Jazz wymaga stałości

Krzesimir Dębski jest jednym z najsłynniejszych i najbardziej płodnych kompozytorów. Tworzy przede wszystkim muzykę współczesną i filmową, jest dyrygentem, ale też znakomitym skrzypkiem jazzowym i liderem zespołu String Connection, który już w sobotę zagra w Falenicy

Gdy spytałem kilka przypadkowych osób o Krzesimira Dębskiego, najczęstszym skojarzeniem była jego muzyka filmowa, na czele z „Dumką”, którą napisał do „Ogniem i mieczem”. Tymczasem to jedynie wierzchołek góry lodowej, a dorobek tego artysty jest wprost imponujący. Skomponował ponad 50 utworów symfonicznych i kameralnych, m.in. operę, cztery oratoria, utwory religijne, 11 koncertów instrumentalnych. Jest także autorem muzyki do ponad 50 filmów fabularnych i telewizyjnych, 35 sztuk teatralnych i utworów dla dzieci. Ma też w dorobku ponad 100 piosenek, które wykonują tacy artyści jak: Edyta Górniak, Kayah, Beata Kozidrak, Grażyna Łobaszewska, Ryszard Rynkowski, Stanisław Soyka, Mieczysław Szcześniak czy Anna Jurksztowicz, prywatnie żona kompozytora. Przy piosenkach często współpracuje z tekściarzem Jackiem Cyganem.

Dla mnie i wielu fanów Krzesimir Dębski jest jednak przede wszystkim wybitnym jazzmanem, twórcą formacji String Connection, z którą koncertował od 1980 roku w niemal całej Europie, USA i Kanadzie. Z tym zespołem został laureatem I nagrody Światowego Konkursu Jazzowego w Hoeilaart w Belgii w 1983 roku, a w latach 80., gdy najwięcej czasu poświęcał jazzowi, wielokrotnie zdobywał tytuł „Najlepszego Skrzypka, Kompozytora, Aranżera Roku” w ankietach magazynu „Jazz Forum”. Ba, w 1985 roku znalazł się nawet na liście 10 najlepszych skrzypków jazzowych amerykańskiego pisma „Down Beat”. W sobotę będziemy mieli okazję posłuchać tego wirtuoza na żywo podczas koncertu, który odbędzie się w Wawerskim Centrum Kultury.

 

Z KRZESIMIREM DĘBSKIM rozmawia Przemek Skoczek

Nie mogę się doczekać tego koncertu. Przyznaję, że nie miałem przyjemności słuchać String Connection na żywo. Gracie od lat, ale z licznymi przerwami.

– Rzeczywiście, istniejemy już 40 lat, od 1981 roku. Pierwsze lata były szalenie intensywne, zagraliśmy ponad tysiąc koncertów na całym świecie, w tym na największych festiwalach. Potem to wszystko nieco zwolniło i owszem, mieliśmy przerwy z różnych powodów zdrowotnych czy artystycznych, bo realizujemy się z kolegami na różnych polach. Bywało też, że koledzy wyjeżdżali na dłużej, szczególnie w stanie wojennym.

Ponadto w pewnym momencie pojawił się na rynku produkt dziewiarski, który wziął swoją nazwę od pierwszego członu nazwy naszego zespołu i byliśmy w zupełnie niekomfortowej sytuacji. Znaleźliśmy się nie tam, gdzie chcieliśmy. Musieliśmy więc kilka lat poczekać, aż produkt spowszechniał, i znów mogliśmy grać. A tak poważnie, to niedawno wypadła nam też długa cezura, ponieważ zmarł nieodżałowany Janusz Skowron, nasz pianista i najmłodszy członek zespołu. Postanowiliśmy jednak wznowić działalność w skromniejszym, czteroosobowym składzie. Linia artystyczna jest kontynuowana.

Odnieśliście niebywały sukces, wypełniając sale koncertowe niczym zespoły rockowe i sprzedając tysiące płyt. Zasługą były te pozytywne emocje, żywiołowość, radość, która płynęła ze sceny. Pokazaliście, że jazz nie musi być trudny i hermetyczny.

– W tamtych latach wszyscy grali jazz na smutno i tak poważnie. My woleliśmy inaczej. To była nasza reakcja na stan wojenny. Było bardzo ponuro, strasznie ohydnie i postanowiliśmy przynajmniej ze sobą jakoś się bawić. I bawić publiczność przy okazji. Nie znaczy to, że nasza muzyka jest łatwa, ale była podana w przystępny sposób. Dowodem na to, że kompozycje są dość trudne, jest fakt, że niewielu muzyków ma odwagę je grać. Mało kto sięga po nasz repertuar, bo opanowanie go wymaga wielu prób, a jazzmani rzadko kiedy mają czas na takie długie ćwiczenia. Rządzą szybkie projekty. To jest troszeczkę taka płciowa gra, że bardzo szybko wymienia się partnerów, a do zagrania naszego repertuaru trzeba pewnej stałości w ich doborze.

Gdy zaczynaliście, łamaliście schematy. Jak przyjmowało was środowisko tradycyjnie postrzegające jazz?

– Było wręcz oburzenie. Niektórzy chcieli nawet wykluczyć nas ze stowarzyszenia jazzowego, utrzymując, że jesteśmy zespołem tanecznym, a nie jazzowym. My jednak czasem graliśmy naprawdę poważne rzeczy, nawet z kręgu muzyki współczesnej poważnej. Ja skończyłem takie studia na Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu i takie utwory pisałem. Niektóre ich elementy przenosiłem do jazzu. Dla starszych kolegów byliśmy niepoważni. Na naszych koncertach były jednak takie tłumy i takie powszechne zainteresowanie, że przetrwaliśmy te problemy.

Muszę tu wspomnieć, że sprzedawaliśmy wtedy po 60 tysięcy płyt. Dzięki temu dawaliśmy wiele koncertów, dużo wyjeżdżaliśmy i na Zachód, i na Wschód. Gdy niedawno byliśmy w Kanadzie, w antykwariatach i sklepach trafiliśmy na nasze płyty. Okazało się, że ludzie, jadąc na emigrację do Ameryki albo Australii, w swoim skromnym bagażu znajdowali też miejsce na nasze płyty. I one sobie tam krążą w drugim obiegu. Dużo osób przychodziło z nimi na koncerty i prosiło o autografy. Jako ciekawostkę dodam, że jako jedni z pierwszych w Polsce wydaliśmy album na CD. W tym samym mniej więcej czasie zrobił to również wspaniały i bardzo wtedy popularny duet Marek i Wacek. Byliśmy więc prekursorami.

A dziś płyty, czy to analogi, czy CD, są w cieniu internetu. Tam wszystko teraz się rozgrywa. Muzycy są w ogóle w stanie żyć ze sprzedaży płyt?

– Rynek fonograficzny przeszedł rewolucję. Internet wszystko zmienił. Młodzi muzycy często w ogóle omijają te stare technologie. Nie ma już chyba nawet sensu wydawać płyt. Sprzedaje się je przede wszystkim po koncertach. Poziomy sprzedaży nie są w najmniejszym stopniu porównywalne z latami 80. Oficjalnie nakłady wynosiły dziesiątki tysięcy płyt, a w Rosji ponoć pirackie wydania osiągały milionową sprzedaż. Był popyt na jazz. W Moskwie, w Hali Olimpijskiej, mieści się sześć tysięcy osób. Graliśmy dwa razy i za każdym było pełno ludzi. Teraz to już niewykonalne.

Skąd wziął się jazz u muzyka wykształconego klasycznie?

– Jestem z Wałbrzycha, ale na studia pojechałem do Poznania z przekonaniem, że będę pisał bardzo poważną muzykę, wręcz awangardową. Jednak już w pierwszych miesiącach poznałem na uczelni kolegów, którzy zarazili mnie jazzem. Zgwałcili mnie przez ucho – jak u Gombrowicza. Studia skończyłem, wszystko robiłem jak trzeba, ale ten jazz stał się dla mnie wtedy niezwykle ważny.

W tamtym czasie grał pan też z kabaretem Tey Zenona Laskowika.

– Straszne czasy! Daliśmy 560 przedstawień jednego programu. Zdaje pan sobie sprawę, co to znaczy słyszeć ponad 500 razy te same dowcipy? To tortura jak w piekle. I jeszcze musieliśmy się z nich śmiać, bo choć naszą rolą był głównie akompaniament (czasem tylko dochodziły pewne rólki), to byliśmy widoczni na scenie i musieliśmy błazeńsko rechotać z tych żartów… Fajne czasy. Tylko trzeba było pić dużo alkoholu. Przyjeżdżali do kabaretu liczni goście, opowiadali bardzo fajne rzeczy i siedziało się z nimi do rana, pijąc i paląc papierosy. A potem rano lecieliśmy na uczelnię ledwo żywi i zdarzało się, że jak się pochylałem, to mi leciała z nosa krew. Takie osłabienie. Ale przetrwałem ten studencki czas.

Dziś bardziej niż z jazzem jest pan kojarzony z muzyką filmową.

– Filmy mnie pochłonęły i w pewnym momencie nie dało się tego pogodzić ze String Connection. Pisałem bardzo dużo muzyki filmowej i poważnej, niekiedy nawet bardzo poważnej, ale jazz pozostał, tylko w formie raczej hobbystycznej. Lubię sobie poimprowizować, to zupełnie inny rodzaj przyjemności, która wzbogaca mnie jako kompozytora także w innych dziedzinach.

Lubi pan też eksperymentować. Nawiązuję tu do wspólnego projektu z Tadeuszem Sudnikiem. Wasz ubiegłoroczny koncert w Międzylesiu był nietuzinkowym przeżyciem

– String Engine. Tak, skrzypce, syntezatory analogowe, elektroniczne urządzenia przekształcające dźwięki. Wspólne granie daje nam dużo frajdy, nie wiem, na ile zadowoleni są słuchacze. Niedawno nagraliśmy z Tadeuszem Sudnikiem płytę, więc będzie można zabrać sobie naszą muzykę do domu, o ile ktoś jest w stanie jej słuchać. Nie wiem, jak ją zniosą ci, którzy przyzwyczaili się do zupełnie innej muzyki, ale ahoj przygodo! Z Tadziem mamy też taki projekt, w którym on gra, a ja czytam różne treści mające podnosić ludzi na duchu. Dziś to bardzo potrzebne. A niektórych chcemy podenerwować.

Wspomniał pan, że muzyka String Connection była remedium na smutne czasy, więc obecnie też pasuje jak ulał. Gracie tylko te starsze utwory czy dochodzą nowe kompozycje?

– Cały czas komponujemy, dochodzą nowe rzeczy. Oczywiście te starsze też będzie można usłyszeć, choć i one zabrzmią nieco inaczej, bo gramy w zmienionym, czteroosobowym składzie, ale sto procent na żywo, bez dublerów i wspomagających taśm. Jak się pomylimy, to się do tego przyznamy. Zapraszamy na koncert, będzie można porozmawiać, pożartować. Mamy zamiar dobrze się bawić.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.