Musiałyśmy znów uwierzyć w siebie

Jedną z bohaterek turnieju w Elblągu w zespole MKS Karczew była MARTYNA DYDEK. Młoda obrotowa ma za sobą bardzo udane miesiące nie tylko za sprawą dobrych występów w pierwszej fazie mistrzostw Polski. Dydek zadebiutowała już w pierwszej lidze seniorek, a ostatnio regularnie otrzymuje od trener Małgorzaty Buksakowskiej powołania do juniorskiej kadry Polski

Reklama

Długo musiałyście czekać na debiut w mistrzostwach Polski?

– Trochę brakowało nam szczęścia. Trzy lata temu, gdy grałyśmy w rozgrywkach dzieci, udało się nam zająć pierwsze miejsce i byłyśmy niemal pewne, że będziemy walczyć o medale, ale w ostatniej chwili Związek Piłki Ręcznej w Polsce postanowił odwołać rozgrywki na szczeblu centralnym i występ na najważniejszej imprezie nam przepadł. Rok później poszło nam słabiej w lidze. Zajęłyśmy piąte miejsce i nie było szans, żeby zagrać dalej. W poprzednim roku znów byłyśmy bardzo blisko gry w mistrzostwach Polski. Miałyśmy zapewnione drugie miejsce w lidze, co oznaczało automatyczną przepustkę na pierwszy turniej finałowy, ale wtedy pojawiła się pandemia koronawirusa i walkę o medale anulowano. Debiut zaliczyłyśmy więc dopiero teraz.

Czyli do Elbląga jechałyście głodne sportowych emocji i wrażeń?

– Dokładnie tak było. Wcześniej nie miałyśmy okazji dowiedzieć się, jak wygląda rywalizacja w tym turnieju, więc każda z nas była ciekawa.

Debiut nie wyszedł wam najlepiej. Turniej rozpoczęłyście od dość wysokiej i chyba zaskakującej porażki z gospodarzami.

– Myślę, że mimo wszystko swoje zrobiła dość długa podróż. Na boisku byłyśmy całkowicie zdezorientowane, miałyśmy „ciężkie” nogi i wyglądałyśmy tak, jakbyśmy po raz pierwszy ze sobą zagrały. To chyba jeden z gorszych meczów, jakie kiedykolwiek zagrałyśmy. Popełniałyśmy jedną głupotę za drugą.

Inauguracyjny mecz zakończyłyście wysoką porażką, a za chwilę czekało was spotkanie z jednym z faworytów całych mistrzostw – ekipą MTS Kwidzyn. Jakie emocje towarzyszyły wam przed tym spotkaniem? Porażka oznaczała przecież koniec mistrzostw…

– Przegrana z Elblągiem była dla nas bardzo deprymująca i emocje w szatni były skrajnie różne. Część dziewczyn obawiała się, że to może być dla nas już koniec, a inne podkreślały, że musimy się podnieść i walczyć, póki jest jeszcze szansa. Rolą tej drugiej grupy było, aby reszta uwierzyła, że jesteśmy w stanie wrócić do gry mimo meczu z niezwykle trudnym rywalem. Miałyśmy jeszcze wiele do zaoferowania, bo nie pokazałyśmy w spotkaniu z Truso tego, co potrafimy. To, co najlepsze, chciałyśmy zaprezentować w pojedynku z Kwidzynem. I chyba się udało.

Myślę, że to całkowicie zaskoczyło rywalki, bo po pierwszym meczu zapewne były przekonane, że łatwo nas ograją. Pokazałyśmy jednak charakter i wolę walki, a w decydującym momencie, przy rzutach karnych, zachowałyśmy spokój i to dało nam tak potrzebne zwycięstwo.

Karne to zawsze loteria, ale przed samym wyjazdem na pierwsze mecze mistrzostw Polski mogłyście nabrać doświadczenia.

– Rzuty karne to zawsze jest loteria. Oczywiście można je ćwiczyć na treningach i udoskonalać, ale w krytycznym momencie, kiedy do głosu dochodzą emocje, jak teraz w starciu z Kwidzynem, same umiejętności mogą nie wystarczyć. Potrzeba też trochę szczęścia. W barażach o drugie miejsce w lidze z ROKiS-em Radzymin go zabrakło, ale teraz w Elblągu szczęście było po naszej stronie.

Trzeci mecz w tych mistrzostwach z KMKS Kraśnik też miał swoją wagę. Przegrana drużyna definitywnie odpadała z rozgrywek.

– To prawda, dlatego każda z nas zdawała sobie sprawę z tego, że musimy podejść do tego pojedynku bardzo profesjonalnie. Wiedziałyśmy, kto jaką rolę ma na boisku, co musi zrobić, i trzeba to było wypełnić praktycznie bezbłędnie. Wygrana z Kwidzynem wyraźnie nas podbudowała i uświadomiła nam, że wszystko zależy od nas. Myślenie było bardzo pozytywne, bo każda z nas zdawała sobie sprawę, że nie po to pracowałyśmy i trenowałyśmy przez cały rok, żeby teraz choć na moment odpuścić.

Zagrałyśmy tak, jak chciałyśmy, wygrałyśmy i byłyśmy pewne, że bez względu na wynik drugiego spotkania nic nie może się nam przytrafić, że czeka nas kolejna runda mistrzostw Polski.

Jest duża radość po tym sukcesie, ale trener Grzegorz Ankiewicz stara się mimo wszystko chłodzić nastroje i tłumaczyć, by nie obciążać was oczekiwaniami, bo czas tej drużyny ma nadejść w przyszłym sezonie.

– Z jednej strony rozumiemy trenera, bo doświadczenie z obecnych rozgrywek ma zaprocentować w przyszłym roku, ale z drugiej mimo wszystko chcemy wykorzystać szansę. Zdajemy sobie sprawę, że większość ekip, z którymi walczymy, jest od nas lepsza choćby z racji tego, że tworzą je starsze zawodniczki, ale my nie zamierzamy się ich obawiać. Nie mamy nic do stracenia, pierwsza runda nas podbudowała i nadal chcemy walczyć. Co z tego wyjdzie, zobaczymy.

A czy przy okazji tych mistrzostw jest w was chęć udowodnienia niektórym osobom, że piłka ręczna w Karczewie naprawdę coś znaczy?

– Nie poruszamy tego tematu w rozmowach z trenerem, ale doskonale wiemy, jak potraktowała nasz klub Rada Miejska w Karczewie. Dla nas to też jest motywacja do tego, by pokazać, że klub ma się czym chwalić, że wykonuje się tu świetną pracę z młodzieżą i niedofinansowanie MKS-u jest dużym błędem.

Jesteś jedną z tych zawodniczek, które mają za sobą debiut w pierwszej lidze w ekipie seniorek. Jak ty i twoje koleżanki, które są bezpośrednim zapleczem seniorek, zapatrujecie się na to, że w Karczewie może zabraknąć piłki ręcznej w profesjonalnym wydaniu?

– Choć zespół seniorek powstał niedawno, w tym momencie trudno mi sobie wyobrazić nasz klub bez niego. Dla nas to bardzo ważne, ponieważ wiem, jak to wszystko wyglądało kiedyś i jak to wygląda w klubach, które też nie mają seniorskiego zespołu. Większość zawodniczek po osiągnięciu wieku młodzieżowca kończy swoją przygodę ze sportem, ponieważ nie ma perspektyw na dalszy rozwój. Myślę, że dla większości z nas – również dziewczyn z młodszych roczników – powstanie tej drużyny było impulsem do jeszcze cięższej pracy na treningach, bo każda widziała siebie grającą co najmniej na poziomie pierwszej ligi, i to w barwach własnego klubu. Dlatego tak trudno jest mi wyobrazić sobie, że Karczew może zostać tego wszystkiego pozbawiony.

Dla zawodniczki takiej jak ty, która ma na koncie już kilka powołań do juniorskiej reprezentacji Polski, to wyjątkowo trudna sytuacja, bo z tego, co wiem, wiążesz swoją przyszłość z piłką ręczną.

– To prawda. Praktycznie wszystkie dziewczyny powoływane do kadry pochodzą z klubów, w których jest zespół seniorski. To dla nas bardzo ważne, bo większość z nas, jeśli jeszcze nie gra ze starszymi koleżankami, to przynajmniej z nimi trenuje. Dla nas to jest doskonała okazja, żeby zebrać doświadczenie, coś podpatrzyć, otrzymać jakieś cenne rady. Podejrzewam, że bez takich możliwości rozwoju byłabym w kadrze na straconej pozycji, bo startowałabym z zupełnie innego pułapu niż koleżanki z reprezentacji.

Trener Małgorzata Buksakowska powołuje cię regularnie. Czujesz, że zadomowiłaś się w reprezentacji i twoja pozycja w kadrze jest silna?

– Myślę, że żadna z nas nie może czuć się pewnie. Za każdym razem trzeba pokazywać się z jak najlepszej strony, wykazywać jak najwyższą formą. Nie można stosować taryfy ulgowej, na każdym treningu trzeba dawać z siebie wszystko, inaczej można zapomnieć o reprezentacji.

Nie ciągnęło cię nigdy do koszykówki? Nazwisko (Martyna jest kuzynką byłych koszykarek Małgorzaty, Katarzyny i Marty Dydek) i więzy rodzinne skłaniają raczej ku tej dyscyplinie.

– Nazwisko w pewnym stopniu zobowiązuje i faktycznie, kiedyś był moment, że chciałam grać w koszykówkę, ale moja nauczycielka WF-u Ewa Raczkowska namówiła mnie, żebym spróbowała swoich sił w piłce ręcznej. Zaczęłam i tak już zostało. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym mogła robić coś innego. Koszykówka wciągnęła moją siostrę, więc nastąpił sprawiedliwy podział… (śmiech).

Rozmawiał Marcin Suliga

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.