Magia w świetle pochodni

Dźwięki klarnetu, wiolonczeli i setaru, śpiew, spontaniczna poezja i taniec wyrażający często więcej emocji niż słowa. To wszystko skąpane w zieleni nad bystrym tego roku nurtem Świdra. Czy można sobie wyobrazić lepszą scenerię dla sztuki zaangażowanej w czasach, gdy coraz trudniejsze są relacje „przyrody z przeszłością i człowieka po przejściach”?

Przemek Skoczek

Siłą Membrany, kameralnego festiwalu, który – mamy nadzieję – na stałe wpisał się w nadświdrzański krajobraz, jest spotkanie tego, co zwykłe, z tym, co niezwykłe: codzienności z mistycyzmem, zabawy z powagą, poezji z prozą, a nawet życia ze śmiercią. Przy radosnych pluskach w rzece i typowej letniskowej rekreacji, grając w badmintona, uczestnicy festiwalu obcują ze sztuką. W tym roku miało to miejsce podczas jednodniowego spotkania na józefowskiej plaży Czerwone Mury w sobotę, 14 sierpnia. Odbył się tam slam prowadzony przez ekipę z serwisu Poezja w Warszawie, czyli jedyny w swoim rodzaju pojedynek na wiersze, często rodzące się spontanicznie, tu i teraz. Rekord punktacji w eliminacjach pobił charyzmatyczny Daedalus Chaos, który skokiem do rzeki postawił w finale mocną kropkę nad i, ale finał i cały slam wygrała Magdalena Tyszecka. Uczestnicy festiwalu wzięli też udział w warsztatach i wspólnym pisaniu wiersza pod okiem poety i animatora Pawła Łęczuka, a także wysłuchali „Opowieści z piachu i wody” – legend Mazowsza w interpretacji bajarki Magdaleny Walusiak.

Muzycy za pomocą dźwięków malowali niezwykłe obrazy. Przemysław Daniłowicz z przyjaciółmi zagrał improwizowany, orientalny set pod wiele mówiącym tytułem „Tam, gdzie Świder wpada do Gangesu”. Przy akompaniamencie wiolonczelisty Mikołaja Błaszczyka swoje teksty czytał Paweł Łęczuk, a dopełnieniem tych słów i dźwięków był taniec butoh w wykonaniu Krzysztofa Jerzaka. Na koniec, już przy świetle pochodni, magię nocy oddała białoruska pieśniarka Nasta Niakrasava, a tę mistyczną podróż zakończył klarnecista Paweł Szamburski, który premierowo zagrał muzykę ze swojej najnowszej solowej płyty „Uroboros”. Jego trzyczęściowa opowieść o narodzinach, życiu i śmierci jest zobrazowana przez tytułowego mitycznego węża zjadającego własny ogon. Jest on symbolem nieskończoności oraz jedności duchowej i fizycznej wszechrzeczy.

Być może dla niektórych ta mistyczna symbolika jest zbyt skomplikowana, można więc ją uprościć. My, ludzie, jesteśmy częścią przyrody i jej odwiecznego cyklu. Niszcząc ją, ucinamy gałąź, na której siedzimy. Cykl będzie trwał, ale to w dużej mierze od nas zależy, jak szybko zakończymy naszą „kolejkę” i co pozostawimy przyszłym pokoleniom.

Membrana. Festiwal nad Rzeką 2021

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.