Przycisnęliśmy i dotarliśmy do celu

W dziewięć dni przejechali niemal 800 kilometrów, od Krupówek do molo w Brzeźnie, na poziomych rowerach, czyli tzw. leżakach. Błażej Cymerman, Grzegorz Kołodziejczyk i Piotr Małek – trzej kolarze z powiatu otwockiego borykający się na co dzień z niepełnosprawnościami – wspierani przez Fundację Drużyna Błażeja, na której podopiecznych zbierali pieniądze, zakończyli projekt „Leżakiem nad morze”. To pierwsze tego typu przedsięwzięcie w Polsce. Błażej, Grzegorz i Piotr zgodzili się opowiedzieć nam o jego przebiegu i wrażeniach z wyprawy

Fot. Bartłomiej Zborowski/ źródło: FB Drużyna Błażeja

Dokonaliście niesamowitej rzeczy. Czy na trasie czuliście się dobrze przygotowani? Co sprawiało wam najwięcej problemów?

Piotr Małek: – Przejechaliśmy Polskę od gór do morza, niewątpliwie jest to duże osiągnięcie. Choć przed startem trochę się obawiałem, bo nie wiedziałem, jak będzie odkładało się zmęczenie, to jednak okazało się, że fizycznie byłem bardzo dobrze przygotowany. Dla mnie największym problemem były wjazdy do dużych miast i wyjazdy z nich. Kraków, Toruń, Łódź czy Gdańsk to labirynt ścieżek rowerowych, które jakościowo pozostawiają wiele do życzenia, i niestety aplikacje nawigacyjne nie bardzo dają sobie radę, ale jakoś sobie poradziliśmy, choć czasami nie było łatwo.

Grzegorz Kołodziejczyk: – Wiem, że zrobiłem coś niesamowitego, ale jeszcze do końca to do mnie nie dotarło (śmiech). Na trasie czułem się dobrze przygotowany. Jeżdżę już trochę na „leżaku” i wytrzymałość raczej mam dobrą. Trochę obawiałem się przewyższeń na trasie, ale okazało się, że ręce dały sobie radę z tymi górkami po drodze. Najwięcej problemów sprawiły ścieżki rowerowe, które są budowane w nieprzemyślany sposób, słabo oznakowane, często z krawężnikiem…

Błażej Cymerman: – Myślę, że projekt był ciekawy i wymagający. Trochę obawiałem się tylu etapów, ponieważ nie jeździłem tyle, co Piotrek z Grześkiem. Problemem była wysoka temperatura. No i sama trasa – głównie wjazdy do dużych miast i wyjazdy z nich.

Czy jadąc, widzieliście i czuliście wsparcie swoich kibiców? Czy spotykaliście ich na trasie?

P.M.: – Zdecydowanie tak. Nasza popularność, rozpoznawalność rosła z każdym etapem. Pozdrawiali nas piesi, rowerzyści, kolarze, motocykliści i kierowcy samochodów. Te wszystkie „okejki”, przyjazne klaksony czy brawa bardzo nam pomagały, a tak zwyczajnie, po ludzku, było nam miło.

G.K.: – Oczywiście, że czuliśmy wsparcie i wiedzieliśmy, że sporo osób nam kibicuje. Na trasie również można było zobaczyć, że po materiale w telewizji jesteśmy rozpoznawani, a obcy ludzie pozdrawiają nas i życzą nam spokojnej drogi albo stają i biją brawa. Bardzo to było miłe, aż łezka się w oku kręciła, a ręce lepiej zaczynały pracować.

B.C.: – Jak najbardziej. Dużo osób kibicowało nam na trasie, zarówno przejeżdżający kierowcy samochodów czy motocykliści, jak i osoby stojące przy trasie.

Krytycznym momentem było chyba złamanie się widelca w rowerze Piotra. Jak udało się wam pozbierać po takiej awarii i dokończyć etap?

P.M.: – Już dzień wcześniej czułem, że coś dzieje się z rowerem, ale myślałem, że to stabilizator kierownicy. Następnego dnia po przejechaniu 20 kilometrów zjechaliśmy na boczną drogę i wtedy moim oczom ukazał się obraz, który mnie zmroził. Widok pękniętego widelca zasiał niepokój w głowie. W pierwszej chwili pomyślałem, że dla mnie to koniec wyprawy, ale słynę z tego, że potrafię wybrnąć z naprawdę poważnych tarapatów, a to był „tylko” pęknięty widelec. Po chwili już googlowałem, gdzie są najbliższe spawalnie, i dzwoniłem do nich. Dwie godziny później widelec był pospawany, ale pozostało jeszcze poskładać zdemontowany rower, linki, przerzutki i wszystko razem poskręcać. Po ponad czterech godzinach mknęliśmy do Włocławka.

G.K.: – Na spokojnie, przecież to nie koniec świata. Trzeba było jak najszybciej naprawić rower, co udało się w kilka godzin. Chociaż z tyłu głowy była myśl, że możemy dojechać po zmroku, ale zegarek dawał nam szansę. Jednak łatwo się nie poddajemy, więc przycisnęliśmy i przy okazji zeszło ciśnienie spowodowane awarią.

B.C.: – Wiedzieliśmy, że wszystko będzie OK, choć trochę nerwów było. Awaria jeszcze bardziej nas podkręciła.

Czy coś was na trasie zaskoczyło lub rozbawiło?

P.M.: – Cała wyprawa była jedną wielką przygodą. Na pewno fajne były niektóre reakcje na nasz sprzęt, bo wcześniej nie każdy miał okazję widzieć taki rower. Zaskoczyła nas pogoda, która jeszcze na trzy dni przed startem nie zapowiadała się najlepiej. Okazało się, że z każdym dniem było coraz piękniej, a bliżej morza zrobiło się naprawdę gorąco. Jednak my wolimy jechać w słońcu i wysokiej temperaturze, niż w chłodzie i deszczu.

G.K.: – Z zabawnych i bardzo miłych sytuacji najbardziej zapamiętałem chyba panią grabiącą siano i krzyczącą: „E, chłopaki! Ja was w telewizji widziałam! To wy jedziecie nad morze! Spokojnej drogi. Pozdrawiam!”

B.C.: – Przyjemne były widoki i poznanie Polski z pozycji roweru. A na trasie skupiliśmy się na drodze. Tylko Piotrek cały czas kogoś zaczepiał.

Czym była dla was ta wyprawa? Co wam dała?

P.M.: – Taki rajd przez Polskę to naprawdę duże wyzwanie. Dla mnie przejechanie z Krupówek na molo w Gdańsku-Brzeźnie to potężna dawka endorfin i pokazanie samemu sobie, ale też innym, że mimo wszystko można robić rzeczy, o których wielu osobom nawet się nie śniło.

G.K.: – Ta wyprawa była dla mnie spełnieniem marzenia, które już jakiś czas za mną chodziło, i pokazała, że warto marzyć i dążyć do celu.

B.C.: – Satysfakcję, i to olbrzymią. Mam nadzieję, że obserwujący ludzie coś z tej wyprawy wyniosą dla siebie. 

Rozmawiała Barbara Michałowska

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.