24 klatki na sekundę

Dla mnie animacja to wyrażanie siebie, pokazywanie swoich pomysłów i przekazywanie swojej energii publiczności na całym świecie oraz wnoszenie odrobiny radości do czyjegoś życia – opowiada Robert Zjawiński, który profesjonalnie zajmuje się animacją komputerową. Jego niezwykłe dzieła są podziwiane od USA do Singapuru

Robert Zjawiński i Eric Goldberg – twórca postaci Dżina z „Alladyna”, lead animator w Walt Disney Studios na CTN w Burbank

Robert Zjawiński jest warszawianinem, ale od lat mieszka w Otwocku (teraz w okolicach), skąd pochodzi jego żona. Animacje 3D to dla niego praca, ale też wielka pasja, dlatego jest na dobrej drodze na szczyt. Pracuje przy reklamach, filmach, grach komputerowych. Wciąż się rozwija i od pewnego czasu realizuje bardzo ambitne projekty, m.in. dla nowojorskiego Muzeum Historii Naturalnej, NASA czy muzeów Madame Tussauds. Dla tych ostatnich współtworzył film Marvel Universe 4D, który można oglądać w placówkach w Nowym Jorku, Los Angeles, Las Vegas, Londynie i Singapurze. Wykłada też techniki animacji w łódzkiej „Filmówce”.

O pracy animatora z ROBERTEM ZJAWIŃSKIM rozmawia Przemek Skoczek

Tym Marvelem zrobiłeś na mnie wrażenie. Śledzimy losy Avengersów z moją nastoletnią córką, więc tym bardziej doceniamy ten projekt.

– Dziękuję. To rzeczywiście była wspaniała przygoda i „gruby” projekt, z którego jestem dumny. Pracowaliśmy nad nim z całym zespołem Deep Blue Production, ja byłem w tym projekcie senior animatorem. Oprócz animowania moich ujęć poprawiałem też sceny innych animatorów, jeśli tego wymagały. Miałem okazję animować postacie Lokiego, Groota i Rocketa. Powstał film krótkometrażowy dla kin 4D w muzeach Madame Tussauds, który jest dodatkiem do wystawy poświęconej bohaterom komiksów i filmów Marvela. Takie pokazy robią spore wrażenie, bo animacje są wyświetlane nie tylko na ekranie, lecz także na wielkiej kopule nad głowami widzów i towarzyszą im efekty w rodzaju syczącej pary, tryskającej wody czy zapachów. Odbiera się to wszystkimi zmysłami.

Jak ta przygoda z animacją zaczęła się dla ciebie?

– Obejrzałem jako dziecko na wideo film Disneya „101 dalmatyńczyków” (śmiech). To była magia! Zastanawiałem się, jak to możliwe, że te postaci są naprawdę jak żywe, że to się tak płynnie rusza, rozśmiesza i wzrusza. Oczywiście byłem zbyt mały, by z tą chwilową fascynacją coś zrobić, ale wszystko wróciło do mnie ze zdwojoną siłą kilka lat później, gdy zobaczyłem „Park Jurajski” Stevena Spielberga. To było niesamowite przeżycie! Jakość animacji wbijała w fotel, zresztą ten film do dzisiaj się broni i świetnie się go ogląda, choć od premiery minęło 28 lat i postęp w animacji w tym czasie był ogromny.

Myślałem więc o tym coraz intensywniej. Byłem już na studiach dziennikarskich, gdy poszedłem na pierwsze warsztaty z animacji, takiej klasycznej, poklatkowej. Bardzo mi się spodobało, od razu czułem, że to jest to, co chciałbym robić w życiu. Zapisałem się do szkoły animacji w Stanach Zjednoczonych, zajęcia odbywał się oczywiście online, ale prowadzili je świetni fachowcy pracujący między innymi dla Dreamworks. Uczyłem się różnych technik animacji 3D, zainwestowałem w komputer i specjalne programy. Tak to się zaczęło.

O pracę w branży było łatwo?

– W tym czasie skończyłem studia, w końcu była to socjologia kultury i dodatkowo Polsko-Japońska Szkoła Technik Komputerowych. Zacząłem pracę, ale nie w animacji. Najpierw byłem handlowcem, potem asystentem kierownika produkcji przy kilku serialach, takich jak „Prawo miasta” czy „Daleko od noszy”. Byłem też krótko kierownikiem produkcji w Superstacji. Świat filmu był kuszący, ale tamta praca to było ciągłe urwanie głowy, totalne wariactwo. Nie dla mnie. Wiedziałem, że zamiast użerać się z ludźmi na planie, chcę coś tworzyć. Umiałem już na tyle dużo, że dostałem pierwszą pracę jako animator. Niestety w Gliwicach, co oznaczało przeprowadzkę z rodziną na Śląsk. Mieliśmy tam sporo zleceń, dużo się nauczyłem. Robiliśmy masę zleceń dla firm zajmujących się nowymi technologiami, na przykład do szkoleń albo wewnętrznych pokazów.

To już były takie zaawansowane prezentacje, których uczestnicy mieli namiastkę virtual reality. Dzięki naszej pracy można na przykład szkolić ludzi do obsługiwania szybów naftowych. Uczą się obsługiwać wirtualne maszyny, których jeszcze na oczy nie widzieli, poruszają się w wirtualnym polu naftowym i dopiero potem, gdy przejdą testy i udowodnią, że warto w nich inwestować, jadą dokończyć szkolenie w realnych warunkach. Takie szkolenia są znacznie tańsze i bezpieczniejsze. Robiliśmy je przede wszystkim dla firm z USA i Arabii Saudyjskiej.

W tym zawodzie zazwyczaj robi się kilka rzeczy równocześnie. Ja pracowałem w Gliwicach i równolegle zdalnie w Warszawie, dłubiąc przy animacjach do reklam. Do dziś biorę sporo takich zleceń, bo to lubię. To taka fajna, czysta animacja, kartonowo-kreskówkowa – róże zwierzątka, stworki. Jest frajda (śmiech).

Twórcy reklam są raczej anonimowi. Pochwal się, co twojego widujemy na ekranach telewizorów?

– Oj, było tego mnóstwo. Animowałem na przykład zwierzaki w reklamie Bakusia, stworki w deserku 7 Zbóż, sikorkę w śniegu ratowaną przez żubra w reklamach piwa. Telefon wirujący jak piłka do koszykówki na palcu Marcina Gortata w spocie Play to też moja robota.

Domyślam się jednak, że ważniejsze są dla ciebie te przedsięwzięcia, w których możesz być najbardziej twórczy. Opowiedz o nich.

– Są reklamy, przy których można twórczo rozwinąć skrzydła i dają sporo satysfakcji. Z rzeczy niereklamowych robiłem na przykład serial dla dzieci „Tom i Keri”, który można nadal oglądać na TVP ABC. Bardzo fajnie uczy dzieci angielskiego. Byłem głównym animatorem i reżyserem czołówki. Robiłem ją sam chyba cztery tygodnie i to była dla mnie taka pierwsza duża rzecz, na poważnie, która otworzyła przede mną kolejne ważne projekty. Umiałem coraz więcej, apetyt rósł, chciałem robić animację postaciową, coś przekazywać od siebie widzom, więc postanowiłem zrobić kolejny krok w karierze. Pożegnałem się z firmą w Gliwicach i znalazłem pracę w dużej warszawskiej firmie Orka Film, gdzie po roku zostałem lead animatorem. Tam też robiliśmy dziesiątki kampanii reklamowych, ale też inne projekty.

Takim moim oczkiem w głowie, z którego jestem naprawdę dumny, jest krótkometrażowy film „Ta cholerna niedziela” – mroczny kryminał rozgrywający się w okresie międzywojennym w Lublinie. Scenariusz napisał Marcin Wroński na podstawie własnej powieści „Morderstwo pod cenzurą”. Byłem głównym animatorem, cały film robiliśmy ręcznie, klatka po klatce i praca nad nim była ogromnie przyjemna. To są rzeczy, które mnie naprawdę nakręcają. Bardzo fajna była także praca dla firmy z Dublina, robiliśmy atlas dla lekarzy „Human anatomy”. Pokazuje dokładną budowę ludzkiego ciała, jest też mnóstwo wizualizacji przeróżnych operacji. Napatrzyłem się na krwawe obrazki i poznałem ciało człowieka od zewnątrz i od środka bardzo dokładnie (śmiech).

Parę lat później pracowałem przy dwóch projektach dla NASA. Jeden był związany z 50-leciem lądowania na Księżycu i odtwarzaliśmy to wydarzenie w jubileuszowej animacji. Drugi miał związek z misją na Marsa. Zrobiliśmy aplikację, która dzięki realistycznym animacjom pozwala użytkownikom przeżyć namiastkę lądowania, postawić stopę na czerwonej planecie i pojeździć marsjańskim łazikiem.

No i wielką przyjemnością było zlecenie od Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Współtworzyliśmy tam ogromną wystawę, której bohaterem jest tyranozaur rex. Rzeczywistej ekspozycji, makietom i modelom towarzyszą wizualizacje z animacjami, które robiliśmy. Dodatkowo przygotowaliśmy pierwszą na świecie aplikację, dzięki której trzy osoby na raz mogą założyć gogle VR i wspólnie działać, widząc się wzajemnie. Składają w całość kości dinozaura, a gdy skończą, szkielet ożywa, zamienia się w prawdziwą bestię. Wnętrza muzeum znikają i bohaterowie nagle znajdują się w erze jurajskiej, wyrastają wokół nich gigantyczne skrzypy i paprocie, a t-rex atakuje, broniąc gniazda. Emocje są kolosalne, miałem okazję być tam i tego spróbować. Ja odpowiadałem za całą animację ożywiającego się dinozaura.

Piękna klamra, bo przecież to „Park Jurajski” pchnął cię na tę ścieżkę. A’ propos filmu, w Hollywood też byłeś.

– Owszem, odwiedziłem kolegę w San Francisco, który pracował wtedy w miejscu absolutnie kultowym – wytwórni Industrial Light & Magic, założonej w 1975 roku przez George’a Lucasa. Odpowiadała za tworzenie efektów specjalnych w praktycznie każdym filmie tego reżysera, z „Gwiezdnymi Wojnami” na czele. Znaleźć się tam to było wielkie przeżycie. Poza tym dostałem zaproszenie z Dreamworks na rozmową kwalifikacyjną. Byłem więc przed szansą na to, by przeprowadzić się do Hollywood i pracować tam, ale jednak nie wyszło. Mają bardzo wyśrubowane oczekiwania, kilku lepszych ode mnie animatorów odeszło z kwitkiem, w tym człowiek, który animował „Minionki”. Mimo wszystko usłyszałem dużo dobrego o mojej pracy. Poza tym dzięki wizycie w takim miejscu wręcz napompowałem się cudowną energią, nawiązałem wiele cennych znajomości i kilka przyjaźni. To wszystko procentuje. Myślę, że za kilka lat powtórzę próbę w Hollywood, być może z lepszym skutkiem (śmiech). Bo tych szans na duże rzeczy mam coraz więcej. Byłem o włos od pracy przy „Piotrusiu Króliku 2” w Australii, ale na przeszkodzie stanęły kwestie wizowe. Tam, jeśli mają wybór, zawsze wolą wziąć kogoś od siebie, niż sprowadzać z Europy.

Animator powinien być uzdolniony plastycznie?

– Dobrze jest mieć wyobraźnię plastyczną, żeby sobie rozrysować ujęcie. Ja zanim animuję w komputerze, wszystko mam w głowie i na papierze. Rozrysowują wszystko jak komiks, prawie klatka po klatce. Taki dokładniejszy storyboard. Rysuję kluczowe pozy dla sekwencji jakiegoś ruchu, tzw. Golden Poses. Na przykład mam zrobić scenę podnoszenia szklanki ze stołu. Na pierwszym ujęciu postać siedzi i się zastanawia, na drugim jest w połowie ruchu z wyciągniętą ręką, na trzeciej chwyta szklankę, a na czwartym podnosi ją do ust. I to jest taki pierwszy szkic, potem przenoszę go do komputera i to wystarczy na przykład do pierwszej prezentacji. Potem dopiero trzeba wypełnić te przestrzenie między nimi, zagęścić wszystko, by ruchy nabrały płynności. Przypominam, że w normalnym filmie kinowym, takim jakie znamy najczęściej z ekranów, mieszczą się 24 klatki na sekundę, czyli w tej jednej sekundzie ruchu są 24 rysunki, co daje nam wrażenie ożywienia animowanych postaci. W polskim formacie nadawania są 25 klatki na sekundę, a są też rodzaje animacji, w których jest ich aż 30. To sporo twórczej pracy.

Miewam zlecenia, w których ogarniam całość tematu od zera, sam też reżyseruję, mam wolną rękę i to daje najwięcej frajdy. Czasem zdarzają się tylko takie, gdzie muszę niemal gotowe dzieło „dosmaczać”, dopracować. To już bardziej techniczne zadania, edytowanie ruchu. A jeśli chodzi o ruch człowieka czy zwierzęcia, dobry animator powinien znać podstawy fizyki, behawiorystyki, wiedzieć jak pracuje szkielet, mięśnie. Tylko wtedy nadaje temu ruchowi realności. Inna bajka to postacie fantastyczne, zwłaszcza takie, które sam wymyślam, bo tu ja decyduję, jaki sposób poruszania im nadam. Ale trzeba z kolei przeanalizować ruch realnych zwierząt, na których się bazuje, które nasz stwór przypomina i taki miks ruchów złączyć w jedną, płynną i wiarygodną całość.

We współczesnym kinie akcji efekty specjalne i animacje komputerowe są wszechobecne. Czasem jest ich aż za dużo. Jak to odbierasz jako widz?

– Oglądam dużo, lubię oczywiście kino fantastyczne. Niestety chorobą zawodową jest ciągłe analizowanie i oglądanie filmów od strony technicznej („jak oni to zrobili?”), nie potrafię się od tego uwolnić (śmiech). Co do efektów, twórcy czasami zachłysną się możliwościami, jakie dają komputery i tworzą film bazujący na efektach, a nie scenariuszu. I to nie jest zbyt fajne. Ja bardzo lubię styl łączenia prawdziwych zdjęć ujęć z efektami i animacją 3D i takie rozwiązanie podoba mi się najbardziej, bo jest w nim maksimum realizmu. Dla mnie takim przykładem jest choćby „King Kong” Petera Jacksona kręcony na jednej z wysp Nowej Zelandii, ale też na niezliczonej liczbie makiet i miniatur oraz stworzonego w całości w komputerze Nowego Jorku. Miks wielu technik w tym filmie jest świetny. Uwielbiam ten film.

Co do efektów, jest wiele filmowych sztuczek. Na przykład mamy rozmowę Bilbo z Gandalfem we „Władcy Pierścieni”. Różnica w ich wzroście to nie komputerowy efekt, ale zabieg polegający na tym, że postacie nie siedzą wcale naprzeciwko siebie. Jeden jest bliżej kamery, drugi dalej, grają jakby do siebie mówili, ale są oddaleni o dobre trzy metry. Odpowiednie światło, ustawienie rekwizytów i widz jest oszukany. W niebezpiecznych scenach akcji czy walki już wchodzi komputer, często jest wykonywany tzw. digital double, czyli aktor ma swojego animowanego „kaskadera” czy wręcz sobowtóra.

A jak się tworzy postacie animowane, których ruchy i mimikę daje aktor? Tak było choćby z Gollumem czy rdzennymi mieszkańcami Pandory w „Avatarze”.

– Aktora ubiera się w taką bardzo dziwną, specjalną piżamę, która jest usiana czujnikami. Dzięki nim nagrany ruch można skopiować do komputera. Potem ten ruch wgrywa się na szkielet postaci, która te ruchy aktora odtwarza. Kiedyś nagrywano to zazwyczaj w studio, niezależnie od planu zdjęciowego i potem wklejano. Tak było z Gollumem przy trylogii „Władca Pierścieni”. W „Hobbicie” możliwości poszły do przodu i Andy Serkis grał w swojej „piżamie” bezpośrednio na finalnym planie i było to idealnie kopiowane na postać. Animatorzy musieli dodatkowo animować nogi i stopy, ręce i całą twarz. Gollum ma mimo wszystko mimikę Serisa, przechwytywany był też acting twarzy, bo miał na głowie minikamerkę. Te dwa sposoby przechwytywania ruchu to była technologiczna przepaść.

Jeśli chodzi o Navi w „Avatarze”, też było to robione przy użyciu nowych technik. Mieli tam nawet wirtualne kamery, które cały czas rejestrowały grę aktorów i na podglądzie w reżyserce od razu było widać ich jako te niebieskie postacie. Oczywiście potem trzeba było włożyć jeszcze mnóstwo pracy w ich animowanie, ale jednak taki gadżet bardzo ułatwia reżyserowi pracę. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale ja wolę pracę, w której od początku do końca robię wszystko ręcznie Key Frame, klatka po klatce, jak klasyczni animatorzy 2D.

Opowiadasz z wielką pasją. Należysz do najlepszych animatorów w Polsce?

– Animator nie może sobie powiedzieć, że jest już taki dobry. Cały czas się dostaje po nosie. Pokory trzeba nauczyć się samemu albo ktoś cię jej nauczy (śmiech). Jak tylko wyściubisz nos za bardzo, zaraz go ktoś przytnie, to pewne. Robię swoje, cały czas się uczę i mam pewne ambicje. Zobaczymy, gdzie mnie to zaprowadzi.

Uczysz również młodych ludzi.

– Tak, od kilku lat prowadzę zajęcia z technik animacji na studiach zaocznych w Łódzkiej Szkole Filmowej. Przeszedłem wszystkie etapy pracy animatora i dzielę się wiedzą oraz doświadczeniami. Dodam z satysfakcją, że sam pisałem program moich wykładów i brałem udział w tworzeniu tego kierunku razem z Andrzejem Wojnachem i kilkoma innymi świetnymi ludźmi,  jest to również coś, co stanowi powód do dumy. Lubię pracować z młodymi ludźmi, widzieć pasję w ich oczach, bo to trochę tak, jakbym widział samego siebie sprzed kilkunastu lat.

 

Próbkę dorobku animatora można znaleźć na jego kanale Vimeo (www.vimeo.com/robertanimator3d)

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.