Pisanie książek jest jak maraton…

„Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy” – to fragment opisu nietuzinkowego kryminału „Kartoteka Pitera P.” – debiutanckiej powieści mieszkającego w Falenicy Jacka Wiśnickiego

Jacek Wiśnicki, rocznik 1981, jest absolwentem polonistyki, ukończył też kurs dokumentalny w szkole Wajdy. Dość szybko przekonał się, że nie zostanie nauczycielem ani filmowcem. Działał jako animator kultury i miejski aktywista, przez siedem lat kierował kinem studyjnym Stacja Falenica. Chcąc zmieniać świat na lepsze, wszedł do lokalnej polityki, był radnym, a następnie zastępcą burmistrza dzielnicy Wawer. Z urzędem rozstał się w burzliwej atmosferze. Jest idealistą i zderzenie z realiami było nieco bolesne. Ukojenia szuka w dzikiej przyrodzie – uwielbia obserwować i fotografować ptaki, w rodzinie – ma żonę i troje dzieci, oraz w pisaniu książek, do którego wrócił po latach.

Debiut falenickiego pisarza to przesiąknięta dymem tanich papierosów historia kryminalna, która przenosi nas tam, gdzie grzech i świętość oraz zbrodnia i miłość spotykają się w budce z piwem. Akcja rozgrywa się w podwarszawskiej miejscowości Aureolia (!), a ważne miejsca na jej mapie to nieukończony betonowy kościół z Chrystusem z Rur na fasadzie oraz całodobowy sklep u Blondyny. Bohater powieści, Paweł, próbuje poznać prawdę o okolicznościach śmierci swojego kumpla Pitera, który pewnego dnia został znaleziony martwy.

O książkach, podmiejskim życiu, odpowiedzialności za miejsce, w którym się żyje, i samorządowej „przygodzie” z JACKIEM WIŚNICKIM rozmawia Przemek Skoczek

Brawo, Jacku! Gratuluję debiutu. Znamy się od lat, ale nie sądziłem, że drzemią w tobie pisarskie talenty.

– No taki ze mnie 40-letni debiutant, ale o pisaniu marzyłem od dawna i ta książka to właściwie powrót do pisania i do pomysłu sprzed dobrych kilkunastu lat. Otóż kilka lat temu zacząłem biegać i postawiłem sobie cel – przebiec maraton. Udało mi się. Po tym maratonie co prawda zarzuciłem bieganie, ale zyskałem ważne doświadczenie. Okazało się, że potrafię przez ponad rok skupić się na jakimś zadaniu i robić coś regularnie. Pomyślałem wtedy, że skoro udało się z maratonem, tak samo powinno być z książką. Miałem zalążek powieści napisany jeszcze w czasach studenckich, leżał w szufladzie 15 lat, i postanowiłem tę książkę skończyć. Czas wolny, który dotychczas poświęcałem na bieganie, wypełniłem pisaniem i sprawiło mi to wielką frajdę.

To było pięć lat temu, gdy skończyłem, po mniej więcej roku pisania. Potem było wysyłanie książki do różnych wydawnictw, nanoszenie poprawek, które nasuwały mi się przy każdej kolejnej lekturze. W tak zwanym międzyczasie napisałem też drugą książkę. Wreszcie znalazłem wydawcę dla „Kartoteki Pitera P.” i teraz mogę skonfrontować ją z czytelnikami. Bardzo mnie to cieszy.

To historia kryminalna, ale nie tylko.

– Kryminał to tylko taki strój, w który tę książkę ubrałem, i wątek kryminalny jest jedynie czymś, co scala tę fabułę i świat przedstawiony. Dla mnie najważniejsze było uchwycenie pewnego świata – podwarszawskiego miasteczka i młodych ludzi żyjących w nim na początku lat dwutysięcznych. To również książka o dojrzewaniu. Pierwotny tytuł brzmiał „Śmierć Pitera P.”, a tytułowa postać, Piotr Pankowski, jest takim Piotrusiem Panem. Gdy ginie, jego świat zaczyna się zmieniać, a wraz z nim zmienia się także główny bohater, który musi dojrzeć. Robi to między innymi poprzez odkrywanie dawnych tajemnic i tego, co wyparł z pamięci.

Mimo kryminalnego kostiumu starałem się to zrobić lekko i z humorem. Pisząc, czułem trochę takiego ducha Chmielewskiej albo Niziurskiego. Mam nadzieję, że fani obojga mnie za to porównanie nie zlinczują (śmiech). Ta książka ma ton, który teraz się przyda. W tym całym czarno-białym świecie, coraz bardziej wyostrzonym, świecie narastającego konfliktu pokazuję, że zło i dobro, piękno i brzydota, wiara i niewiara są obok siebie i mimo różnic zawsze można wypić razem piwo i pogadać. Stawiam na pozytywne przesłanie. To trochę taka idylla, oczywiście na swój sposób, bo na kartach dzieje się wiele rzeczy, które powszechnie nie są uważane za idylliczne.

Ty też jesteś z podwarszawskiego miasteczka. Ile jest z życia wzięte w tej historii i ile z ciebie w głównym bohaterze?

– Trochę jest. Pochodzę z Ząbek i to one są w jakimś stopniu pierwowzorem Aureolii. Moi znajomi z pewnością odnajdą w książce postaci, które przypominają im kogoś prawdziwego. Jeśli chodzi o fabułę, to całkowita fikcja literacka. Jest tam wiele nostalgii, bo wracam do przeszłości, ale piszę o rzeczach ponadczasowych. W usta różnych bohaterów włożyłem dużo moich przemyśleń na temat życia, religii, wiary, miłości i innych wartości. Czy główny bohater jest podobny do mnie? Obaj jesteśmy ludźmi zaangażowanymi w ten świat, ale jednocześnie wolimy trzymać się z boku. Lubimy trochę zmyślać i opisywać, szukać wokół siebie niezwykłości. Kilka wspólnych cech mamy.

Twój bohater zmienia się pod wpływem tragicznych wydarzeń. Potrzebujemy sytuacji, które nami wstrząsną, byśmy mogli dojrzeć?

– Nie zawsze to musi tak przebiegać, ale na pewno potrzebujemy takich granic. Świadomości tego, że coś się kończy, a coś zaczyna i nic nie trwa wiecznie. Może to przebiegać tragicznie i skokowo, może też płynnie, ale ta świadomość przemijania, dojrzewania, zmiany jest konieczna, by osiągać kolejne stopnie wtajemniczenia.

W tym roku stuknie ci czterdziestka, wiek symboliczny. Masz poczucie, że przekraczasz jakiś Rubikon?

– Nie, staram się raczej łagodzić ten „szok”, niż go pogłębiać. Nie kupiłem sobie kabrioletu. Zacząłem za to budowę domu. No i nareszcie wydałem książkę. To jest dla mnie zamknięcie pewnego rozdziału i otwarcie nowego.

To dobry moment, by spytać o tę drugą powieść?

– „Kartoteka” jest książką bardzo chłopacką i uznałem, że przy drugiej powieści chciałbym przyjąć perspektywę bardziej kobiecą. Co prawda głównym bohaterem jest młody mężczyzna, Paweł. Ten sam, którego poznajemy w „Kartotece”. Tu jest aspirującym, niespełnionym pisarzem chcącym napisać książkę o swoim miasteczku. Jednak drugą kluczową postacią jest jego matka, kobieta prosta i szlachetna. Oboje żyją w cieniu ojca Pawła, który jest trudną, dość mroczną postacią. Książka nie jest kryminałem, lecz historią rodzinną rozgrywającą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Tytuł brzmi „Marengo” – to rodzaj tkaniny, szarej, ale poprzetykanej czarnymi wstawkami, jak popiół. I moja opowieść jest właśnie utkana z różnych rzeczy, historii, emocji, kolorów. Czerpię z historii własnej rodziny, jednak to nie jest opowieść biograficzna. Niebawem mam zamiar zasiąść do rozmów z wydawcą, liczę na to, że i „Marengo” trafi do czytelników.

Na tym nie koniec, ponieważ mam gotowy szkic powieści fantastycznej, trochę takiej ironicznej i satyrycznej, opowiadającej o wojnie światów.

Rozkręcasz się, eksplorujesz różne gatunki. To ciekawe.

– Raczej nigdy nie będę żył z pisania, ale mam z tego wielką frajdę. To jest takie czerpanie z siebie, którego w normalnym życiu na co dzień nie doświadczam. Zazwyczaj nie mamy czasu na zagłębianie się w siebie, a pisanie jest jednak szukaniem w sobie tych delikatnych strun, o których na co dzień się nie pamięta, które nie drgają, i to jest bardzo twórcze. Budowanie własnej samoświadomości. Bardzo to lubię.

I dlatego ważniejszy niż gatunek literacki jest dla mnie ten ton, który chcę zagrać. Nie lubię trzymać się w określonych ryzach, bo często mnie ponosi w określone rejony. Zawsze w literaturze interesowała mnie różnorodność, bo takie jest życie. Skrzy się różnymi kolorami. Jest miłość w piekle i piekło w miłości, to się zawsze przeplata. Czystość gatunkowa dla mnie jest ograniczająca. Może mam za mało warsztatu i dyscypliny.

Od wielu lat mieszkasz w Falenicy, po drugiej stronie tego obwarzanka stolicy, też na przedmieściach. Jest tu podobnie jak w Ząbkach?

– Ja jestem człowiekiem miasteczek i dlatego wybrałem na swój dom Falenicę. Choć jest ona częścią Warszawy, w żaden sposób jej nie przypomina i to sprawia, że jest podobna do Ząbek. Pod wieloma względami jest tu jednak inaczej. Falenica jest bardziej historyczna i ma nieco innych mieszkańców, bardziej związanych z dawnym letniskiem i kulturalną elitą, podczas gdy w Ząbkach dominował raczej zaciąg robotniczo-chłopski. Trzeba jednak podkreślić, że oba miasteczka powstawały w oparciu o pewne założenia. W Falenicy były to Andriolli, świdermajery i letnisko, a w Ząbkach miasto ogród, czyli miejsce magiczne, idealne do życia.

Niestety zarówno w Falenicy, jak i w Ząbkach wszystko to, co ciekawe i podobne, zostało trochę wyparte, przysypane kurzem, brudem, zupełnie nowymi mieszkańcami, którzy traktują je tylko jak sypialnie. Na szczęście coś pod tą warstwą zostało i czasami daje się odkryć. Przeszłość Falenicy jest coraz bardziej odkrywana, coraz więcej się o tym mówi, wyciąga różne historie i to jest piękne. W Ząbkach też szuka się tej przeszłości.

Twoją rodzinną miejscowość większość z nas zna z przelotu trasą S8 na Białystok i – mówiąc delikatnie – nie wzbudza zachwytu. A tu proszę, miasto ogród! Zgaduję, że dalej od szosy jest piękniej?

– No… nie (śmiech). Pięknie to za duże słowo. I ten świat, który opisuję, też nie jest piękny, ale przez to, że jest oswojony, jest nasz. Jest nam bliski. Tak jak domy, w których mieszkamy. Rzadko są piękne, ale są nasze i z tego rodzi się więź. Za to je kochamy.

Do lokalnej polityki trafiłeś z miłości do swojej małej ojczyzny?

– Tak. Znalazłem kiedyś ulotkę o wyborach do Rady Osiedla Falenica. Leżała na skwerze obok mojego domu, na którym kiedyś rosły stare drzewa, a potem wykonano inwestycję za kilkaset tysięcy złotych: drzewa wycięto, wyłożono wszystko kostką i posadzono kilka rachitycznych drzewek, które ciągle usychają. Rewitalizacja przez betonozę. Pomyślałem, że mam dosyć takich zmian i czas samemu zacząć działać. Zostałem radnym osiedla, potem radnym dzielnicy, wreszcie członkiem zarządu dzielnicy i wiceburmistrzem. To było fantastyczne, choć trudne doświadczenie w wymiarze czysto ludzkim. Moja przygoda z zarządem zakończyła się po dwóch latach rozpadem koalicji, ale też rozpadem moich relacji z kolegami, z którymi wszedłem w politykę.

Mimo wszystko nadal uważam, że idea służby publicznej jest niezwykle cenna. Wiara w to, że można coś zrealizować, czynić świat wokół lepszym, oswajać ludzi z urzędem, który ma im pomagać i być przyjazny. To piękna misja.

Jesteś idealistą, który zderzył się z partyjnym betonem i utonął w urzędowym bagienku?

– Problem był głębszy. Wchodząc do urzędu, chciałem po prostu dobrze pracować na rzecz dzielnicy. Natomiast moje tak zwane zaplecze inicjowało różne wojenki, które zaprowadziły ich na margines lokalnej polityki i pozbawiły wpływu. Myślami byli już przy kolejnych wyborach. Z drugiej strony jest uwikłana w różne układy rządząca Wawrem od zawsze grupa, dla której byliśmy niewygodni. Konflikty narastały. Ci, którzy wierzyli w tę koalicję, przegrali, ale jedynym zakładnikiem tej sytuacji i konfliktów, które obie strony wzajemnie nakręcały, byłem ja. Z perspektywy czasu trudno wyobrazić sobie inny scenariusz, ale żałuję, że tak to się skończyło.

Czym zajmujesz się teraz zawodowo?

– Jestem urzędnikiem. Pracuję w Mieście Stołecznym Warszawa w Zarządzie Zieleni Miejskiej i zajmuję się realizacją projektów w ramach budżetu obywatelskiego. To tematy bliskie mojemu sercu, kocham przyrodę i postawy obywatelskie (śmiech). Poza tym po trudnym epizodzie w roli polityka teraz odzyskałem wewnętrzny spokój i czas, więc znów mogę pisać i to robię. Krok po kroku. Nauczony doświadczeniami z treningu maratońskiego wiem, że najważniejsza jest regularność, i tego się trzymam.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.