Bromba to listy miłosne

Maciej Wojtyszko dla jednych jest przede wszystkim autorem niezapomnianych przygód Bromby i jej przyjaciół, dla innych reżyserem kultowych spektakli z „Shirley Valentine” na czele, a telewidzowie kochają go za serial „Miodowe lata”. Jest też współscenarzystą serialu „Osiecka”, którego każdy odcinek przyciągał przed ekrany telewizorów średnio ok. dwóch i pół miliona widzów

Artysta, od urodzenia mieszkający w Międzylesiu, to człowiek wielu talentów. Pisarz, dramaturg, reżyser teatralny i filmowy, autor widowisk, piosenek kabaretowych i opowiadań satyrycznych, twórca filmów rysunkowych i słuchowisk radiowych, pedagog. O swojej pracy i literackich fascynacjach MACIEJ WOJTYSZKO opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

Realizuje się pan na tylu polach, że nie wiem, od czego zacząć. Może więc chronologicznie. Pierwsze było pisanie? Debiutował pan dość młodo, w „Szpilkach” w 1967 roku, mając 21 lat.

– To prawda, ale moja przygoda ze sztuką rozpoczęła się nieco wcześniej i pierwszy był jednak teatr. W 1965 roku dostałem się do Państwowego Liceum Technik Teatralnych w Warszawie. Wspaniała szkoła, niestety rozwiązana przez władze po 1968 roku i nigdy niereaktywowana. Mieliśmy tam grupę, z którą zaczęliśmy robić własne przedstawienia. Ja je reżyserowałem, wtedy jeszcze amatorsko. Niedługo potem przy klubie Medyk powstał studencki kabaret Pratchawiec, w który bardzo się zaangażowałem. Pisałem teksty, reżyserowałem. Z czasem kabaret przeniósł się do Stodoły i tam spotkaliśmy takich artystów, jak wybitny kompozytor Krzysio Knittel, Magda Umer czy mim Marek Gołębiowski. Wtedy zaczęło już być lekko profesjonalne.

Rozsmakowany w teatrze, zdał pan na reżyserię w Łodzi.

– Zdałem dopiero za drugim razem, ale ten rok między spędziłem bardzo ciekawie, ponieważ dostałem się na filozofię na UW, za co dziękuję Panu Bogu. Spotkałem się tam z bardzo odważnym, uniwersyteckim myśleniem. Wśród moich wykładowców byli między innymi Leszek Kołakowski i Andrzej Kasia. Pamiętam, jak pan Andrzej zadał nam jako wypracowanie esej filozoficzny i ja – kombinując, że przyda mi się to na reżyserii – napisałem o pojęciu katharsis, czyli oczyszczenia, u Arystotelesa. W jego „Poetyce” jest określenie, że sztuka dramatyczna poprzez litość i trwogę wywołuje oczyszczenie – i to jest istota katharsis. Filozofia świetnie mi zrobiła, a po roku dostałem się na reżyserię.

I pana spektakle działają oczyszczająco, prowokują do myślenia. Pamiętam piorunujące wrażenie, jakie zrobiła na mnie przed laty pana telewizyjna inscenizacja „Mistrza i Małgorzaty” z Gustawem Holoubkiem i Anną Dymną w rolach tytułowych.

– Dziękuję. Moja relacja z Bułhakowem rzeczywiście jest ważna i dość długa. Zacząłem ją od takiej pięknej i mało znanej sztuki „Ostatnie dni” opowiadającej o Puszkinie. Jego samego w sztuce nie ma, ale opowiadają o nim ludzie z jego otoczenia, między innymi człowiek, który na niego donosił, ale pokochał jego sztukę. To jest kwintesencja tej wielkiej wiary bułhakowowskiej, że jak się stworzy dzieło dobre, to ono przetrwa, pozostanie nawet w naszych wrogach. Miał rację. Przecież jego „Mistrza i Małgorzatę” wydano ponad 20 lat po śmierci autora. Oto triumf tej wiary.

Po jego teksty sięgałem kilkakrotnie, a w końcu napisałem o nim własną sztukę pod tytułem „Bułhakow”, którą wystawiłem w Teatrze Słowackiego w Krakowie. To taka klamra, bo też stworzyłem opowieść o Bułhakowie bez niego samego, tak jak on uczynił z Puszkinem.

 

Wielkie osobowości zaludniają niejedną z pana sztuk. Opisuje pan ich dysputy z mądrością i humorem: Gombrowicz i Mrożek, Gombrowicz, Miłosz i Herbert, Petrarka i Boccaccio, Wyspiański, Żeromski i Piłsudski. To prawdziwe czy wyimaginowane spotkania?

– To jest różnie, ale zazwyczaj bazuję na prawdziwych wydarzeniach, choć po swojemu je rozwijam. Zdarzyło się spotkanie Wyspiańskiego z Piłsudskim i Żeromskim, jest kilka zdań na ten temat we wspomnieniach Sokolnickiego, ale dialogi musiałem napisać. Rossini naprawdę spotkał się z Wagnerem i zachowały się zapiski z ich rozmów, ja musiałem to wszystko tylko nieco udramatyzować. To starcie dwóch sposobów patrzenia na sztukę. Czy trzeba ją robić na siłę, z jakąś nienawistną energią, czy wręcz przeciwnie, można ją traktować zabawowo, jak Rossini. Oczywiście prawdziwe są spotkania Mrożka z Gombrowiczem. W pamiętnikach Mrożka z tego czasu Gombrowicz jest na każdej stronie. Mrożek odwiedzał go w Vence bardzo często, patrzył w niego jak w obraz i się do niego nie odzywał. Gadał tylko Gombrowicz.

Tu zrobię dygresję. Swego czasu poproszono mnie o wyreżyserowanie „Miłości na Krymie” w Krakowie. Mrożek był tam w tym czasie i liczyłem na jakieś inspirujące rady, uwagi od niego. Spotkaliśmy się kilka razy, ja gadałem, mówiłem, jak rozumiem tę sztukę, co moim zdaniem ona wyraża, a on siedział, popijał herbatę i co jakiś czas mówił tylko „też”. W sumie powiedział może cztery zdania. Bo Mrożek był straszliwie małomówny, wręcz chorobliwie. I pisząc sztukę o jego spotkaniu z Gombrowiczem, postanowiłem to własne doświadczenie wykorzystać. Powstał jakby rewers Gombrowiczowskiej „Iwony, księżniczki Burgunda”, która też przecież wypowiada raptem kilka słów.Ten spektakl, czyli „Dowód na istnienie drugiego”, jest nadal w repertuarze Teatru Narodowego. Gombrowicza gra Jan Englert, a Mrożka Cezary Kosiński. W Teatrze Polskim z kolei wznawiamy niebawem „Deprawatora”, w którym Gombrowicza kreuje Andrzej Seweryn. Oba spektakle ciekawie korespondują. Aż dziwię się, że żaden krytyk dotąd nie porównał ich kreacji, bo tych dwóch Gombrowiczów to jest fascynująca lekcja aktorstwa.

W tych opowieściach o artystach najbardziej chyba obchodzi mnie takie pytanie: Czy wielki talent to dar czy przekleństwo? Jaką cenę trzeba czasem za niego zapłacić? Co trzeba poświęcić? Pewien rodzaj artystycznego egoizmu wydaje się wręcz nieludzki. Przykładem jest choćby Picasso. Gdy śledzimy jego relacje z kobietami, to robi się zimno. Ja sam patrzyłem na ludzi, u których wielki talent łączył się z pewną skazą. Radzili sobie z tym na różne sposoby i podziwiałem ich za to, ale sam cieszyłem się, że Bóg nie dał mi zbyt wielkiego talentu.

Dał panu skromność. I wielką wyobraźnię. Świat i postacie wykreowane w przygodach Bromby zachwycają mnie do dziś. Skąd wzięła się ta bohaterka?

– Z zakochania! (śmiech). „Bromba” to były listy miłosne do mojej żony. Gdy zdałem na reżyserię, pojechałem na pewien festiwal i zobaczyłem tam prześliczną dziewczynę. Chciałem ją oczarować, ale ona studiowała w Poznaniu, a ja mieszkałem w Warszawie, a studiowałem w Łodzi. Postanowiłem napisać dla niej zabawne opowiadania. Jedno z nich jest o Zwierzątku Mojej Mamy. Był to taki nasz wymyślony stworek, który często mi i mojej mamie polonistce towarzyszył w życiowych perturbacjach. Taki ożywiony chaos, który się rodzi, gdy oboje coś chcemy dobrze, a wychodzi źle i robi się bałagan. Jest na szczęście sympatyczny, bo zawsze potrafimy wyjść z tych sytuacji z poczuciem humoru. Potem napisałem opowiadanie o Fikandrze i Malwince, czyli historię o miłości od pierwszego wejrzenia. Jakoś mi się udało ją przekonać, że to jest fajne. Bo, po pierwsze, jesteśmy do dziś małżeństwem i, po drugie, to ona przepisała te opowiadania na maszynie i powiedziała, że powinienem je zanieść do wydawnictwa.

Tak zrodziła się pierwsza książka, czyli „Bromba i inni”. To, że zechcą ją wydać, nie było dla mnie takie oczywiste, bo w tamtym czasie, a mówimy o latach 70., to były dość nietypowe opowiadania. Wtedy tak się nie pisało dla dzieci. Zresztą podobnie jak późniejsza „Tajemnica szyfru Marabuta” czy komiks „Trzynaste piórko Eufemii”. Wszystko to były dość pionierskie wydawnictwa, ale odniosły wielki sukces, mieliśmy po 200, 300 tysięcy egzemplarzy nakładu.

Tych wielkich sukcesów ma pan na koncie sporo. Można długo wymieniać, zainteresowanych odsyłam do internetowych źródeł. Wspomnę na koniec tylko o „Shirley Valentine”, która nie schodzi z afisza od 30 lat!

– Powiem tak. Owszem, pomagałem w połogu, ale nie miałem już wpływu na to, co z tego dziecka wyrosło i jak się na przestrzeni lat zmieniało. Wyreżyserowałem ten spektakl, ale jego kolosalny sukces to przede wszystkim zasługa znakomitego tekstu i kreacji Krysi Jandy.

Oto magia teatru.

– Zawsze powtarzam, że trudno o lepszą przygodę zawodową i ludzką niż nawet najprostszy teatr amatorski. To bardzo zbliża ludzi, wiele się o sobie dowiadują. Jak się z kimś idzie w Himalaje, to można sprawdzić, czy umie wejść na szczyt i wytrzymuje, gdy jest zimno. Natomiast robiąc wspólnie przedstawienie, dowiemy się, czy ten ktoś jest odpowiedzialny, pomysłowy, jak reaguje na stres. Gdybym miał komuś radzić, to uważam, że lepiej szukać żony albo męża w teatrze niż w Himalajach.

Ja tak właśnie zrobiłem i faktycznie działa!

– No to mnie pan rozumie (śmiech). Teatr jest znakomitą formą tworzenia więzi, przyjaźni.

Miewa jednak ciemną stronę. Trwa głośna dyskusja o przemocy ze strony reżyserów wobec podwładnych czy profesorów wobec studentów.

– W tej dyskusji oczywiście zabrałem głos. Zasugerowałem, by wprowadzić na Akademii Teatralnej zajęcia z pedagogiki i psychologii twórczości, bo – nie ma co ukrywać – aktorstwo to jest cały czas praca na emocjach, więc różne rzeczy się dzieją. Ja sam byłem kilkakrotnie dziekanem Wydziału Reżyserii na Akademii Teatralnej w Warszawie. Jakieś 40 lat uczyłem reżyserii i moje relacje ze studentami były oczywiście bardzo różne. Zawsze jednak starałem się być wobec wszystkich w porządku. Nie mam obaw, że ktoś powie, że go skrzywdziłem przez te lata. Niedawno napisałem felieton na portalu Teatralny.pl i pojawiły się pod nim wpisy pełne sympatii, z których wynika, że byłem nauczycielem, który uczył w dobrej atmosferze. Wie pan, ja jestem zwolennikiem dickensowskiego podejścia do życia: nawet najgorsi zasługują na to, aby dostrzec w nich coś dobrego, i zawsze jest nadzieja na rehabilitację, czego dowodzi historia Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej”.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.