Pandemia przypomina czasem okupację

„Hello Helka. Nowelka na papier i wojnę” to dość niecodzienna wystawa, która została otwarta we wtorek, 27 lipca w Muzeum Powstania Warszawskiego. Są na niej prezentowane papierowe laleczki wykonane podczas okupacji przez Janinę Giedroyć-Wawrzynowicz dla jej córki Róży. Artystka tworzyła je w swoim domu w Otwocku, gdzie mieszkała prawie 50 lat

PRZEMEK SKOCZEK

Gdy patrzy się na dziesiątki papierowych postaci precyzyjnie namalowanych na papierze akwarelowym, trudno uwierzyć, że powstawały osiem dekad temu. Wciąż mają żywe kolory, nie są uszkodzone i wydaje się, że zostały zrobione niedawno. To niezwykłe, że dzieła z takiego tworzywa przetrwały wojnę i późniejsze lata, podczas gdy wokół rozpadał się świat, waliły mury, płonęły miasta.

Ucieczka w świat wyobraźni

Do krainy przeszłości wchodzimy przez niby-kamienną bramę, nad którą umieszczono zachęcający neonowy napis „Hello Helka”. Jest w nim coś radosnego, optymistycznego, kojarzącego się z rysunkowym kotkiem z japońskiej kreskówki i gier komputerowych. I rzeczywiście, choć cofamy się do czasów II wojny światowej, na wystawie próżno szukać jej śladów. Jest za to sporo komizmu. Janina Róża Giedroyć-Wawrzynowicz stworzyła je bowiem dla swojej córki, aby odwrócić uwagę dziewczynki od wojennej codzienności. Chciała, by mała Róża uciekła od okropieństw w świat wyobraźni.

Artystka sportretowała dzieci i dorosłych, często prawdziwych mieszkańców Otwocka i Warszawy, których spotykała na ulicach, znajomych, obcych i przyjezdnych. Zrobiła to z niezwykłym wyczuciem, dowcipnie i trafnie oddając ich cechy charakteru. Na wystawie wszyscy są przedstawieni jako mieszkańcy lub bywalcy sąsiadujących ze sobą kamienic, wzdłuż których przechodzimy. Jest tam więc bardziej warszawsko niż otwocko, co wynika zapewne z charakteru tej placówki.

W gablotach przewijają się scenki rodzajowe, oglądamy całe rodziny, przedstawicieli różnych zawodów, od krawcowej, po ekspedientkę w sklepie mięsnym. Podglądamy damę szykującą się do kąpieli, dziewczynę przy fortepianie, trenującego bicepsy mężczyznę, panią w toalecie, salonowe spotkania. Tło dla postaci zaprojektowała wrocławska artystka Kasia Kmita, która specjalnie na tę okazję stworzyła i wycięła z papieru dawne warszawskie mieszkania, kawiarenki i sklepiki. Miłym uzupełnieniem jest gablota, w której obok starej skrzynki z farbami, puszek, pędzli i palety malarki zgromadzono rysunki jej córki Róży, też powstałe w Otwocku, oraz nieco archiwalnych fotografii, wśród których da się rozpoznać jeden z lokalnych świdermajerów.

– Dzięki tym laleczkom moje dzieciństwo spędzałam w cudownym świecie. Tam, poza domem, byli Niemcy i ich niezrozumiały szwargot, naloty, chowanie się w kapuście albo kartoflisku, a tu radosne zabawy, weseli ludzie, całe rodziny. Łezka się kręci w oku na te wspomnienia. Tym bardziej że w latach 70. tymi lalkami bawiła się też moja córka – opowiada Róża Wawrzynowicz-Billip, która pojawiła się na otwarciu wystawy.

Ze snu do serialu

Kolekcja liczy około 500 papierowych laleczek. Muzeum Powstania Warszawskiego kupiło ją w 2010 roku od Róży Wawrzynowicz-Billip, która chciała, by dzieło jej mamy przetrwało dla kolejnych pokoleń. Na odpowiednie wyeksponowanie czekały więc ponad 10 lat.

– Znalezienie właściwej formy artystycznej, za pomocą której moglibyśmy odpowiednio pokazać tę kolekcję, zajęło nam wiele lat. Chcieliśmy, aby sposób prezentacji odzwierciedlał poprzednie przeznaczenie wyciętych z papieru postaci – żeby tak samo jak kiedyś przenosiły one widzów w niezwykle barwny, bogaty świat – opowiada kurator Anna Grzechnik, której ta wizja przyśniła się którejś nocy. – Pomysł narodził się z chęci wsparcia młodych ludzi, osamotnionych podczas izolacji spowodowanej pandemią, której realia przypominały te okupacyjne. Zajęcia i wykłady zostały przeniesione do przestrzeni wirtualnej, gdyż nie można było bezpiecznie się spotykać; wszyscy musieli sobie radzić z nieustającym poczuciem zagrożenia i strachem przed chorobą i śmiercią bliskich osób – wyjaśnia kurator.

To nie koniec niespodzianek. Wystawa jest wstępem do serialu animowanego. Papierowe laleczki, które teraz możemy oglądać na ekspozycji, zostaną bohaterami filmu opowiadającego o rodzinie i sąsiadach z jednej kamienicy w czasie okupacji i Powstania Warszawskiego. Spojrzymy na świat dawnej Warszawy oczami 17-letniej Helki Malinowskiej i jej przyjaciół. – Serial będzie opowieścią o codzienności w czasach wojennej próby poprzez porównanie do obecnego życia młodych ludzi w okresie pandemii, tak samo pełnego lęku, niepokoju, niebezpieczeństw. Będzie mówił o tym, że mimo nieustannej presji, ograniczeń i trudności nawet w tak niekorzystnych warunkach jak okupacja można było być kimś – realizować swoje pasje i marzenia, planować, tworzyć, kochać, uczyć się – podkreśla Anna Grzechnik. W tym filmowym projekcie ma wsparcie znakomitych artystów.

Za część literacką odpowiada pisarz Grzegorz Kasdepke, autor popularnych książek dla dzieci.

Była barwna jak kwiat

Janina Róża Giedroyć-Wawrzynowicz (1902-1995) była malarką i graficzką. Ukończyła Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie, potem sama uczyła projektowania i tkania kilimów, równocześnie prowadząc działalność artystyczną. Projektowała okładki dla „Płomyka” i „Płomyczka”, tworzyła ilustracje książkowe, winietki i exlibrisy, zajmowała się liternictwem. Specjalizowała się w grafice warsztatowej: drzeworycie wzdłużnym, sztorcowym, barwnym, linorycie, stalorycie, suchej igle. W 1932 roku artystka wynalazła i stosowała w swoich drzeworytach technikę białego druku na czarnym papierze, co przyniosło jej uznanie zarówno w kraju, jak i w środowiskach artystycznych we Włoszech i Francji. Swoje prace wystawiała we Florencji, w Paryżu, Marsylii i Chicago.

Podczas II wojny światowej artystka wykładała technikę reklamy w otwockiej Szkole Handlowej i uczyła plastyki w ramach tajnych kompletów w gimnazjum w Otwocku. Mieszkała tu z mężem od 1934 roku. Urban Antoni Wawrzynowicz był polonistą w otwockim gimnazjum i liceum. W 1940 roku zginął w Katyniu. – Zamieszkali przy ul. Samorządowej 23, w ongiś wielkiej posesji Galasów, ale parę miesięcy przed wojną przeprowadziliśmy się już we troje do nowo wybudowanego domku państwa Barzeńskich na Górkę, na Klonową 1 (dziś to Klonowa 3). To stamtąd towarzyszyłam mamie wszędzie przez całą okupację: na lekcje, po mąkę do młyna w Mlądzu, na rampę po kartofle dla rezerwistek, do Warszawy do dziadków Giedroyciów, na otwockie Kresy po złudne wieści od taty z Kozielska – wspomina Róża Wawrzynowicz-Billip. – Mimo modlitw ojciec nie wrócił z wojny, ale mama pozostała mu wierna aż do śmierci. Jemu, Bogu, rodzinie i sztuce.

Choć w trakcie Powstania Warszawskiego znaczna część prac Janiny Róży Giedroyć-Wawrzynowicz uległa zniszczeniu lub zaginęła, artystka była aktywna jeszcze wiele lat, a jej zachowany dorobek jest imponujący. Obejmuje około 700 prac, które znajdują się m.in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych, Bibliotece Narodowej i Muzeum Ziemi Otwockiej.

One thought on “Pandemia przypomina czasem okupację

  • 9 sierpnia 2021 o 17:15
    Permalink

    „Pandemia przypomina czasem okupację ” = ale BZDURA, ojej. 🙁

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.