Pozytywny demon

Sosnowski – bluesowy piosenkarz i gitarzysta o charakterystycznym, zachrypniętym głosie w stylu Toma Waitsa, zagra w niedzielę w Józefowie. Ten długo oczekiwany koncert jest częścią „Trasy bez nerwów”

Bartosz Sosnowski (w scenicznym życiu ogranicza się do nazwiska) zaliczył jeden z szybszych debiutów na polskiej scenie rockowej. Ma wielki talent, charyzmę, smykałkę do świetnych melodii, znakomite teksty pisane przez żonę no i ten głos, który wywołuje ciarki. Jego utwory „Deszcz”, „Po prostu” czy „Hej!” stały się przebojami. Ma na koncie dwie płyty – solową „The Hand Luggage Studio” oraz nagraną już z zespołem „Tylko się nie denerwuj”, nominowaną do Fryderyka w kategorii Album Roku. W plebiscycie Blues Top 2020 zdobył tytuły Wokalisty Roku i Odkrycia Roku.

Z SOSNOWSKIM rozmawia Przemek Skoczek

Bywa pan nerwowy?

– Jestem nadzwyczaj spokojnym człowiekiem. Jeśli już ktoś mnie czasem zdenerwuje, są to osoby, na których mi bardzo zależy, tym dalszym raczej nie daję się wyprowadzać z równowagi. Mniej tolerancji mam dla przedmiotów, zwłaszcza elektroniki, która potrafi płatać przykre figle i wtedy staję się rzeczywiście wybuchowy.

Zatem tytuł płyty „Tylko się nie denerwuj” oraz całej trasy to nie takie samouspokajanie, ale raczej apel do świata. Proponuje pan remedium na covidowy stres?

– Cały przekaz związany z tą płytą jest raczej pozytywny. Świat się zmienił, wiele naszych zmartwień też. Nowych przybyło, ale chyba umiemy się teraz mniej przejmować pewnymi rzeczami. Gdy pracowaliśmy nad płytą, starałem się zarażać innych spokojem, często powtarzałem to swoje „tylko się nie denerwuj”, aż stało się to źródłem żartów i w końcu inspiracją dla tytułu. Cieszymy się, że będziemy mogli znowu grać na żywo. Chcemy dzielić się optymizmem i mam nadzieję, że to przełoży się na ogólny nastrój u naszych słuchaczy, czego bardzo im i sobie życzymy.

Pandemia podcięła nieco skrzydła pana rozpędzającej się dopiero karierze?

– Trudno mi oceniać, czy podcięła skrzydła akurat mojej karierze, ale na pewno podcięła skrzydła wszystkim, którzy zajmują się formami sztuki polegającymi na bezpośrednim spotkaniu z ludźmi. Gdy okazało się, że kontakt twarzą w twarz nie jest możliwy, bardzo mocno spadło zapotrzebowanie na to, co robimy. Okazało się, że ludzie potrafią się bez tego obejść. Muzyka musiała ustąpić miejsca bardziej przyziemnym sprawom. Trudno nie zastanawiać się w takiej chwili, czy sztuka, którą uprawiam, jest w ogóle potrzebna, czy ma jakiś sens? Czy nie lepiej zająć się sprzedażą maseczek albo pracą w sklepie spożywczym? Cała ta sytuacja wywołała u mnie i u wielu kolegów z branży – mówiąc kolokwialnie – mniej lub bardziej głębokiego doła.

 Internet daje możliwości podtrzymania tego kontaktu. Pan jednak bronił się przed graniem w Józefowie online.

– Rzeczywiście, nie przepadam za taką formą. Zagraliśmy dwa czy trzy razy koncerty online, ale nie ma to porównania z żywym kontaktem z publicznością. Za każdym razem, gdy planowaliśmy występ w Józefowie, mówiło się, że już za chwilę, już zaraz otworzą sceny, więc woleliśmy poczekać i grać przed ludźmi. To się przesuwało w czasie i w efekcie trzeba było poczekać na ten koncert około dwóch miesięcy, ale myślę, że dobrze się stało. Bardzo się cieszymy na to spotkanie z żywą widownią.

 Wszystkie teksty piosenek pisze pana żona Aleksandra Górecka. Stanowicie zgrany tandem.

– Wszystkie polskie teksty są jej autorstwa, a na drugiej płycie innych nie ma. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś robi coś lepiej niż ja, nie podchodzę do tego ambicjonalnie i nie próbuję na siłę mu dorównać. Tu Ola niewątpliwie nade mną dominuje, choć może przyjdzie taki moment, że napiszę sam coś dobrego po polsku, na przykład pół zwrotki. (śmiech) Ja skupiam się na tekstach angielskich, ale i tu Ola jest dla mnie inspiracją i pierwszym recenzentem.

Zadebiutował pan dość późno, wcześniej było to jakieś uliczne granie, jak u Maleńczuka?

– Nie. Zajmowałem się muzykowaniem od lat i pisałem bardzo różne rzeczy do szuflady. Któregoś dnia, miałem wtedy prawie 35 lat, poczułem jakiś wewnętrzny imperatyw, by coś z tym wreszcie zrobić. Podjąłem pierwsze próby zaprezentowania siebie, wrzuciliśmy kilka piosenek do internetu, porozsyłaliśmy je do różnych ludzi z prośbą o opinię. Udało się nadspodziewanie szybko, było to sporym zaskoczeniem. Zostałem zauważony i jest mi z tego powodu bardzo miło, jestem z tego dumny. Przede wszystkim pomogli w tym ówcześni redaktorzy „Trójki”, bo to oni stali się moimi pierwszymi promotorami i wywołali zainteresowanie moją muzyką.

Nie widziałem pana jeszcze na żywo, ale zwykłem ufać opinii Piotra Metza (właśnie z „Trójki”), a on twierdzi, że „Sosnowski jest scenicznym demonem”.

– Nie wiem, czy nie powiedział tego na wyrost, ale postaramy się zapewnić nie tylko pozytywne, ale i diaboliczne doznania (śmiech).

Głos ma pan trochę nie z tej ziemi. O Marku Dyjaku mawia się, że to polski Tom Waits. Zdarzają się i panu podobne porównania?

– Zdarzają się, oczywiście, zwłaszcza po pierwszej płycie, nieco mroczniejszej. Nie obrażam się za takie porównania, bo mają przede wszystkim jakoś nakierować potencjalnego słuchacza na to, z czym może się spotkać. I to jest cenne. Łączy nas z pewnością podobieństwo brzmieniowe, ale zarówno Marek Dyjak, jak i Tom Waits to osobowości nie do podrobienia i pomylenia z kimkolwiek.

Na pewno mimo podobieństwa głosów ma pan teraz barwniejsze, bardziej pozytywne oblicze.

– Piosenki są zawsze przekazaniem emocji artysty. Faktycznie, pierwsza płyta skupiała się przede wszystkim na temacie śmierci i przemijania, ale druga odnosi się już do miłości i relacji międzyludzkich, więc siłą rzeczy te zestawy piosenek są tak inne. Teraz dzielimy się radosnym przesłaniem, wierząc, że najgorsze za nami i świat znów stanie się bardziej otwartym i miłym do życia miejscem.

 

Plenerowa scena MOK,  skwer im. św. Jana Pawła II, tel. 22 789 20 26, http://www.mokjozefow.pl, niedziela, 13.06, godz. 18, wstęp wolny

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.