Indianin wśród alpejskich szczytów

O takiej ekspedycji Dorota Czarnowska marzyła od dawna. Swój cel osiągnęła tego lata podczas samotnej wyprawy motocyklowej z Otwocka do San Marino. Jadąc przez Czechy, Austrię, Niemcy, Szwajcarię, Włochy, Chorwację i Słowenię, w 16 dni pokonała ponad 5300 km, w tym kilka alpejskich przełęczy

PRZEMEK SKOCZEK

Dorotę znam od blisko 30 lat. Jest osobą, która lubi czerpać z życia pełnymi garściami i potrafi się nim cieszyć. Gdyby jednak ktoś mi kiedyś powiedział, że będę opisywał jej samotny rajd motocyklem po Europie, pewnie bym nie uwierzył. Ona zapewne też. A jednak pewnego dnia Dorota i jej mąż Jacek zaczęli pasjonować się motocyklami, i to naprawdę na serio.

– Zawsze ciągnęło mnie do motocykli, w młodości miałam nawet motorynkę, ale nie przypuszczałam, że kiedyś będą dla mnie tak ważne. W 2016 roku, na rocznicę ślubu, dostałam od męża pierwszy motocykl, to był nieduży chopper marki Suzuki Virago. Na nim uczyłam się prawdziwej jazdy i już wtedy zaczęła we mnie kiełkować myśl o trasie po Europie. Jednak to nie był sprzęt na takie wyzwania i dopiero niedawno, gdy zmieniłam motocykl, zaczęłam planować wyprawę na serio – opowiada Dorota Czarnowska. – Dlaczego akurat San Marino? Odwiedziliśmy to księstwo wraz z mężem podczas naszej pierwszej podróży do Włoch, niedługo po ślubie. Widząc wielu motocyklistów, zamarzyłam, żeby kiedyś tu przyjechać właśnie jednośladem. Gdy zapadła decyzja o wyjeździe, od razu wiedziałam, że celem musi być San Marino! I że jadę sama!

Dosiadając legendę

Tą wymarzoną maszyną, którą dosiadła Dorota, jest pojazd Indian Scout napędzany niemal 100-konnym, dwucylindrowym widlastym silnikiem o pojemności 1133 cm3. The Indian Motorcycle Manufacturing Company to legendarna marka, najstarszy amerykański producent motocykli. Przedsiębiorstwo powstało w 1901 roku, dwa lata przed Harley Davidson Motor Company. Te stare pojazdy miały charakterystyczne indiańskie stylizacje, skórzane elementy, frędzle, malowanie. Współczesne motocykle już ich nie mają, ale to wciąż naprawdę piękne maszyny.

– To wspaniały motocykl, działał bez zarzutu i pozwolił bezpiecznie pokonać całą trasę, nawet takiej podróżniczce jak ja, która nie ma dużego doświadczenia. Poza tym nie uważam się za szczególnie dobrą motocyklistkę, choć teraz – skoro dałam radę – chyba zmienię o sobie zdanie – dodaje ze śmiechem Dorota. – Motocykle marki Indian nie są bardzo popularne w Europie, nie spotyka się ich tak często. Tym większy przeżyłam szok, gdy na pewnym etapie podróży zostałam zaczepiona na postoju przez parę motocyklistów. Oni też jechali na indianach, ale nie to było najbardziej niezwykłe, lecz fakt, że mężczyzna okazał się prezesem Indian Club France. Mało tego wpadliśmy na siebie potem jeszcze raz i mieliśmy znów okazję porozmawiać. Szalenie miłe spotkania. W ogóle ludzie, których poznałam na tej wyprawie, to jeden z jej najwspanialszych elementów. Zawsze pozytywni, uśmiechnięci, gotowi pomóc. Na trasie wielokrotnie byłam zagadywana przez innych motocyklistów, wymienialiśmy się wrażeniami, pozdrawialiśmy. To bardzo fajne i daje kopa.

 Alpy – piękne i groźne

Licząca ponad 5300 km wyprawa przebiegała dość spokojnie. Bywały jednak etapy ryzykowne, kiedy poziom adrenaliny się podnosił.

– Pierwszy dzień to była kaszka z mleczkiem, jechałam po Polsce i czułam się jak w domu. Przenocowałam u znajomych w Ząbkowicach Śląskich. Nazajutrz ruszyłam przez Czechy do Austrii, miałam zaplanowany odcinek liczący prawie 600 km, zaczynało się robić górzyście i wtedy się rozpadało. Nie lubię jeździć w deszczu nawet samochodem, a co dopiero motocyklem, byłam zła na pogodę, uznałam, że w tych warunkach przejadę pewnie tylko część trasy. I tak jechałam przed siebie, dodawałam sobie otuchy, mówiłam: „Dasz radę, Dorotka, jeszcze kawałek” i w końcu, sama siebie zaskakując, przejechałam cały etap. Byłam z siebie dumna – relacjonuje otwocczanka.

To był dopiero początek podnoszących adrenalinę etapów. Trasa przez Alpy obfitowała w wysoko położone przełęcze, strome i długie zjazdy i podjazdy, kręte drogi, czasem tak wąskie, że z trudem wymijały się na nich dwa motocykle. Szczęśliwie nie spotkała na nich samochodów. Motocyklistka wjechała m.in. na słynna drogę w masywie Großglockner, na wysokość 2571 m n.p.m. – Na tym etapie to był jeden z moich najważniejszych celów na trasie, ale kosztował mnie wiele, bo na górze znów dopadł mnie deszcz i zjazd był nerwowy. Widoki jednak zrekompensowały mi ten stres. Było warto. Potem jeszcze kilka razy jechałam takimi niezbyt bezpiecznymi trasami, wysoko położonymi, zwłaszcza we Włoszech, to było męczące fizycznie i psychicznie, wymagało ogromnej koncentracji – wspomina.

Bagażnik pełen wrażeń

Celem otwockiej motocyklistki było nie tylko przejechać wyznaczoną trasę, lecz także jak najwięcej zobaczyć po drodze. Poza wspomnianym Großglockner odwiedziła malownicze jezioro Gosau pośród gór, muzeum Mercedesa w Stuttgarcie i muzeum motocykli w Neckarsulm, Obergurgl-Hochgurgl nazywany diamentem Alp, zapierające dech w piersiach trasy widokowe we Włoszech, m.in. Passo dello Stelvio i Passo di Gavia, oszałamiające jezioro Garda. Do celu podróży, czyli San Marino, dotarła dziewiątego dnia. „Marzenie spełnione, szczęście nie do opisania, cóż chcieć więcej, kocham cię, życie!” – zapisała w swoim dzienniku z podróży.

Na tym jednak nie poprzestała. Pojechała jeszcze w głąb Italii, by zobaczyć na własne oczy niesamowite kamienne miasteczko średniowieczne Bagnoregio. – Jest maleńkie, znajduje się na szczycie góry, nie ma tam drogi dojazdowej, jedynie piesza trasa położona na wysokiej kładce. Tamtędy dostarcza się produkty dla mieszkańców – a jest ich raptem kilkudziesięciu – i turystów. Niesamowite miejsce, gdzie czas jakby się zatrzymał – opowiada wciąż rozemocjonowana motocyklistka.

Do Polski Dorota nie wracała tą samą drogą. W Ankonie zapakowała się na prom i przepłynęła Adriatyk w wyjątkowej atmosferze i w towarzystwie kilkudziesięciu motocyklowych podróżników, co zrobiło na niej olbrzymie wrażenie. Nazajutrz rano ruszyła ze Splitu swoim indianem. Jadąc malowniczą Autostradą Słońca i podziwiając Adriatyk, pomknęła w okolice Zadaru, gdzie wakacje spędzało zaprzyjaźnione małżeństwo. U nich zrelaksowała się trzy dni, przy okazji zwiedzając motocyklem tamte strony, m.in. wyspę Pag. – Naładowałam akumulatory przed powrotem. W Chorwacji było cudownie, ale szybko zrozumiałam, że najlepiej czułam się „w siodle”. Trasa przebiegła spokojnie, zajęła trzy dni. Ostatni etap był już w Polsce, chciałam przenocować w jakimś małopolskim miasteczku, ale gdy zobaczyłam na mapie, jak blisko jest Kraków, nie oparłam się pokusie. Kocham to miasto i ten ostatni wieczór, spędzony na spacerach po krakowskich uliczkach, był idealnym podsumowaniem wyjazdu. Utwierdził mnie też w przekonaniu, że choć Europa jest piękna i warto podróżować, poznawać inne miejsca, to Polska i jej atrakcje nie ustępują tamtym – zaznacza Dorota Czarnowska.

A może kraina kangurów…

Do domu w Otwocku dotarła 16. dnia. Rodzina i przyjaciele hucznie ją powitali. Było wiele emocji, które wciąż nie opadły. Czy Dorota już planuje kolejny wyjazd? – Na razie nie, zresztą mąż i córka pewnie mnie za szybko nigdzie samej nie puszczą. Mam jednak jedno marzenie – samotną podróż przez australijski interior, po tych niekończących się bezdrożach wśród czerwonych skał. Może kiedyś… – rozmarza się Dorota. – Mam nadzieję, że moja wyprawa będzie inspiracją dla innych motocyklistek. Dziewczyny, spełniajcie marzenia, naprawdę warto! Przy okazji chciałam szczególne podziękowania przekazać Michałowi Ostrowskiemu, który ma olbrzymie doświadczenie w przygotowywaniu tras i samotnych wypraw. Bez jego pomocy nie udałoby mi się zrealizować mojego projektu. Dzięki, Ostry!

One thought on “Indianin wśród alpejskich szczytów

  • 5 września 2021 o 22:33
    Permalink

    To artykuł reklamowy czy jakiś żart?

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.