Samotny marsz ekstrawertyka

„Docieram do celu w Ustroniu, kropki połączone. 16 dni obcowania z naturą – przepiękne i zarazem smutne, gdyż kończy się moja przygoda” – napisał w poście na Facebooku Paweł Ładno, mieszkaniec Świdra, po dotarciu do celu karkołomnej wyprawy po górach. W ten sposób zrealizował kolejne ze swoich sportowo-wyczynowych marzeń.

W ciągu 16 dni Paweł Ładno pokonał pieszo 522 km, przechodząc cały Główny Szlak Beskidzki z Wołosatego w Bieszczadach do Ustronia w Beskidzie Śląskim. To w sumie 124 godziny aktywności. Na trasie nie brakuje oczywiście przewyższeń – 21 443 metrów w dół i 21 374 w górę. W tym czasie spalił ponad 50 tys. kcal, choć ma wrażenie, że nic nie schudł, bo sporo jadł, uzupełniając zapasy energii. Wielu z nas powie: ale twardziel! Jednak on sam ma do tego inny stosunek, bo na tej trasie spotkał zarówno 60-latka, jak i 12-letniego chłopaka wędrującego z ojcem. Pokory uczą nie tylko same góry, lecz także spotykani na szlakach ludzie.


O górskiej wędrówce i innych sportowych pasjach PAWEŁ ŁADNO opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem.

Gratuluję, wspaniała przygoda. Szlak ukończyłeś w niedzielę, 15 sierpnia. Dziś jest wtorek, jesteś już w Otwocku. Jak wygląda powrót do rzeczywistości?
– Trochę dziwnie jest. Strasznie tu płasko (śmiech). No i cały czas odczuwam trudy wędrówki, ale to normalne. Nie ma opcji, by po przejściu ponad 500 km nie odczuwać bólu w różnych częściach ciała. Na szczęście obyło się bez poważniejszej kontuzji. Mam jeszcze dwa dni wolne – to zasługa wyrozumiałej przełożonej oraz kolegów i koleżanek z pracy – więc wypoczywam, idę do fryzjera, by doprowadzić się nieco do porządku. Zaraz będę jak nowy (śmiech).

Trudno było?
– I tak, i nie. Najgorszy okazał się dla mnie pierwszy etap, ale nie ze względu na trudności na trasie, tylko problemy ze zdrowiem. Niecały tydzień przed wyjazdem zaczął mnie boleć ząb, okazało się, że mam ropień i trzeba rwać. Normalnie najpierw leczy się stan zapalny i dopiero potem usuwa ząb, ale ja na to nie miałem czasu. Na moją odpowiedzialność pani doktor wyrwała mi ząb bez leczenia. Nie chciałem brać antybiotyku, bo to jednak osłabia, i w takim stanie wyruszyłem na szlak. Po dwóch dniach okazało się, że nie dam rady, źle się czułem, miałem stan zapalny, bolało cały czas i w końcu musiałem wprowadzić ten antybiotyk. Łykałem też ketonal. Mniej więcej połowę trasy szedłem więc osłabiony lekami.

Na tym nie koniec. Uporałem się w miarę z zębem, minęły jakieś dwa dni, gdy złapałem rotawirusa. Biegunka, wymioty, ledwo się wlokłem. W końcu dotarłem na nocleg i tam zaległem na półtora dnia. Nie byłem w stanie funkcjonować. Na szczęście trafiłem do miejsca, które mi polecono na trasie, i jego gospodyni cudownie się mną zaopiekowała! Spędziłem u niej półtora dnia, gotowała mi rosół, zaglądała co godzinę sprawdzić, jak się czuję, na koniec zaserwowała wielkiego schabowego, żeby mnie wzmocnić na dalszą drogę, i nie chciała więcej pieniędzy niż zwyczajowa stawka za nocleg ze śniadaniem. Gdy się upierałem, że dopłacę, zagroziła, że się obrazi. Tacy są tam ludzie. To nie Zakopane, gdzie dla wielu najważniejsze są dudki.

Bywało niebezpiecznie?
– Miałem w kieszeni gaz, na wypadek spotkania z jakimiś nieprzyjemnymi typkami, ale się nie przydał (śmiech). Nie wpadłem też w lesie na niedźwiedzia, choć tego akurat żałuję, bo marzyło mi się zobaczyć tego pięknego zwierza w jego naturalnym środowisku. Jedynym niebezpieczeństwem była pogoda. Przez pierwsze dni lał deszcz i przechodziły burze.

W nocy nie udawało się dosuszyć ubrań i butów, a jeśli nawet, to po kwadransie od wyruszenia znów były mokre. Raz na połoninie, gdy byłem sam na wielkiej otwartej przestrzeni, nade mną spotkały się dwie burze. Waliło ostro i blisko, a ja biegłem pochylony jak żołnierz w okopie i rzeczywiście miałem wtedy pełne gacie. Ulżyło dopiero wtedy, gdy wbiegłem wreszcie w las i potem w dół zbocza, tam czułem się bezpiecznie.

Jak wyglądały noclegi, miałeś namiot czy korzystałeś tylko z istniejącej bazy?
– Nie miałem namiotu, tylko lekki materac i śpiwór. Wędrujących górskimi szlakami dzieli się na tych, którzy idą na ciężko, i takich, którzy idą na lekko. Ci pierwsi niosą cały konieczny ekwipunek, nawet 20-kilogramowy, drudzy ograniczają go do minimum, czasem to jest ledwie siedem kilogramów. Oni potrafią nawet odłamywać część rączki od szczoteczki do zębów, bo krótką też da się myć, a reszta to zbędne kilka gramów (śmiech). Ja na początku miałem 14 kilogramów na plecach, ale po trzech czy czterech dniach, za namową innych spotykanych ludzi, odesłałem materac i śpiwór, bo wiedziałem, że nie będą mi potrzebne. Na trasie są schroniska, pensjonaty, agroturystyka. Jest gdzie spać.

Wspaniałe jest to, że nawet idąc samotnie, cały czas kogoś się spotyka. Czasem na chwilę, by wymienić się wrażeniami, a czasem wędruje się wspólnie kilka godzin albo dni. Szlak można robić w obie strony, więc spotykałem też wędrujących w przeciwnym kierunku, na Bieszczady. Każdy ma jakąś radę, wymieniamy się kontaktami, uwagami, polecamy sobie miejsca, w których są fajni gospodarze, można odpocząć, zjeść, liczyć na pomoc w razie kłopotów albo wykąpać się w wannie, co po kilku dniach wędrówki jest cudownie relaksujące. To bezcenne. Ja miałem całą trasę zaplanowaną, dystanse, miejsca noclegu itp., ale życie jest nieprzewidywalne, zawsze coś może się stać i taka wiedza jest niezwykle pomocna, o czym przekonałem się choćby wtedy, gdy cierpiałem z powodu rotawirusa.

Spotkania z ludźmi to jedna z najwspanialszych rzeczy w tej przygodzie. Ja jestem ekstrawertykiem, uwielbiam ludzi, rozmowy, śmiech. Poznałem mnóstwo wspaniałych osób, które niesamowicie naładowały mnie energetycznie. Do tej pory jak to wspominam, cieszy mi się gęba, sam to widzisz (śmiech). Wyobraź sobie, że część trasy przebyłem z 60-letnim wędrowcem. To długie godziny rozmów i bardzo się zbliżyliśmy. Miałem jednak swoje tempo i potem ruszyłem do przodu, ale codziennie dzwoniłem sprawdzić, jak mu idzie. Gdy teraz rozmawiamy, on jest jeszcze na szlaku. Zostały mu dwa dni. To nie było jednak najbardziej niezwykłe. Poznałem 12-letniego chłopaka, który szedł GSB z ojcem, i to już trzeci raz! Drugi, 10-latek, także wędrował z ojcem i miał już za sobą inny, 400-kilometrowy szlak! Byłem pod wielkim wrażeniem ich wytrzymałości i siły. Skoro w tym wieku mają takie osiągnięcia, gdzie zajdą w przyszłości?! To pewnie przyszli zdobywcy Mount Everestu!

Skąd u ciebie pomysł na takie górskie wyzwanie?
– Lubię stawiać sobie kolejne cele i do nich dążyć, aby przeżyć coś nowego, innego. Zawsze były to wyzwania sportowe, najpierw 10-kilometrowe biegi, potem półmaraton, wreszcie maraton. Zaliczyłem też z przyjaciółmi kilka Runmageddonów, zdobyliśmy nawet Koronę Runmageddonu, kończąc cztery zupełnie różne trasy w czterech stronach Polski. To było kilka lat temu. I wtedy pomyślałem o górach, w które nigdy dotąd nie jeździłem. Pierwszy raz pojechałem z rodziną w Bieszczady na dwa tygodnie i zakochałem się w nich. Potem wracałem tam często, ale w pewnej chwili takie zwykłe chodzenie po górach przestało mi wystarczać. Trenuję właściwie codziennie: biegam, jeżdżę na rowerze, pływam, gdy tylko mam okazję, próbuję wszelkich innych dyscyplin. Ten apetyt rośnie. Zacząłem więc po górach biegać, co daje mi ogromną przyjemność i zastrzyk adrenaliny. W końcu przebiegłem w Bieszczadach ultramaraton.

Kocham góry, ale bieganie po nich zawsze wydawało mi się czymś zbyt ekstremalnym.
– To po prostu kolejny etap dla kogoś, kto regularnie trenuje i szuka wyzwań. Niewątpliwie wymaga przygotowania. To są duże przewyższenia no i sam dystans wymusza dobrą formę. Przypominam, że maraton liczy 42 kilometry i 195 metrów. Wszystko, co jest ponadto, to już ultramaraton. Ja przebiegłem 55 kilometrów, i to w czasie poniżej dziewięciu godzin, choć zakładałem sobie, że zmieszczę się w 12.

Jak rozkładać siły przy takich długich dystansach?
– To kwestia treningów i poznania własnych możliwości, odpowiedniego doświadczenia. Po jakimś czasie już wiemy, na jakie tempo możemy sobie pozwolić, chcąc w określonym czasie pokonać dany dystans. W górach to wygląda troszeczkę inaczej, bo są ostre podejścia czy podbiegi, one bardziej wyczerpują i siły musisz sobie rozłożyć inaczej. Są góry trudniejsze i łatwiejsze. I nie chodzi tu tylko o ich wysokość i stromiznę, ale też podłoże. Dużo łatwiej idzie się po korzeniach czy nawet szutrze niż kamieniach, które zawsze się obsuwają. Wbrew pozorom z górki wcale nie jest łatwiej. Schodzenie obciąża stawy i mięśnie nawet bardziej, nie mówiąc o stopach. Początkującym polecam kijki, które są na takich odcinkach bezcennym wsparciem. Zresztą zapewniam, że podczas wyścigu, nieważne, czy górskiego ultramaratonu, czy półmaratonu na płaskim Mazowszu, jest całkiem inaczej niż na treningach. Na starcie jest taka atmosfera i emocje, że można wykrzesać z siebie o wiele więcej, niż sami się spodziewamy.

Kolejne wyzwania?
– Tych marzeń mam dużo. Na pewno chcę wrócić na GSB, ale tym razem go przebiec. Zamierzam również wystartować w triathlonowych zawodach Ironmana. Trzeba przepłynąć cztery kilometry, przejechać rowerem 180 kilometrów i przebiec maraton, czyli ponad 42 kilometry. Wiem, że jest to w moim zasięgu, choć najpierw trzeba się sprawdzić na krótszych dystansach. Może przejdę też Łuk Karpat? To już poważniejsze wyzwanie, około 2000 kilometrów szlaku przez Rumunię, Ukrainę, Słowację i Polskę.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.