Wojownik z gitarą

Ten rok dla zespołu Voo Voo upłynie pod znakiem rocznicowej płyty i trasy koncertowej „Nabroiło się (1986-2021)”, którą muzycy świętują 35-lecie istnienia. Pierwszy występ dadzą online w Miejskim Ośrodku Kultury w Józefowie już w najbliższą sobotę, 17 kwietnia

Ostatnie trzy i pół dekady to dla grupy Wojciecha Waglewskiego kilka tysięcy koncertów i przeszło 40 albumów. I wciąż nie spuszczają z tonu! Teraz jednak – przy okazji jubileuszu – muzycy musieli zanurzyć się w przeszłości i ocenić swoje dotychczasowe dokonania. Dlaczego? 21 kwietnia, w dniu 68. urodzin lidera, ukaże się kompilacja „Nabroiło się (1986-2021)” zawierająca autorski wybór 35 utworów podsumowujących  twórczość zespołu. Z tym repertuarem Voo Voo rusza w trasę. Album zapowiada singiel z dwiema nowymi wersjami utworu „Nim stanie się tak”. Ponadto w tym roku pojawią się również kolekcjonerskie wznowienia, odświeżone brzmieniowo i graficznie, pierwszego historycznego singla „Voo Voo” oraz albumu „Sno-powiązałka”. Jest na co czekać.

Najpierw obejrzymy jednak urodzinowy koncert w Józefowie. Zespół zagra w pełnym składzie: Wojciech Waglewski – gitary i śpiew, Mateusz Pospieszalski – saksofony i śpiew, Karim Martusewicz – bas, Michał Bryndal – perkusja. Transmisja sobotniego koncertu rozpocznie się o godz. 18 na kanale YouTube, facebookowym profilu MOK-u oraz stronie http://www.mokjozefow.pl.

O jubileuszu, śpiewaniu i trudach tworzenia WOJCIECH WAGLEWSKI opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

fot. Pepito

Łapię pana w samochodzie. Czyżby zespół był już w jubileuszowej trasie?

– Na razie jesteśmy w trasie między przychodniami w sprawie szczepionek. Koncert w Józefowie będzie nie tylko pierwszym w ramach trasy „Nabroiło się (1986-2021)”, lecz także w ogóle pierwszym od bardzo dawna. Nie licząc Owsiaka, bo zagraliśmy oczywiście podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Powinno więc być wesoło.

Przyjemnie się broiło przez te 35 lat?

– Dla nas tak. Ta urodzinowa podróż w przeszłość też okazuje się udana. Zobaczymy, jak to przyjmie publiczność. Nieskromnie powiem, że gdy szef wydawnictwa zaproponował, by taką jubileuszową płytę skonstruować, i zastanawialiśmy się nad wyborem utworów, okazało się, że one nadal całkiem przyzwoicie brzmią. Przyznam się, że bardzo rzadko słucham swoich płyt, bo zazwyczaj jest tyle emocji związanych z nagraniami, że mi to wystarczy. Ta sytuacja po raz pierwszy zmusiła mnie do wysłuchania wielu starych pieśni. Miłe jest odkrycie, że to się nadal broni, i chętnie pogramy te starsze rzeczy.

Zapewne trudno było wybrać 35 utworów. Przyjęliście jakiś klucz?

– Strasznie trudno. Klucz przyjęliśmy taki, że wybieraliśmy utwory, które uznaliśmy za najbardziej znane i lubiane, np. „Gdybym” czy dawny orkiestrowy hymn WOŚP. Krąży w sieci mylna informacja, że to utwór napisany bodajże w 1998 roku wspólnie z zespołem Jafia Namuel, a tymczasem ten prawdziwy hymn, czyli „Karnawał”, powstał w 1991 roku, bez Jafii. Niestety trudno nam było znaleźć tę oryginalną wersję, która służyła za hymn przez kilka lat i została zilustrowana teledyskiem Yacha Paszkiewicza. Było kilka rzeczy trudnych do wyciągnięcia z archiwów, między innymi z powodu dawnych umów z różnymi wytwórniami, ponieważ przez te lata trochę się ich nazbierało. Uparliśmy się jednak i udało się zebrać większość tego, na czym nam zależało. Nie ukrywam, że w tym zestawieniu kilku rzeczy mi brakuje, więc chyba będziemy musieli częściej wydawać takie historyczne albumy. Przecież każdy normalny człowiek lubi najbardziej te piosenki, które już zna.

W tym roku mija 35 lat od powstania Voo Voo, ale też 10 lat od śmierci Piotra Żyżelewicza „Stopy”, waszego wieloletniego perkusisty. Chcecie go jakoś specjalnie wspomnieć przy okazji trasy?

– „Stopek” był jedną z najbliższych mi osób spośród muzyków, z którymi grałem. Wiele przeszedł i udało mu się z tego wyjść obronną ręką, to mnie cieszyło. Niestety, żył krótko. Wspomnienia o nim jednak cały czas są żywe w zespole, duchem jest z nami. Napisałem też piosenkę o nim. A teraz szykujemy wydanie płyty, która jest materiałem zarejestrowanym podczas koncertu w Stodole, po jego śmierci. Zagraliśmy wtedy w dużym składzie, mnóstwo ludzi na scenie, między innymi Armia, Raz Dwa Trzy. Postanowiliśmy teraz wydać ten koncert w formie płytowej, a dochód ze sprzedaży przeznaczyć dla rodziny „Stopki”.

Jak minął ten ostatni rok w cieniu pandemii? Wszyscy muzycy to wojownicy, ale walka nie jest równa.

– Ja jestem jednak w czepku urodzony, bo rok mi się udał nad podziw. Zagrałem w sumie chyba 12 koncertów, więc średnia jest niezła. Ostatnio miałem taką chyba w 1974 roku. No, może w stanie wojennym było jeszcze mniej. To były raczej takie substytuty koncertów, bo większość odbyła się online, ale jednak. Grałem w różnych składach: z synami, Milo Kurtisem, kilka razy z Voo Voo. Na szczęście cały czas mam jakąś pracę. Dziś też jadę na nagrania, więc nie mogę narzekać. Oczywiście trudno ten czas nazwać okresem szczęśliwości. Choroba nie ominęła mojej rodziny, ale na szczęście obyło się bez pobytu w szpitalu. Mam wiekowych rodziców, ponad 90-letnich, więc o nich się martwię. Generalnie jak już wychodzę z domu, to czuję się, jakbym wychodził z piwnicy po dwóch tygodniach chowania się przed Niemcami.

 Woli pan koncertowanie czy pracę w studiu i w ogóle proces twórczy? Pytam, bo może odosobnienie w czasie pandemii służy pisaniu i komponowaniu…

– Dla nas nie ma takiego rozróżnienia, ponieważ koncerty też są procesem twórczym. Gram tylko w zespołach improwizujących. W uprawianiu muzyki najbardziej interesuje mnie ten element twórczości, to, co się dzieje tu i teraz. Praca w studiu jest długotrwała i żmudna. Gra się w czterech ścianach. Scena to już żywioł i podczas koncertu, w odróżnieniu od malarzy czy pisarzy, od razu możemy sprawdzić, czy nasze dzieło się podoba, czy nie. Żywy odbiór publiczności jest bezcenny, więc podsumowując – zdecydowanie wolę koncerty.

Oby w trasie jubileuszowej tych żywych spotkań z publicznością było jak najwięcej.

– Oby. Zobaczymy, jak to będzie. Mam nadzieję, że kultura niebawem nieco się otworzy i pogramy na żywo. Otwarcie sceny już dla tych 50 proc. publiczności to byłoby coś. Jesteśmy jednak gotowi na wszystko, bo bardzo stęskniliśmy się za wspólnym graniem. Byle tylko stanąć na scenie.

Co do pana twórczości wnosi granie z synami? Młoda krew to ważny element?

– Każdy przytomny muzykant na świecie to robi. Nie próbuję się tu porównywać, ale jakby taki Miles Davis nie zmieniał składów, nie próbował przysłuchiwać się temu, co robią młodzi ludzie, nie czerpałby z nich, nie byłby tym Davisem, którym się stał. Ja mam to szczęście, że moi synowie są po prostu dobrymi muzykami. Nie gramy tylko dlatego, że jesteśmy rodziną. Oni zdobyli sobie swoją publiczność, nagrali kilka płyt i okrzepli w tym, zanim zdecydowaliśmy się coś zrobić razem. Wiedziałem, że zgłaszam się do muzyków bardzo kompetentnych. Ten zespół z synami jest o tyle szczególny, że staramy się grać coś innego niż w macierzystych zespołach. Nasza wspólna muzyka jest osobista, głębsza i publiczność to docenia. W Voo Voo też mam młodego perkusistę, który wiele od siebie wnosi. Praca z nowymi ludźmi, także z innych kultur, zawsze jest owocna. Mnie każda taka przygoda bardzo nęci.

Wróćmy do pana scenicznych początków. Przez pierwsze lata aktywności był pan wyłącznie gitarzystą. Ponoć to Zbigniew Hołdys zachęcił pana do śpiewania.

– Pierwszy był Marek Piekarczyk. Ja głosu nie wydawałem, gdyż z powodów oczywistych się wstydziłem. Nagrałem jednak taką demówkę do pierwszej płyty, usłyszał to Piekarczyk i stwierdził, że ja to muszę zaśpiewać. Hołdys mnie w tym wspomógł i jakoś wydobyłem te pierwsze dźwięki. To pozwoliło mi założyć swój zespół, bo zespół bigbitowy bez wokalisty to się robi jazz.

Zawsze można było kogoś innego zaprosić przed mikrofon.

– Ja tak całe lata pracowałem z różnymi wokalistami, a oni mają zupełnie inaczej skonstruowany – jakby to nazwać – układ szarych komórek. Wokalistom się wydaje, że wszyscy pozostali muzycy w zespole są stworzeni do tego, aby oni dobrze wypadli. Naprawdę się nagrałem w takich formacjach. Wiele osób może być zaskoczonych, ale moją gitarę słychać na dawnych płytach Krysi Prońko, Maryli Rodowicz czy debiucie Zbigniewa Wodeckiego – to ten album, którego współczesną wersję nagrał z Mitch&Mitch. Grałem niemal ze wszystkimi i zawsze my, muzycy, byliśmy pracownikami muzycznymi, a wokaliści byli wokalistami. Mnie ten podział wkurzał i dlatego postanowiłem grać rock and rolla, bo wydawało mi się, że tam jest inaczej. Okazało się, że jest tak samo, i woleliśmy grać bez wokalisty. Wziąłem to na swoje barki.

Wtedy zaczął pan też pisać teksty?

– Tak. Pomyślałem sobie, że jeśli już mam się odzywać, to tylko własnym głosem. Nie przepadałem nigdy za poetyką uprawianą wtedy przez zespoły rockowe, taką dosyć przaśną albo histeryczną. Nie rozumiem dotąd, o co w wielu tamtych tekstach chodzi. Postanowiłem więc, że pokombinuję inaczej, i tak jest do dziś.

Najpierw powstaje muzyka czy tekst?

– Zawsze najpierw jest muzyka, potem tekst. Lubię się nimi bawić, dopasowywać słowa i ich rytm do muzyki. Ta ich pozorna prostota wynika z tego, że one muszą swingować. Język polski nie jest łatwy, więc staram się używać albo samogłoskowych rzeczy, albo zbitek spółgłoskowych. Tak, aby śladem Kabaretu Starszych Panów „żądz moc móc wzmóc” i wykorzystywać te wszystkie fantastyczne szeleszczące rzeczy w naszym języku. Najpierw jest więc muzyka, do niej coś tam sobie śpiewam „po norwesku” – jak to się w branży mawia – potem do tego bełkotu staram się dobrać słowa podobnie brzmiące, by nie stracić tej melodii, a potem dopiero z tego utkać coś na kształt opowieści. Nie ukrywam, że pisanie tekstów to zawsze bardzo mozolna praca, muzyka przychodzi mi znacznie łatwiej.

A wydaje się, że panu te teksty tak spod palca wyskakują.

– I o to chodzi!

Pana tata był dziennikarzem, napisał kilka książek. Etos słowa wyniósł pan z domu?

– Nie tylko tata, ale i mama, która napisała nawet książkę z bajkami dla dzieci. Do tego był jeszcze brato-wujek, czyli młodszy brat mojej mamy, z którym dorastałem, i to on wprowadzał mnie do świata literatury. Miałem duże wsparcie w tej dziedzinie, byłem otoczony światem książek i – nie bójmy się tego słowa – inteligencji. Mam nadzieję, że to w moich tekstach da się odczuć.

 Niewątpliwie. Choć wsłuchując się w nie od lat, nadal mam w jednej kwestii wątpliwości. Czy jest pan bardziej optymistą, czy pesymistą?

– A to różnie. W połowie jestem optymistą, a w połowie pesymistą. Na przykład, proszę pana, od jakichś sześciu lat jestem pesymistą. Gdy jednak pomyślę, że pewne rzeczy mogą się zmienić, i to może już za rok, to jestem optymistą na maksa!

Ta zima przecież musi minąć. Nawet jeśli jest solidnym zlodowaceniem.

– Otóż to. Czekamy na ocieplenie klimatu. Wierzę, że jakoś się z tego wyślizgniemy.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.