Miłość, przyjaźń i nadzieja

Piłka ręczna: Jak hartowała się potęga MKS-u Karczew.

Jeżeli MKS Karczew zniknie ze sportowej mapy powiatu otwockiego, będzie to ogromna strata nie tylko dla lokalnego sportu, lecz także miejscowej społeczności. Klub założony pod koniec ubiegłego wieku przez Grzegorza Ankiewicza, wtedy funkcjonujący jako Szkolny Klub Sportowy Dwójka Karczew, to coś więcej niż tylko grupa zawodniczek grających w piłkę ręczną. Świadczą o tym zarówno klubowe gabloty uginające się pod ciężarem kolejnych pucharów, jak i historia oraz wspomnienia byłych reprezentantek MKS-u.

MARCIN SULIGA

Zdjęcie pierwszego zespołu SKS Dwójka Karczew od zawsze wisi w gabinecie trenera Grzegorza Ankiewicza

MKS Karczew to jeden z najważniejszych klubów w naszym regionie. To praw- dziwa kuźnia i kopalnia sportowych talentów. Założony ponad dwie dekady temu mały klub już dochował się kilku reprezentantek kraju, wywalczył medale młodzieżowych mistrzostw Polski i przywiózł trofea z najważniejszych i największych turniejów piłki ręcznej w kraju i za granicą. Mało który klub może pochwalić się taką historią i takimi osiągnięciami. Jaka jest tajemnica jego sukcesu?

– Myślę, że w każdym innym miejscu można zbudować podobny klub, ale do tego potrzebne jest stworzenie odpowiednich warunków, a także chęć i pasja. W moim przeświadczeniu na sukces zawodniczek składają się trzy elementy w odpowiednich proporcjach: 90 proc. pracy, 9 proc. talentu i 1 proc. szczęścia – mówi twórca potęgi karczewskiej piłki ręcznej trener Grzegorz Ankiewicz. – Nasza praca w pewnym stopniu przypomina działania krawca. Jeśli masz dobrą formę, dobry materiał, dobre nici i dobry sprzęt do szycia, jesteś w stanie stworzyć coś genialnego. Jeśli jeden z tych elementów zawiedzie, nic z tego nie wyjdzie – dodaje.

Podwójna pieczeń

O pojawieniu się w 1987 roku w Karczewie trenera Ankiewicza zadecydował los i… przypadek. Obecny szkoleniowiec MKS-u wcześniej był związany ze stolicą i AZS AWF Warszawa. Mimo młodego wieku z sukcesami prowadził w stolicy męskie i żeńskie drużyny piłki ręcznej. I pewnie pracowałby tam nadal, gdyby nie fakt, że klub nie wywiązał się z wcześniej złożonej obietnicy zapewnienia mieszkania młodej i powiększającej się rodzinie Ankiewiczów. Obiecane lokum zamiast im przydzielono siatkarce Małgorzacie Aleksandrowskiej. – Postanowiliśmy opuścić Warszawę. Razem z żoną zaczęliśmy szukać nowego miejsca pracy i nowego miejsca dla siebie. Któregoś dnia żona zapytała mnie, czy wiem coś o Karczewie. Wiedziałem tylko tyle, że jest tam klub Mazur Karczew, który kiedyś ograł Ruch Chorzów. Nic więcej
– przyznaje szkoleniowiec.

To właśnie tu pojawiła się oferta pracy i możliwość zamieszkania. Problem był jednak taki, że o posadę i dom nauczycielski w Nadbrzeżu ubiegało się 19 osób. Ówczesny inspektor oświaty w Karczewie Feliks Żebrowski spośród wszystkich podań wybrał jednak to od Ankiewiczów, bo – jak mówił – upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, zyskując w młodym małżeństwie z Warszawy nie jednego, a dwoje nauczycieli.

Zadecydował Mazur

Żona Grzegorza Ankiewicza znalazła zatrudnienie w szkole w Nadbrzeżu, natomiast on sam uczył wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 2 w Karczewie. Pomysł stworzenia drużyny piłki ręcznej nie zrodził się jednak od razu. – Nie było wtedy hali ani nawet boiska, dlatego nie widziałem perspektyw dla piłki ręcznej. Po latach pracy w Warszawie postanowiłem od tego odpocząć. Mieliśmy fajny dom, ładny plac i wymyśliłem sobie, że w wolnym czasie zajmę się ogrodnictwem. Założyłem plantację porzeczek, malin. Do tego zbudowałem dwa tunele szklarniowe, gdzie rosły pomidory i sałata. Oddałem się temu hobby na kilka lat – wspomina Ankiewicz.

„Wilk” długo nie wytrzymał w nowym środowisku. Wraz z wybudowaniem asfaltowego boiska przy szkole pojawiła się szansa na powrót do piłki ręcznej. Ankiewicz postawił na szkolenie dziewcząt, choć – jak sam przyznaje – początkowo wolał pracować z chłopcami. O decyzji zadecydował… Mazur Karczew.
– Byłem w tym środowisku kimś zupełnie nowym, dopiero integrowałem się z tutejszą społecznością, a chcąc trenować chłopców, nie uniknąłbym konfrontacji z Mazurem i latami tutejszej tradycji. W wielu przypadkach zabiegalibyśmy przecież o tych samych zawodników. Wolałem tego uniknąć i zacząć pracę z dziewczynami, choć z doświadczenia wiem, że jest to inna praca, trudniejsza. Wiedziałem jednak, że w okolicy nie ma dla nich alternatywy, jeśli chodzi
o sport zespołowy, i dlatego postanowiłem spróbować – przyznaje.

Skoro można na wsi…

Problemem było zaplecze do treningów. Asfaltowe boisko to trochę za mało, bo na nim zajęcia mogły odbywać się przy korzystnej pogodzie co najwyżej przez cztery miesiące roku szkolnego. – Potrzebowaliśmy hali z prawdziwego zdarzenia, bo ta w szkole nam nie wystarczała, była za mała. Dlatego razem z Grzegorzem Makowskim zaczęliśmy zabiegać o jej budowę – mówi Ankiewicz.

Początkowo ówczesna dyrektorka szkoły Danuta Trzaskowska i burmistrz Karczewa Mirosław Pszonka nie byli do końca przekonani do tego pomysłu, ale zmienili zdanie po jednym z wyjazdów poza Karczew. – Zabrałem ich do takiej niewielkiej wsi Sochocin i pokazałem obiekt, o jaki nam chodziło. Ten wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Szybko doszli do wniosku, że skoro wioska może pozwolić sobie na taki obiekt, to Karczew tym bardziej – dodaje.

Pierwsze selekcje

Zanim ruszyła budowa hali, trener Ankiewicz zaczął kompletować drużyny. Pierwsze nabory odbywały się na lekcjach wychowania fizycznego w miejscowych szkołach. Szkoleniowiec chodził na zajęcia i dyskretnie podpatrywał kandydatki do gry w zespole Dwójki Karczew.

– Wiem, że trener kiedyś pojawił się na lekcji WF-u, stanął gdzieś z boku i oceniał sprawność i predyspozycje dziewczyn. Mnie wtedy nie było, ale nasza nauczycielka podpowiedziała mu, że oprócz wybranych koleżanek jest jeszcze taka „Rybka”, która dobrze odnajduje się w różnych sportach i może się nadać – wspomina Katarzyna Pruszyńska, reprezentantka pierwszej kobiecej drużyny piłki ręcznej w Karczewie. – Myślę, że żadna z nas nie zdawała sobie sprawy, na co się zanosi – dodaje.

– U nas rekrutacja odbywała się przy przejściu do czwartej klasy i naboru do klas sportowych. Pamiętam, że mieliśmy specjalne testy. One decydowały, która z nas trafi do klasy o profilu lekkoatletycznym do pana Makowskiego, a która na piłkę ręczną do trenera Ankiewicza – wspomina zawodniczka kolejnej drużyny Małgorzata Płatek, dawniej Trzepałka.

Jak przyznaje trener Ankiewicz, zazwyczaj nie mylił się w swoich ocenach, ale zdarzały się wyjątki. Jednym z nich była właśnie Gosia Trzepałka, która na początku została odrzucona. – Byłam dość krągłą dziewczynką i trener nie był przekonany, czy sobie poradzę. Pamiętam, że wróciłam do domu zapłakana, czego nie wytrzymała moja babcia, która postanowiła interweniować u trenera – mówi Płatek. – Z babcią nie można było negocjować – śmieje się Ankiewicz. – Dlatego daliśmy sobie rok na próbę… Dziewczyny potem wiele razy wypominały mi tę sytuację, że nie poznałem się na zawodniczce, która potem rzucała dla nas najważniejsze bramki – wspomina z uśmiechem szkoleniowiec.

Za duża dawka

Mimo że trener Ankiewicz ma dwie córki, żadna z nich nigdy nie zadebiutowała w zespole swojego ojca. Choć obie – a zwłaszcza młodsza Joanna – bardzo chciały grać. – To, że nie mieliśmy zespołów z roczników moich córek, nie jest przypadkiem. Zrobiłem to z premedytacją, mimo wielu łez w domu – przyznaje trener. – Uznałem, że gdyby dziewczyny grały, to nasze rodzinne życie cały czas kręciłoby się wokół szczypiorniaka. Znam temperament swoich córek i wiem, że gdyby zaczęły treningi, zrobiłyby wszystko, by być najlepsze. Oprócz treningów w hali pewnie musielibyśmy jeszcze ćwiczyć w domu. Nie wiem, czy moja żona zniosłaby taką dawkę piłki ręcznej – zastanawia się szkoleniowiec MKS Karczew.

Rzucić czy kopnąć?

Pierwsze zawodniczki trafiły do ówczesnej drużyny Dwójki Karczew, ale nie miały jakiegokolwiek pojęcia o piłce ręcznej. Dla młodzieży wychowanej w Karczewie najważniejszą dyscypliną w mieście od zawsze była piłka nożna.

– Pamiętam, że na takim zapoznawczym spotkaniu wziąłem dziewczyny do klasy i powiedziałem, że nauczę je grać w piłkę ręczną. Narysowałem na tablicy boisko, bramkę i wyjaśniłem, że najważniejszą rzeczą jest to, by wrzucić piłkę do bramki, na co jedna z dziewczyn, Martyna Wojciechowska, której większość rodziny jest związana z Mazurem, powiedziała zdziwiona: „Chyba kopnąć”. I tak to właśnie wyglądało na początku – mówi Ankiewicz.

– Myślę, że wiele z nas nie wiedziało, co będziemy trenować, w co będziemy grać. Piłka ręczna to była dla nas totalna nowość. Zresztą nie tylko dla nas, ale i dla wielu osób. Moja chrzestna do tej pory chyba uważa, że grałam w… siatkówkę, choć byłam bramkarką – śmieje się Monika Kowalska, do niedawna Paluch.

Kredą malowane

Pierwsze treningi i przygotowania do gry odbywały się w małej sali gimnastycznej w Szkole Podstawowej nr 2. – Sala zupełnie nie była przystosowana do takich zajęć. Zamiast bramek ustawialiśmy materace… To były spartańskie warunki, ale musieliśmy sobie jakoś radzić. Z perspektywy czasu myślę sobie, jaką trener musiał mieć wtedy w sobie charyzmę, że zawsze mobilizował nas do przyjścia na trening – przyznaje Kowalska.

– Pamiętam, że trener brał kredę i rysował nią pole bramkowe. Sala była mała, więc był to tylko fragment boiska i na nim musiałyśmy poznawać tajniki szczypiorniaka – mówi Pruszyńska. – Czasami sala była jednak zajęta i wtedy musiałyśmy przenieść się na hol. Kilka szyb wtedy poszło… – śmieje się zawodniczka pierwszego zespołu.

– Na dworze też nie było łatwo, bo każdy upadek kończył się jakimś bolesnym otarciem, a w najlepszym wypadku siniakiem – przyznaje Płatek. – Pamiętam, że jak chciałyśmy zagrać, to najpierw trzeba było złapać za szczotkę i posprzątać boisko z szyszek, by nie zrobić sobie krzywdy – wspomina zawodniczka z rocznika 1989. – Nikt jednak nie zwracał na to uwagi i się nie przejmował. Każda z nas szybko złapała bakcyla gry – dodaje.

Niecodzienne treningi przekładały się też na pierwsze mecze. Większość z nich nie było udanych i kończyło się wysokim porażkami.

– Gdy wchodziłyśmy na dużą halę, czułyśmy się jak na płycie lotniska. Po treningach w ciasnej salce trudno nam było odnaleźć się w tak dużej przestrzeni i dostawałyśmy ostre baty. Sytuacja się zmieniła, gdy zaczęłyśmy treningi na własnej hali – mówi Monika Kowalska. – Różnica między nami a innymi zespołami zaczęła topnieć, aż w końcu usłyszałyśmy, że inne drużyny obawiają się meczów z nami. To był moment, gdy poczułyśmy się naprawdę silne – dodaje.

Walka na całego

Mimo trudnych początków dwa zespoły ówczesnej Dwójki Karczew dość szybko zaczęły budować swoją markę i renomę w kraju. Drużyny trenera Ankiewicza stawały się coraz mniej anonimowe nie tylko na Mazowszu, lecz także w całej Polsce, a potem poza jej granicami.

– Myślę, że trener złożył z nas świetnie funkcjonujące maszyny, a trzeba pamiętać, że te pierwsze zespoły były zbudowane przede wszystkim z dziewczyny z Karczewa. Spoza nie było praktycznie nikogo. Obie drużyny miały w swoich składach wyróżniające się zawodniczki, ale to nie jednostki osiągały sukces, tylko ten zgrany kolektyw. To była nasza siła – ocenia Małgorzata Płatek.

– Trener zresztą wiele razy podkreślał, że po wyjęciu ze składu którejś z nas żadna z drużyn nie funkcjonowałaby tak dobrze. Byłyśmy razem kompletnymi zespołami. Być może to też wpłynęło na fakt, że po zakończeniu gry w MKS Karczew żadna nie poszła gdzieś wyżej, choć potrafiłyśmy wygrywać z zespołami, w których grały zawodniczki reprezentujące potem seniorską kadrę Polski, np. Patrycja Kulwińska czy Karolina Szwed. Ja próbowałam szczęścia i w Wesołej, i w Pruszkowie, ale jakoś nie mogłam się tam odnaleźć – przyznaje Płatek.

– Byłyśmy niesamowicie waleczne. Nie odpuszczałyśmy ani centymetra parkietu. Dla nas ewentualne rany czy urazy nie były problemem, przeciwnie gloryfikowałyśmy je. Każde zadrapanie, rana czy siniak traktowałyśmy jak emblemat wojowniczki – mówi Milena Tkaczyk, z domu Świątek.

Nauka życia

Choć z pierwszych dwóch drużyn żadna z zawodniczek nie trafiła na parkiety Superligi kobiet (jedynie bramkarka Olga Pawłowska grała w pierwszoligowym AZS AWF Warszawa), nie żałują tego, że rozpoczęły przygodę z piłką ręczną.

– Chyba do czasu ukończenia liceum nigdy wcześniej nie pojawiła się u mnie wątpliwość, czy piłka ręczna jest dla mnie, czy to jest to, co kocham. Dla mnie to było takie okno na świat. Dzięki grze mogłam poznać nie tylko ciekawe miejsca w Polsce, lecz także zwiedzić praktycznie pół Europy, co wcześniej było dla mnie nieosiągalnym marzeniem – przyznaje Tkaczyk. – Ten sport, gra i treningi zbudowały mnie jako człowieka. Życie osoby trenującej jest tak intensywne, że nie było czasu na pokusy, które oczywiście czasem się pojawiały. Ja czerpałam tyle satysfakcji z gry, że zupełnie o nich nie myślałam. To był wystarczający zastrzyk endorfiny. Piłka ręczna to była też prawdziwa szkoła życia, dobra nauka na resztę życia. Dzięki temu dowiedziałyśmy się, że jeśli czegoś nie przećwiczysz na sto procent, jeśli odpuścisz coś na treningu, w trakcie meczu to wyjdzie i się zemści. Dziś to procentuje, wiem, że w pracy nie ma miejsca na bylejakość – dodaje.

Dziewczyny z gry i treningów wyniosły nie tylko dobre zasady i nawyki, lecz także coś bardziej bezcennego – liczne przyjaźnie. – Wiele z nas nadal pozostaje w dość bliskim kontakcie, często się spotykamy, jeździmy do siebie. Wiele nowo poznanych osób jest nawet zdziwionych, że po latach wciąż mamy ze sobą tak silną więź. Jesteśmy praktycznie jak siostry – mówi Pruszyńska. – Moja mama zawsze pyta, co słychać u każdej z dziewczyn, tak samo jest z ich rodzinami. To chyba najcenniejsza pamiątka, jaka pozostała po latach gry – przyznaje była zawodniczka MKS-u. 

– Zostało nam sporo prawdziwych przyjaźni, i to nie tylko z tymi dziewczynami, z którymi widziałam się praktycznie codziennie na treningach, lecz także z zawodniczkami innych zespołów, które na parkiecie były naszymi rywalkami. Do teraz utrzymuję kontakt z Patrycją Kulwińska, czy Iwoną Niedźwiedź, które jeszcze niedawno występowały w reprezentacji Polski – mówi Tkaczyk.

Być może ich sportowe losy potoczyłyby się inaczej, gdyby tak jak teraz MKS Karczew posiadał zespół seniorek. Jak podkreśla trener Ankiewicz, wtedy nie było na to szans.

– Można było spróbować, ale to był taki niepewny twór. Było nas za mało do gry, a nie wszystkie dziewczyny zostały na miejscu, tylko wybrały szkoły
w Warszawie. Trudno było wtedy to pogodzić – tłumaczy szkoleniowiec.

– Wszystko zaczęło się sypać w liceum. Część dziewczyn uczyła się w Otwocku, a inne w Warszawie i nie miały już tyle czasu na treningi. To był dla nas początek końca, zwłaszcza że nie było już perspektyw na dalsze granie – mówi Pruszyńska. Podobnego zdania jest występująca w młodszym zespole Milena Tkaczyk. – Rozstanie z piłką ręczną było dla mnie bardzo trudne. Nie wiedziałam, co dalej zrobić. Mogłam kontynuować grę na AWF w Warszawie, ale jak przystało na typową humanistkę, jakoś mnie tam nie ciągnęło. Postawiłam na Uniwersytet Warszawski i pracę w stolicy, a to nie pozwalało na dalszą grę. Pierwsze miesiące bez piłki były trudne, trudno było się odciąć od tych wszystkich emocji, które towarzyszyły nam na boisku. Stopniowo to jednak przeszło …choć tęsknota za boiskiem wracała przy okazji rozmów z innymi dziewczynami z MKS – dodaje.

Po prostu przyjaciel

Jak zgodnie potwierdzają zawodniczki, ich świetne relacje to w dużej mierze zasługa trenera Grzegorza Ankiewicza, który starał się troszczyć o odpowiednią atmosferę w drużynach. Dla wielu z nich pozostał nie tylko szkoleniowcem, lecz przede wszystkim przyjacielem. – Był trenerem i opiekunem. Zawsze pytał, co
u nas słychać, jak radzimy sobie w szkole. Jeśli którejś nie szło z jakiegoś przedmiotu, kazał się nią zaopiekować tej, która z danego przedmiotu była dobra – wspomina Pruszyńska.

– Trener Ankiewicz zawsze roztaczał wokół siebie pozytywną aurę. Był dla nas przyjacielem i kumplem, kimś, z kim można było pogadać o wszystkim i ze wszystkiego się zwierzyć. I my z tego często korzystałyśmy. Dla nastolatki to było bardzo ważne – przyznaje Tkaczyk. – Do tej pory utrzymujemy fajne relacje. Ostatnio, gdy byłyśmy z dziewczynami na turnieju w Karczewie, od razu nas poznał, zabrał do pokoju trenerów i się nami chwalił. To było bardzo miłe – dodaje popularna „Rybka”.

Jak stare małżeństwo

MKS Karczew to nie tylko trener Ankiewicz. Od blisko dwóch dekad w klubie pracuje również Tomasz Lubas, który dołączył do sztabu szkoleniowego w 2002 roku. Tu również zadecydował przypadek i pewne nieporozumienie. – Zarówno ja, jak i Grzesiek byliśmy bardzo zaangażowani w tworzenie kolejnych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ja działałem w Otwocku, a Grzesiek w Karczewie. Po jednym z finałów w „Głosie Karczewa” ukazał się mało korzystny dla mnie artykuł. Wynikało z niego, że Grzesiek ma coś przeciwko mnie. Ja się tym nie przejąłem, ale on tak. Postanowił przyjechać do mnie do szkoły, żeby wyjaśnić całą sytuację, i tak się poznaliśmy – wspomina Lubas. – Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że trenuje piłkę ręczną, dopiero potem dziewczynki w szkole powiedziały mi, że chodzą na treningi na halę w Karczewie i że szkoli ich właśnie trener Ankiewicz – dodaje.

Nauczyciel ze Szkoły Podstawowej nr 1 im. Bolesława Prusa w Karczewie był wielkim fanem piłki ręcznej. Wcześniej przez wiele lat trenował ją pod okiem jednego z najsłynniejszych nauczycieli wychowania fizycznego w Otwocku Wiesława Zagroby. – On i Orest Kaszuba tworzyli duet, który swego czasu rozkochał w piłce ręcznej wielu nastolatków w Otwocku. Ja pokochałem ją od początku i trenowałem do 18. roku życia. Potem była kontuzja, studia i zarzuciłem na jakiś czas granie. Miłość do szczypiorniaka rozkwitła ponownie, gdy trafiłem na Grześka – opowiada Lubas.

– Pamiętam, że pewnego dnia Tomek zjawił się u mnie przed jednym z treningów i zapytał, czy może mi pomagać. Dla mnie to było spore zaskoczenie, ale widziałem w nim dobrego człowieka i czułem, że to może być ciekawe połączenie, choć wcześniej nie znaliśmy się zbyt dobrze – wspomina Ankiewicz.

Lubas okazał się świetnym asystentem i pojętnym uczniem. Wcześniejsze lata gry wyraźnie mu się przydały i pozwoliły odnaleźć w nowej dla niego roli. Mógł też liczyć na duże wsparcie ze strony trenera Ankiewicza, który nie obawiał się dzielić wiedzą ze swoim nowym współpracownikiem. – Trochę się dziwiłem, że tak szybko mi zaufał, bo w sumie byłem dla niego obcą osobą. Myślę jednak, że to właśnie to zaufanie było i jest doskonałym fundamentem naszej wieloletniej współpracy – przyznaje trener Lubas.

Obaj wciąż świetnie się uzupełniają. Niektórzy nawet uważają, że są jak stare, dobre małżeństwo. – Zdarza się, że nie zgadzamy się w jakiejś kwestii, ale nigdy nie było między nami złej chemii. Zawsze od razu o wszystkim rozmawiamy i to pozwala nam uniknąć niepotrzebnych zgrzytów – tłumaczy trener Ankiewicz.

– On ma wyjątkową wiedzę i doświadczenie, a ja to wszystko staram się wesprzeć moim analitycznym spojrzeniem – mówi Lubas.

– Choć zaczynałem pod okiem świetnego trenera, jakim był Wiesław Zagroba, to osobą, która ukształtowała mnie jako trenera, jest bez wątpienia Grzesiek i od niego staram się czerpać jak najwięcej w mojej przygodzie z trenerką. Oczywiście niektóre ćwiczenia staram się urozmaicać na swój sposób, ale wszystkie podstawy są wyniesione z lat współpracy z trenerem Ankiewiczem – dodaje.

W trakcie ostatnich lat kadra trenerska MKS rozrosła się o kolejnych szkoleniowców. Do sztabu dołączyła Ewa Raczkowska, a do niedawna w kadrze był też doświadczony Hubert Bieniewicz, który obecnie pracuje w Varsovii Warszawa.

Prawdziwa perła

Podczas swojej pracy w MKS Karczew trenerowi Lubasowi nie udało się samodzielnie wywalczyć medalu mistrzostw Polski, ale wyszkolił zawodniczkę, która ma za sobą powołania do kadry, a wkrótce będzie grać dla najlepszej klubowej drużyny w Polsce ostatnich lat – Perły Lublin. Tą zawodniczką jest Paulina Masna.

– Trener miał zastępstwo u nas w szkole w Sobiekursku i wypatrzył mnie podczas gry w siatkówkę. Stwierdził, że mam predyspozycje, by grać w piłkę ręczną, i namawiał, żebym spróbowała. Tyle że ja do końca nie wiedziałam, o co w tej grze chodzi – wspomina Masna. – Pamiętam, że gdy przyszłam na pierwszy trening, moja koleżanka Justyna Szostak pokrótce wyjaśniła mi zasady gry. Jak powiedziała, że na boisku jest pole, gdzie nie wolno mi wejść, to była dla mnie czysta abstrakcja– przyznaje szczypiornistka.

– Na początku musiałam trochę podgonić, bo reszta zespołu już była wytrenowana. Dziewczyny grały w lidze, a ja ćwiczyłam chwyt i podania z drugiej strony hali, ale gdy już wsiąkłam, to zostałam do dziś – mówi 29-letnia zawodniczka.

Masna ma za sobą grę w polskiej Superlidze, a także występy na międzynarodowych parkietach w barwach szwedzkiego Boden Handboll oraz rumuńskich ekip Baia Mare i CFR Cluj. Jej gra spodobała się ówczesnemu selekcjonerowi kadry Polski Kimowi Rasmussenowi, który wysłał jej powołanie, ale ze względu na kontuzję nie mogła zadebiutować w koszulce z Orłem Białym.

– Zarówno trener Lubas, jak i Ankiewicz śledzą moje poczynania i gdy dzieje się u mnie coś ciekawego, odzywają się z gratulacjami. To bardzo miłe. Zresztą ja też jak tylko wracam do domu, staram się wpaść na halę i zobaczyć się z nimi. Cały czas śledzę także poczynania tutejszych drużyn – mówi Masna, która jest dobrym przykładem dla innych dziewczyn trenujących obecnie w MKS Karczew.

– Jeśli ktoś chce związać swoje życie z piłką ręczną, to Paulina jest dla niego odpowiednim wzorem. Ona od początku postawiła wszystko na ten sport. Jak powiedziała, że będzie grać, to robiła wszystko, by grać na wysokim poziomie. Moją rolą było jej w tym nie przeszkadzać, a ewentualnie ją nakierować – mówi trener Lubas.

Złote pokolenie

Przez blisko 25 lat istnienia Dwójki Karczew, a potem MKS Karczew, przez klub przewinęło się wiele zawodniczek i sporo drużyn. Praktycznie każda z nich odnosiła mniejsze lub większe sukcesy. Ostatnie lata MKS-u to przede wszystkim fantastyczne osiągnięcia dziewcząt z rocznika 2000 i 2001. Przez pięć sezonów z rzędu zespół trenerów Ankiewicza i Lubasa meldował się w ścisłym finale mistrzostw Polski. Cztery z tych występów kończył z medalem: dwa razy brązowym, srebrnym i tym najcenniejszym, złotym, który wywalczył w 2014 roku. Do tego dochodziły sukcesy w prestiżowych turniejach, takich jak jedna z najstarszych tego typu imprez w kraju, czyli Puchar Lajkonika w Krakowie, czy też wygrana przed własną publicznością w wysoko ocenianej przez środowisko piłki ręcznej impreza Karczew Cup. – Trafiliśmy na dwa wyjątkowe roczniki, w których były genialne zawodniczki. Tworzyły świetne drużyny, przy czym każda z nich prezentowała odrębną jakość – przyznaje Lubas.

– Było ich na tyle dużo, że mogliśmy grać mecze sparingowe, wystawiając naprzeciw siebie dwie silne, wyrównane siódemki. To pozwalało na dużo szybszy rozwój. Dość szybko upewniliśmy się w tym, że te dziewczyny wcześniej czy później dostarczą nam wielu powodów do satysfakcji, i się nie pomyliliśmy. Myślę, że taki komfort pracy jak my miały tylko nieliczne kluby w Polsce – dodaje.

Dziewczyny dość szybko wzbudziły zainteresowanie innych drużyn. Najbardziej naciskała Szkoła Mistrzostwa Sportowego w Płocku, gdzie ostatecznie trafiły Julia Jobda i Katarzyna Cygan, której starsza siostra, Klaudia, do ośrodka nad Wisłą przeniosła się już wcześniej. Mimo roszad zespół wciąż utrzymywał wysoki poziom sportowy. Powołania na konsultacje i zgrupowania kadry narodowej otrzymywały m.in. Natalia Popis, Natalia Barańska, Joanna Wójcik czy Julia Zagrajek. Ta ostatnia miała nawet okazję zagrać razem z Katarzyną Cygan na niedawnych młodzieżowych mistrzostwach świata, które odbyły się w Kielcach.

To właśnie ta grupa dziewcząt okazała się fundamentem do stworzenia zespołu seniorek, który już w pierwszym roku istnienia w pewnym stylu wywalczył awans na zaplecze Superligi kobiet i tam bardzo dobrze sobie radzi. – Udało się nam stworzyć tu naprawdę świetny zespół. Trochę szkoda, że wcześniej nie mieliśmy warunków i możliwości, by utrzymać kilka dziewczyn z poprzednich drużyn. Jeśli ta sztuka by się udała, do tego znaleźlibyśmy potężnego sponsora, to spokojnie moglibyśmy walczyć nawet w Superlidze, i to opierając się wyłącznie na wychowankach. To byłby ewenement w skali kraju. Teraz jednak też nie możemy narzekać na potencjał drużyny i jej poziom – ocenia Ankiewicz. Potwierdzają to byłe zawodniczki.

– Widać, że dziewczyny, które pojawiły się w klubie po nas, prezentują naprawdę wysoki poziom. Część z nich gra nawet w ligach europejskich, a więc to pokazuje, że Karczew fajnie się rozwinął pod tym względem i wykonuje się tu świetną pracę z młodzieżą. Niby miasteczko z kilkoma tysiącami mieszkańców, a poziom piłki ręcznej jest wyjątkowo wysoki – uważa Monika Kowalska.

Jedyny wybór

MKS Karczew dość szybko stał się marką. Drużyna z miasteczka nad Wisłą jest rozpoznawalna nie tylko w kraju, lecz także za granicą.

– Często spotykamy się z miłymi opiniami na temat naszych zespołów. Ludzie w Polsce, ale również w innych krajach, takich jak Niemcy, Słowenia czy Włochy, doceniają naszą pracę z młodzieżą. Wiedzą, że gdy na turnieju pojawia się MKS Karczew, to będzie się coś działo – przyznaje trener Lubas.

– MKS nie jest nieznanym, peryferyjnym klubem. Chyba tylko raz ktoś pomylił nazwę i myślał, że jestem góralką spod Nowego Sącza, ale na ogół wszyscy kojarzyli mój macierzysty klub przede wszystkim ze względu na sukcesy juniorek i świetną pracę z młodzieżą. MKS jest naprawdę doceniany w środowisku piłki ręcznej – przyznaje Paulina Masna.

Klub jest doceniany również przez lokalną społeczność. Wiele dziewcząt i ich rodzin dopytuje o możliwość treningu i gry w Karczewie. – Kiedyś sam musiałem chodzić i szukać talentów. Bywało, że zaczepiałem rodziny na ulicy, przedstawiałem się i proponowałem rodzicom, żeby ich córka zagrała w naszym klubie. Teraz to rodzice pytają o kolejne nabory lub możliwość posłania córki na trening – przyznaje Ankiewicz. – Cieszę się też, że inni trenerzy doceniają naszą pracę. Mam ogromny szacunek dla trener Bożeny Dziubińskiej, która widząc predyspozycje dziecka do innego sportu niż lekkoatletyka, sugerowała wysłanie go do nas. Tak do MKS-u trafiła choćby Pola Janowska – dodaje szkoleniowiec.

– Dla nas MKS to był jedyny właściwy wybór. Nasza córka początkowo chciała uprawiać siatkówkę, ale na miejscu nie było sekcji dla dziewcząt. Najbliższa była w Warszawie, a to nie pasowało nam logistycznie. Wiedzieliśmy, że w Karczewie jest piłka ręczna. Postanowiliśmy spróbować i tak zaczęła się nasza przygoda z tą dyscypliną – opowiada Magdalena Węgrzynowicz, mama Emilii, która obecnie występuje w zespole juniorek młodszych. – To nie jest łatwy sport, bo jest bardzo kontaktowy, ale przy odpowiednim prowadzeniu myślę, że nie ma się czego obawiać. My oceniamy ten wybór bardzo pozytywnie. Oprócz tego, że nasza córka ma zapewnioną aktywność fizyczną, przy okazji musiała nauczyć się dyscypliny i organizacji czasu. Zanim poszła na trening, musiała odrobić lekcje, wypełnić swoje obowiązki. Ten czas bardzo ją ukształtował pod tym względem – dodaje.

– U nas o oddaniu córki do MKS-u zadecydował sportowy profil klasy w szkole, a także fakt, że większość koleżanek Wiktorii już wcześniej postanowiła, że będzie trenować piłkę ręczną. Dookoła nie ma zbyt wielu możliwości dla dziewczynek, więc wybór nie był zaskoczeniem. Ja miałem małe obawy związane z kontaktowością w tym sporcie, ale moja żona patrzyła na to bardziej przychylnym okiem. Teraz wspólnie wspieramy Viki i jej koleżanki – mówi Piotr Pałczyński, ojciec zawodniczki grającej w jednym z najmłodszych roczników.

Oby to nie był koniec

Mimo sukcesów i ogromnej popularności klubu w regionie nie wiadomo, czy uda mu się przetrwać w obecnej formie w kolejnych sezonach. Wszystko za sprawą decyzji części karczewskich radnych o nieprzyznaniu dotacji z miejskiego budżetu. O tej sprawie pisaliśmy niedawno na łamach „Linii Otwockiej”. Stawia to pod dużym znakiem zapytania nie tylko działalność pierwszoligowej drużyny seniorek, lecz także całego klubu.

– Być może ktoś uzna, że zespół seniorek to fanaberia, ale dla nas, rodziców dzieci trenujących w klubie od małego, a także samych zawodniczek to jest bardzo ważne. Dzięki temu zespołowi dziewczyny mają zapewnioną ciągłość grania. Nie muszą już kończyć przygody z piłką ręczną wraz z osiągnięciem pełnoletności, bo nie mają gdzie trenować i występować. My też nie mamy poczucia, że lata poświęceń, oddanego czasu, by zawieźć dziecko na trening czy mecz, były stracone – przyznaje Magdalena Węgrzynowicz. – Staramy się robić wszystko, by uratować ten klub w obecnej formie – dodaje.

– Jestem załamany tym, co się wydarzyło. Naprawdę jest mi trudno znaleźć motywację do dalszej pracy, gdy wiem, że muszę działać w mieście, w którym mnie nie chcą. Zbliżam się do emerytury i muszę pomyśleć, co robić dalej – przyznaje twórca potęgi piłki ręcznej w Karczewie. 

One thought on “Miłość, przyjaźń i nadzieja

  • 14 kwietnia 2021 o 21:53
    Permalink

    Mazur Karczew, OKS Start Otwock, te drużyny znała kiedyś cała Polska. A co dziś? KASA, KASA, KASA, tylko to się liczy.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.