadziła aż do ul. Świderskiej. Ulica Andriollego zaczynała się od ul. Powstańców Warszawy. W ogóle układ ulic w centrum był inny, można to zobaczyć na dawnych mapach.

Część terenu bazarowego, z utwardzoną ziemną nawierzchnią, stanowił plac dla furmanek wyposażony w jatki, czyli stoiska rzeźnicze, i tam handlowano z furmanek kartoflami, zbożem, warzywami, a nawet prosiakami, a także mięsem. Obok, za bodaj dwoma rzędami drewnianych budek, był tak zwany plac nabiałowy. Sprzedawano tam sery, jajka, drób, mleko w bańkach, masło w osełkach czy śmietanę. Plac ten otoczony był także drewnianymi budkami, w części których sprzedawano owoce i warzywa, a w części odzież, galanterię, pasmanterię, artykuły żelazne, części do rowerów oraz „szwarc, mydło i powidło”. Były tam też usługi szewskie i krawieckie. Handel trwał we wtorki i piątki, a w pozostałe dni plac był pusty. Ponieważ miał nawierzchnię z płyt chodnikowych, idealnie nadawał się do rowerowych harców.

AS: – Rower był też bardzo przydatny 1 maja. Obowiązkowy był udział w pochodach pierwszomajowych. Sprawdzano listę obecności. Każdy dostawał szturmówkę, czyli kawał czerwonej lub biało-czerwonej materii na kiju, i musiał z tym maszerować. Kiedy jednak miało się rowery, można było zorganizować się w grupę, nie targać tych szturmówek i jechać na rowerze. A najlepsze było po pochodzie, bo wtedy zawsze się urywaliśmy i jechaliśmy nad Świder na inauguracyjną kąpiel. Nie pamiętam roku, żebyśmy się nie kąpali 1 maja.

Gdzie były najlepsze miejsca do kąpieli?

AS-P: – Z rodzicami jeździło się nad Rokolę, tam była taka drewniana stanica rybacka na wodzie, z której korzystali wędkarze. Pamiętam wewnątrz długą, drewnianą pryczę wyłożoną siennikami, aby mogli sobie tam nocować. Były tam też wiosłowe krypy, którymi pływało się po jeziorze i z których skakało się do wody. Popularnym kąpieliskiem były też Doły Goldmana, zwłaszcza, że tuż-tuż płynął Świder i satysfakcję z kąpieli mieli i dorośli, i dzieciaki.

AS: – Nad Świdrem chodziło się przede wszystkim pod most kolejowy. Tam była głęboka woda i można było skakać. Najodważniejsi skakali nawet z mostu. Dość głęboko było też przy moście kolejkowym, czyli blisko obecnej plaży miejskiej. Był jeszcze stary drewniany most na ul. Górnej, ale tam było płyciutko. Trzeba pamiętać, że Świder włączono do Otwocka w 1952 roku i „lokalsi” niekoniecznie kochali się z otwocczanami. „Zabawy” w podtapianie były na porządku dziennym. Inna ciekawostka: przy moście kolejowym Świder z obu stron miał takie kamienne skarpy. Plażowało się między rzeką a tą skarpą. Proszę sobie wyobrazić, że miejscowi brali wędki, włazili na szczyty skarp i kradli na haczyk ubrania czy torebki. To była istna plaga (śmiech).

AS-P: – W dzieciństwie mieliśmy dużo swobody. Latało się po podwórkach od jednego do drugiego. Tu wszędzie były różne posesje, nie mieliśmy jeszcze w Otwocku tych wszystkich bloków i osiedli. Gdy znudziła się zabawa w jednym miejscu, to całą hałastrą lecieliśmy gdzie indziej. Bawiliśmy się w chowanego, berka, różne wojny, podchody. Wiele matek nie pracowało, więc gdy zgłodnieliśmy, zawsze któraś nakroiła chleba, skropiła wodą i posypała cukrem albo posmarowała smalcem i tym się zajadaliśmy. A potem dalej do zabawy. W domu, jeżeli się nie miało akurat jakichś obowiązków lub na przykład ochoty na czytanie, to się nie siedziało. Dziś trzeba dzieci odciągać od komputerów i telefonów. My nie mieliśmy takich pokus, choć pomału zaczęła już wkraczać telewizja. I niedługo po tym telewizor zyskał miano „złodzieja czasu”.

One thought on “Wielkanoc o zapachu karbidu

  • 2 kwietnia 2021 o 20:11
    Permalink

    Miło poczytać i przypomnieć sobie lata pięćdziesiąte i początek sześćdziesiątych.
    ps. budek było 5 rzędów (jeden trochę niepełny) i dwie alejki między nimi. Wzdłuż Karczewskiej stały budy u lady z mięsem i wędlinami przywożonymi przez rolników i rzemieślników.
    Budy były otwarte od poniedziałku do soboty, w odróżnieniu od handlu z wozów, ręcznego, który odbywał się we wtorki i piątki.
    Ciernie przynoszone do domu, pochodziły z ogniska, gdzie paliwem były zawsze gałązki cierniowe. (również akacja, itp).
    Pozdrawiam wszystkich i życzę radosnego spotkania ze Zmartwychwstalym.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.