Dzieciństwo w wojennym Soplicowie

Pani Helena Kott, z domu Legat, od 1 września 1939 roku mieszka w Soplicowie przy ul. Łowieckiej. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej była czteroletnią dziewczynką, najmłodszą córką Józefa i Anny Legatów. Miała troje rodzeństwa: braci Felka i Stasia oraz siostrę Józię. Pamięta wiele wydarzeń, których sama doświadczyła w kolejnych latach trwania wojny lub były one udziałem jej najbliższych.

STANISŁAW ZAJĄC

Klasa I Szkoły Powszechnej nr 4. Helenka siedzi trzecia w pierwszym rzędzie. Fotografia z 1942 lub 1943 roku.
W środku wychowawczyni klasy pani Helena Piekarowicz

Wieść o zrzuceniu przez niemieckie samoloty bomb na Otwock już 1 września 1939 roku wywołała niepokój wśród mieszkańców Soplicowa. Państwo Legatowie zbudowali schron w lesie przy ul. Zamkowej. Była to ziemianka ze spadzistym dachem, którego konstrukcję stanowiły proste drągi połączone plecionką z gałązek. Gałązkami wyłożono również trzy schodki prowadzące do schronu. Na szczęście okazało się, że rodzina chyba tylko dwa razy decydowała się z niego korzystać.
Pierwsze pojawienie się Niemców wywołało ogromny strach. Żołnierze w czarnych mundurach przyjechali czołgami, na czapkach mieli znak trupich czaszek. Zabrali pana Józefa i 17-letniego Felka. Zawieźli ich do gmachu kasyna. Więzili tam również wielu innych mężczyzn z całego Otwocka. Po dwóch dniach ojciec i brat Helenki zostali uwolnieni. Bali się jednak kolejnego uwięzienia, dlatego poszli na wieś i dwa tygodnie pracowali przy młóceniu zboża. Dopiero później wrócili do domu.

Ojciec zaczął pracować przy naprawie torów kolejowych w Warszawie. Do skromnej wypłaty otrzymywał też pół litra wódki, zapałki i kostkę mydła jak z gliny. Wódki, której nikt w rodzinie nie pił, uzbierał się cały kredens. Mama pracowała dorywczo w Soplicowie u zamożniejszych rodzin, m.in. w domu radcy Leona Dzwonkowskiego. Sprzątała i brała pranie. Jesienią pracowała przy wykopkach ziemniaków we wsi Grzebowilk koło Mińska Mazowieckiego. Tam mieszkała chrzestna Helenki. Zimą w niedzielne ranki rodzice często wychodzili z sankami do Grzebowilka. Wracali dopiero wieczorem, zmordowani, ale zadowoleni, bo przyciągnęli worek ziemniaków. Nieraz chrzestna dołożyła bochenek chleba. Wiosną trochę ziemniaków rodzice sadzili w przydomowym ogródku.

Ucieczka z Treblinki

Felek razem z dwoma kolegami z Otwocka, m.in. Edwardem Jędą, zgłosił się do prac przy remontach kolejowych w Mińsku Białoruskim. Chciał uniknąć wezwania na roboty do Niemiec. Po kilku miesiącach przyjechał na urlop, ale potem nie wrócił do Mińska, tylko został w domu rodzinnym.

Pewnego dnia poszedł z mamą do młynka, który w Sródborowie, oczywiście w tajemnicy przed władzami okupacyjnymi, uruchomił elektryk Leon Łaszczewski. Helenka była sama w domu. Gdy zjawił się „granatowy” policjant i zapytał o Felka, ufnie odpowiedziała, że brat poszedł z mamą do młynka. Policjant usiadł i czekał. Najpierw wróciła mama, ponieważ Felek jeszcze kończył mielenie. Policjant powiedział, że chce zabrać chłopaka na posterunek, aby coś sprawdzić. Felka jednak zatrzymano. Mama poszła na posterunek i prosiła o jego zwolnienie. Bezskutecznie. Chłopak został wywieziony do obozu przejściowego przy ul. Skaryszewskiej w Warszawie. Przebywał tam dwa tygodnie, ale miał szczęście, Niemcy dokonali selekcji więźniów. Niektórych wysłali na roboty do Rzeszy, innych do obozu koncentracyjnego. Co dziesiątego zwolnili. Dlaczego? Trudno dociec. Ważne, że Felek znalazł się w tej grupie.

Wrócił cały we wszach. Mama spaliła ubranie. Felek zaczął pracować z ojcem przy torach, ale pewnego dnia nie wrócił z Warszawy. Po jakimś czasie listonosz przyniósł list, który napisała żona tramwajarza mieszkająca przy ul. Krochmalnej. Okazało się, że jej mąż został zatrzymany podczas łapanki, a następnie, razem z Felkiem, trafił do obozu w Treblince. Zdołał stamtąd przekazać informacje o swoim losie.

Tu należy dodać wyjaśnienie. Treblinka kojarzy się nam głównie z obozem zgłady ludności żydowskiej. Natomiast w pobliżu tego ośrodka eksterminacji Niemcy utworzyli też karny obóz pracy dla polskich i żydowskich więźniów. Właśnie tam trafił Felek.

Od nadawczyni listu mama dowiedziała się o możliwości zobaczenia syna. Obie pojechały do Treblinki, wzięły po dwie porcje chleba i smalcu. Ukraiński wartownik, który pilnował więźniów, część żywności wziął dla siebie, część dał tramwajarzowi i Felkowi. Pozwolił też kobietom na krótką rozmowę z więźniami. Wkrótce mama z żoną tramwajarza ponownie wybrały się do Treblinki. Trafiły jednak na innego Ukraińca, sadystę, który znęcał się nad więźniami. Kobiety zobaczyły, że jednemu z nich wybił żeby. Uciekły przerażone.

Przez dłuższy czas rodzina żyła w strachu o życie Felka. Trwało to do dnia, w którym pod dom doczłapał się wynędzniały mężczyzna z opuchniętą twarzą. Józef Legat, który akurat był na podwórku, zapytał zdziwiony: „Czego pan sobie życzy?” Helenka wbiegła do domu i zawołała: „Mamo, Felek wrócił!”  Jak to się mogło stać? Felkowi zaczął robić się coraz większy wrzód na prawym policzku. Ta dolegliwość oznaczała nieuniknioną śmierć z rąk Niemców lub ich ukraińskich pomocników. Na szczęście solidarność okazali współwięźniowie. Szybko opracowali plan ucieczki i zdobyli cywilne ubrania po Żydach zamordowanych przez Niemców. Felek
i jeszcze jeden więzień (z Pogorzeli Warszawskiej) wydostali się z obozu w wielkiej beczce na wodę. Tułali się dwa tygodnie.

Felek, wysoki młodzieniec, ważył 37 kilogramów. Rodzice kupili kozę. Mama zastosowała prostą dietę dla wycieńczonego organizmu: co dwie-trzy godziny pół gotowanego kartofla i dwie łyżki mleka. Potem tę dawkę zwiększano. Współwięzień z Pogorzeli zmarł, gdyż rodzina zrobiła mu pasztet z królika. Mama zbierała grzyby. Felek siedział na taborecie, na trzech lub czterech poduszkach, czyścił te borowiki i rydze. Mama sprzedawała je, żeby kupić jabłka i inne owoce. Wrzód na policzku syna wyleczyła okładami z młodych liści olchy i babki. Niemcy nie szukali Felka, bo uznali go za zmarłego.

Niemieckie porządki

Niemcy zajęli wiele nieruchomości w Soplicowie. Rozpanoszyli się m.in. na rozległej posesji państwa Szpindlerów przy ul. Bernardyńskiej, gdzie znajdowały się dwie wille „Sopliczanka” i „Zadumana”. Stało tam również kilka mniejszych budynków, były też: kort tenisowy, boisko do siatkówki, oranżeria i magiel. W stróżówce nadal mieszkała rodzina Teperków, którą Niemcy wykorzystywali do różnych prac porządkowych. Za posesją wybudowali wysokie garaże z czerwonej cegły, zamykane olbrzymimi drzwiami. Były przeznaczone dla czołgów i ciężarówek, zapewne służyły też jako warsztaty. Niemcy całymi dniami ćwiczyli jazdę i manewry. Jako plac ćwiczebny wykorzystywali rozległą polanę w rejonie ul. Skrzyneckiego. Na skraju polany znajdowała się naturalna przeszkoda – strumyk płynący od strony Pogorzeli, przybierający zwłaszcza po wiosennych roztopach. Niemcy zrobili dla swoich pojazdów solidny drewniany mostek wzmocniony szynami. Brzegi strumyka zabezpieczyli, wbijając drewniane kołki połączone plecionką z wikliny. Była to bardzo skuteczna konstrukcja. Wokół polany strumyk nigdy nie wylewał. Docierał do ul. Tadeusza i dalej w stronę ul. Narutowicza. Niekiedy rozlewał się aż po cmentarz.

Przy niektórych ulicach, np. Bukowej, Bernardyńskiej, Łowieckiej, Zamkowej, Niemcy ustawili po dwa rzędy zasieków z powalonych drzew na wysokość ok. dwóch metrów. Zrobili też ogrodzenie z drutów kolczastych przymocowanych poziomo co ok. 20-30 cm do wbitych słupów lub rosnących sosen. Wzdłuż zasieków chodzili wartownicy. Któregoś dnia jeden z nich zajrzał do domu rodziny Legatów. Helenka była sama. Niemiec zaczął coś mówić – przyjaźnie i spokojnie. Lekko przytulił
Helenkę do swojej nogi. Być może polska jasnowłosa dziewczyna przypomniała mu córeczkę w Vaterlandzie. Dał zaskoczonej Helence czekoladę.

Jakie polskie rodziny mieszkały przy tej niemieckiej enklawie? Moja rozmówczyni wymienia: państwo Dzwonkowscy, Teperkowie, Dębscy, Skonieczni, Kopkowie, Kaniewscy, Krotkiewscy, Kicmanowie, Popkowie i Paduszkowie (dwaj stryjeczni bracia z rodzinami). Niemcy nie stosowali wobec nich wyraźnych represji. Natomiast w czerwcu 1941 roku zarządzili ich wysiedlenie. Czy wszystkich? Nie wiadomo. Rodzina Legatów przejściowo zamieszkała w Śródborowie przy ul. Orzeszkowej. Po kilku tygodniach mogła wrócić do swojego domu, gdzie zastała drewniane piętrowe łóżka. Okazało się, że w Soplicowie byli zakwaterowani żołnierze Wehrmachtu w drodze na front wschodni. Konstrukcje łóżek zostały porąbane i posłużyły jako podpałka. W kuchni i w piecu palono niemal wyłącznie drewnem.

Niekiedy udawało się kupić trochę węgla kradzionego z wagonów pod Śródborowem.

Droga do szkoły

We wrześniu 1942 roku Helenka zaczęła chodzić do Szkoły Powszechnej nr 4. Gmach tej placówki był zajęty przez Niemców, gdzie więc odbywała się nauka? Moja rozmówczyni pamięta dokładnie, że uczyła się w piętrowym budynku przy ul. Warszawskiej, niedaleko skrzyżowaniu z ul. Samorządową. W pobliżu, z drugiej strony, znajdowała się cukiernia Adamkiewicza. Można więc określić, że chodzi o budynek przedwojennego gimnazjum i liceum, które zamknęli okupanci niemieccy. W tym budynku od 1942 roku funkcjonowała Miejska Obowiązkowa Szkoła Zawodowa. Przystań znalazły tam również niektóre klasy z „Czwórki”.

Wychowawczynią klasy Helenki była pani Helena Piekarowicz. Dzieci uczyły się z przedwojennego elementarza Mariana Falskiego. W pamięci dziewczynki szczególnie utkwił dzień, gdy do szkoły niespodziewanie przyszli Niemcy. Zapanował ogólny popłoch. Wychowawczyni ze wszystkich elementarzy wyrwała kartki, na których widniał wizerunek polskiego godła. Potem woźny szybko zaniósł elementarze do domu jednej z uczennic.

Helenka kilka razy została odprowadzona przez mamę. Później chodziła sama. Od Śródborowa szła ul. Warszawską. Za obecnym terenem kościoła, w dawnym pensjonacie „Sosnówka”, stacjonowali Ukraińcy. Stanowili oni pomocniczą formację dla Niemców. Wzbudzali postrach, bo dopuścili się gwałtu na jednej z polskich kobiet. Ze szkoły często wracała po torach kolejowych. Po drodze zatrzymywała się na krótkie przerwy i uczyła się robić na drutach, którymi były cienkie czterocalowe gwoździe. Niekiedy szła ul. Poniatowskiego. Któregoś dnia zatrzymała się przy wysokim krzyżu stojącym obok parku. Zawiesiła tornister na drewnianym płotku, bo chciała poprawić znajdujące się tam kwiatki. Tornister spadł i stłukł się kałamarz z atramentem. Helenka zaczęła płakać. Akurat przechodził niemiecki żołnierz, który wziął dziewczynkę za rękę i zaczął prowadzić ją w głąb ul. Poniatowskiego. Stały tam garaże podobne do tych, jakie Niemcy postawili w Soplicowie. Z jakiegoś budynku żołnierz wyniósł kałamarz napełniony atramentem i dał go Helence. Pomógł jej też umyć poplamione dłonie.

We wrześniu 1944 roku, kilka tygodni po zakończeniu okupacji niemieckiej, Helenka rozpoczęła naukę we właściwym gmachu „Czwórki”. Zaczęła więc chodzić do szkoły już inną drogą, częściowo przez nieznane miejsca Otwocka. Najbardziej zapamiętała rejon ul. Zygmunta: niemal całkowicie pozbawiony domów, pokryty żółtym piaskiem. Wkrótce musiał jednak przerwać edukację, ponieważ okolice „Czwórki” znajdowały się w zasięgu niemieckiego ostrzału. Naukę podjęła dopiero
w nowym roku szkolnym.

Sąsiedzi z ziemianek

Niemcy uciekli z Soplicowa pod koniec lipca 1944 roku. Do rodziców Helenki przyszli mieszkający przy ul. Horeszków państwo Skonieczni i powiedzieli, że u nich są już oddziały wojska polskiego i radzieckiego. Wkrótce zjawiły się one na ul. Łowieckiej. Żołnierze sprawdzali, czy nie ma Niemców. Tylko jeden czołg porzucony na polanie przypominał o okupantach.

Na widok polskiego wojska zapanowała olbrzymia radość. Nie istniały rozterki polityczne wynikające z faktu, że jest to armia Berlinga idąca pod sztandarem orła bez korony. W lasach były rozstawione armaty i działa. W wielu rejonach, m.in. przy ul. Łowieckiej oraz między ulicami Zaściankową, Bukową, Skrzyneckiego, żołnierze wybudowali ziemianki. Były one całkowicie zagłębione, nie wystawały ponad poziom terenu. Miały ściany zabezpieczone wbitymi czubkami drzew,
a zadaszenia wykonane z drągów i gałęzi przykrytych i uszczelnionych darnią, mchem oraz ziemią. Mieściły piętrowe łóżka. Były oświetlane lampami karbidowymi. Również w soplicowskich domach używano lamp, głównie naftowych, bo w czasie wycofywania się Niemców przestało działać oświetlenie elektryczne.

Żołnierze przychodzili do rodziny Legatów po wodę ze studni. Początkowo korzystali również z kuchni. Razem z gospodarzami przyrządzali wspólne posiłki. Dla
Helenki odkryciem stał się wspaniały smak mięsa z żołnierskich tuszonek. Później wojsko korzystało z własnej kuchni polowej. Jednak między rodziną a sąsiadami z ziemianek nadal utrzymywały się bliskie i serdecznie więzi. Kiedy wreszcie wojsko otrzymało agregat prądotwórczy, wtedy świało – migające i iskrzące – popłynęło też do domu Helenki.

Mama pomagała żołnierzom cerować, prać i wygotowywać bieliznę. Na młodszych z nich patrzyła jak na synów. Miała ku temu powody. Felek został powołany do wojska. Staś nie zdołał wrócić z Warszawy przed wybuchem powstania. Może obaj też potrzebują cudzej pomocy? Józia zmagała się z coraz silniejszą chorobą, której nabawiła się kilka miesięcy wcześniej, jeszcze podczas okupacji niemieckiej. Wtedy właśnie, aby uniknąć wysłania na roboty do Rzeszy, zgłosiła się do pracy przy sadzeniu lasu. Zaczęło się od poważnego przeziębienia. Teraz, gdy wreszcie udało się dostać do lekarza wojskowego (w szpitalu przy ul. Prusa ), rodzice usłyszeli lapidarną diagnozę, że Józia już długo nie pożyje… Tym większą radość stanowiła Helenka, którą starsi wiekiem żołnierze traktowali jak córkę.

Oficerowie byli zakwaterowani w domach. U państwa Legatów zamieszkała porucznik Stefa. Pochodziła z rodziny deportowanej na Syberię, skąd mogła wyrwać się dzięki wstąpieniu do wojska. Była bardzo odważna. „Mam z tobą zrobić porządek?!” – krzyknęła i wyciągnęła pistolet w stronę sowieckiego żołnierza, który w lesie usiłował zgwałcić kobietę zbierającą grzyby.

Na polance, gdzie Niemcy wcześniej ćwiczyli jazdę, żołnierze sowieccy utworzyli lotnisko dla dwupłatowców. W domu państwa Legatów wieczorem na czubku piorunochronu żołnierze zawieszali karbidową lampę, aby samolot nie zawadził o dach. W kuchni całą noc czuwał wartownik, który co jakiś czas sprawdzał płomień lampy. Którejś nocy zginęły pamiątki Helenki z pierwszej komunii: książeczka do nabożeństwa i mały różaniec. Czy pomogły żołnierzowi pogłębić życie religijne?

Na polanę koło lotniska

Helenka wyprowadzała kozę. W tym samym celu przychodziła też Marysia Kopkówna, a Adelka Skonieczna przyprowadzała krowę. Obowiązek ten dziewczęta łączyły z zabawą i rozmowami. Do rówieśniczego kręgu należeli również Jasio Kicman i Michał, który przez dłuży czas uchodził za syna Stanisławy Gołębiewskiej będącej kuzynką Helenki. Dopiero później poznano fakty.

Michał był synem żydowskiej rodziny Boremsów, właścicieli sklepu futrzarskiego w Warszawie, w którym przed wojną zaczęła pracować Stanisława Gołębiewska. Podczas okupacji utrzymywała kontakty z rodziną Boremsów, a kiedy Niemcy zaczęli likwidować warszawskie getto, zaopiekowała się chłopcem. Mieszkała z „synem” przy ul. Redutowej, w willi należącej do sióstr Błaszczyk. Długo nikt nie domyślał się żydowskiego pochodzenia Michała, który nawet służył do mszy jako ministrant. Często chodził na lotnisko. Nauczył się trochę mówić po rosyjsku i śpiewać piosenki. Czy wypasając krowę Adelka Skonieczna również zapatrzyła się w soplicowskie prowizoryczne lotnisko? Ta przyjaciółka Helenki to przecież późniejsza Adela Dankowska, słynna pilotka samolotowa i szybowcowa.

Przez cały sierpień 1944 roku w Soplicowie nie padał deszcz. Z ogarniętej powstaniem Warszawy wiatry nanosiły pył i spalone lub nadpalone kartki papieru. W wielu miejscach tworzyły się grube warstwy dziwnego popiołu. Nocami słychać było wycie i jęk niemieckich bombowców, których całe eskadry nadciągały nad Warszawę. Jak wtedy usnąć? Zaniepokojeni rodzice wychodzi przed dom i czuwali, a Helenka samowolnie opuszczała piwnicę, w której miała spać. Wychodziła na strych, otwierała klapę w dachu i stojąc na drabinie, chłonęła te straszne dźwięki i widoki.

Którego dnia od strony Wisły zaczął zbliżać się płonący samolot. Miał angielskie oznakowania. Był coraz niżej, zaczepiał o czubki drzew. Upadł przy ul. Jastrzębiej. Państwo Teperkowie podbiegli, chcąc ratować pilota. Musieli jednak natychmiast się cofnąć, gdyż w samolocie rozległy się wybuchy. Wkrótce potężna eksplozja rozerwała kadłub i skrzydła maszyny. Długo czuć było zapach spalenizny, a kawałki blach walały się przez wiele lat.

Na początku września 1944 roku większość oddziałów stacjonujących w Soplicowie została skierowana w stronę Warszawy. Uczestniczyły w walkach o zdobycie Pragi. Wtedy też odeszła porucznik Stefa. Do Soplicowa ściągnięto kolejne jednostki wojskowe, które – jak się okazało – prawie pięć miesięcy miały czekać na wielką ofensywę.

W domu został zakwaterowany młody Rosjanin (oficer w armii polskiej) wraz z ordynansem Józefem Jabłońskim. Rosjanin dużo pił, ale nie wszczynał żadnych awantur. Na libacje chodził do swojego kolegi zakwaterowanego w domu państwa Okrasków bliżej ul. Narutowicza. Niektórzy mieszkańcy Soplicowa, również ojciec Helenki, zaczęli pędzić bimber, bardzo przydatny w handlu wymiennym z Rosjanami.

W ciągu dnia dużo godzin w kuchni spędzał inny żołnierz, pan Czarny. Urządził tu prowizoryczny warsztat szewski, na który w ziemiankach nie było warunków.
W piekarniku suszył kawałki brzozowego drewna. Służyły one do wyrobu szpilek, których pan Czarny używał do naprawy żołnierskich butów. Okazało się, że – podobnie jak Józef Jabłoński – pochodził z Wołynia. Wieczorami obaj często rozmawiali o rodzinnych stronach, zwłaszcza o rzeziach dokonywanych przez Ukraińców na ludności polskiej.

Początkowo nie zawsze dokładnie zamykali drzwi do kuchni. Dlatego zaciekawiona Helenka zaczęła podsłuchiwać przerażające opowieści: o dzieciach wbijanych na sztachety, o roztrzaskanych główkach… Później rodzice już pilnowali, aby szła do siebie spać.

Odejścia i powroty

12 września okazał się ważnym dniem w życiu rodziny. Rankiem mama pojechała do Siedlec na przysięgę Felka w wojsku. Helenka przez wiele godzin była sama z Józią, której stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Mama wróciła późnym wieczorem, a niedługo potem Józia umarła. Miała 17 lat. Żołnierze pomogli przenieść ciało do wojskowej kaplicy w willi przy ul. Redutowej. Nabożeństwo odprawiał kapelan. Żołnierze furmanką zawieźli trumnę na cmentarz.

Do końca asystowali przy pogrzebie. Tło dla tej smutnej uroczystości stanowił niemiecki ostrzał zza Wisły. Wigilia 1944 roku była szczególna. Zakwaterowany Rosjanin rozczulił się pod wpływem religijnego nastroju. Powiedział, że gdy był dzieckiem, jego „mamasza” wieczorami też czyniła znak krzyża… Na choince zawisło pięć długich cukierków. Helenka nie mogła doczekać się, by ich spróbować. Kiedy wreszcie mogła rozwinąć pierwszy papierek, zobaczyła, że w środku jest brzozowy patyk. W pozostałych było podobnie. Cukierki ukradkiem zjedli żołnierze, zostawiając patykowe atrapy. Najwyraźniej też byli spragnieni słodyczy.

Żołnierze właśnie otrzymali nowe obowiązki – zaczęli ścinać większe i proste brzozy. Mimo próśb mieszkańców Soplicowa zabrali też słupy od światła. Wszystko załadowano na ciężarówki i wywieziono w kierunku Warszawy. Pnie drzew i połączone stalowymi klamrami słupy miały służyć do budowy przeprawy mostowej na zamarzniętej Wiśle. Przez wiele dni wokół ziemianek panowało duże ożywienie, aż w nocy z 16 na 17 stycznia żołnierze odeszli, cicho i bez pożegnania.

Rozpoczęła się ofensywa zimowa. Wkrótce rodzina mogła cieszyć się z powrotu Staśka. Po klęsce powstania, podobnie jak wielu warszawiaków, trafił do obozu przejściowego w Pruszkowa. Przed dalszą tułaczką uratował go pan Stanisław Majewski, który prowadził fabrykę ołówków i kredek. Zatrudnił on kilku chłopców, uchodźców ze stolicy.

W maju 1945 roku powrócił Felek, który służył przy obsłudze taboru konnego. Wielokrotnie miał szczęście, zwłaszcza tego dnia, gdy niemiecki pocisk trafił w wóz wypełniony amunicją. Eksplozja rozszarpała konia, a Felek, odrzucony daleko w bok, wpadł do dołu po bombie i nie miał nawet draśnięcia. Przebył cały szlak bojowy aż do Berlina. Uznał, że był pod opieką Opatrzności dzięki krzyżykowi, który dostał od mamy.

Po demobilizacji przyjeżdżali też niektórzy dawni żołnierze z ziemianek, niekiedy przywozili różne drobiazgi jako wyraz pamięci i podziękowania. Pani Helena pokazuje dwa z nich: pudełko z przyborami do szycia oraz różaniec, ale inny, większy od tego, który miała do pierwszej komunii. Z krajobrazu Soplicowa zniknęły niemal wszystkie ślady związane z wojną i okupacją. Ludzie rozebrali „poniemieckie” garaże, powyciągali, zapewne na opał, umocnienia brzegów strumyka. Tylko
w niektórych miejscach jeszcze widoczne są dołki po zapadniętych żołnierskich ziemiankach.

Dzieciństwo sędziwej dziś pani Heleny przypadło na trudne czasy dziejowych zawirowań. Miało jednak też radosne chwile. Nieliczne soplicowskie rodziny, które można byłoby policzyć na palcach dwóch rąk, łączyła wielka solidarność i życzliwość. Helenka bardzo często zostawiana sama w domu i nierozumiejąca wielu zagrożeń znajdowała azyl w świecie przyrody. Wokół było mnóstwo kwiatów, ziół i kolorowych motyli.

W rejonie transformatora przy skrzyżowaniu ul. Łowieckiej i ul. Zamkowej rosły wysokie kwiaty o różowych płatkach i niezwykłym zapachu, kształtem podobne do szałwii. W wielu miejscach płożyła się borówka brusznica, której dojrzałe jagody wypełniała biała mączka. Urok lasu potęgowały miodunki, konwalie, dzwonki, dzikie bratki, wysoki wrzosy oraz widłaki uż ywane m.in. do strojenia stołów i do wielkanocnych święconek. Chrobotek reniferowy tworzył kuszące dywany. Zdawały się one prowadzić do pięknego, nieznanego świata… Dziś niewiele zostało z tego bogactwa przyrody.

2 thoughts on “Dzieciństwo w wojennym Soplicowie

  • 20 sierpnia 2021 o 19:50
    Permalink

    A dziś żydzi oskarżają Polaków, że są winni holocaustu. Taka jest nagroda za ratowane życia.

    Odpowiedz
  • 22 sierpnia 2021 o 23:50
    Permalink

    Niestety odchodzą już nawet mali wówczas świadkowie wojny ,czas robi swoje. Dużo zdrowia Pani Helence i Jej bliskim.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.