Feniks wstaje z popiołów

Koncert Oranżady w Józefowie będzie pierwszym występem na naszym terenie od niemal dwóch lat. To dobra okazja, by porozmawiać o minionym czasie i planach na najbliższą przyszłość. A te intrygują, ponieważ muzycy siedzą właśnie w studiu nagraniowym. Nowy album ma być gotowy na wiosnę

Otwocki zespół ma za sobą trudny czas. I nie chodzi tylko o pandemię. Każdy z muzyków ma niezależną pracę, grają po godzinach, z pasji. Ciosem, który na nich spadł, był pożar w Muzeum Ziemi Otwockiej w lutym 2020 roku. Stracili wtedy cały gromadzony latami sprzęt. Wygląda jednak na to, że odrodzili się niczym mityczny Feniks. I szykują coś ekstra.

 

Z liderem Oranżady, ROBERTEM DERLATKĄ, rozmawia Przemek Skoczek

 

Dobrze będzie usłyszeć was wreszcie na żywo. To znak, że stanęliście na nogi.

 – Też się cieszymy. To będzie nasz pierwszy od bardzo dawna koncert na własnym podwórku. Udało się nam podnieść po tym nieszczęsnym pożarze i ta cała historia chyba nawet nas wzmocniła. To oczywiście wiemy teraz, z perspektywy czasu, ale wtedy to był jakiś koszmar. Byłem akurat na feriach poza Polską. Wróciłem dosłownie dzień przed, taki wypoczęty, zrelaksowany z bananem na ustach. I w nocy zerwał mnie telefon od kierownictwa muzeum: „Pali się!”. Pojechałem tam o pierwszej w nocy, wszędzie strażacy, pożar był już ugaszony. Z naszego sprzętu, zbieranego latami, nie zostało nic. A miał sporą wartość materialną i jeszcze większą sentymentalną. W dodatku próbowano obarczyć nas odpowiedzialnością za ten pożar, ale na szczęście te oskarżenia wycofano. Wszystko wskazuje na to, że to wadliwa instalacja zawiniła, ale łatwiej obarczyć winą człowieka. No nic, było, minęło.

Wtedy budujący był dla nas odzew ludzi. Dostaliśmy wielkie wsparcie od znajomych i przyjaciół z całej Polski. Dzięki zrzutce internetowej uzbieraliśmy wystarczająco pieniędzy, aby kupić od razu cały podstawowy sprzęt: instrumenty, piece, efekty, by jak najszybciej wrócić do grania. Byliśmy poruszeni i wdzięczni, organizowaliśmy nawet w Otwocku dwudniową imprezę z koncertami dla wszystkich fanów i przyjaciół, ale pandemia pokrzyżowała te plany. I nasze nowe instrumenty przez kolejne miesiące zbierały kurz, bo prób też w zasadzie nie było.

 Gdzie teraz rezydujecie?

– Do muzeum, rzecz jasna, nie wróciliśmy. Mamy nową salę prób prawie w centrum Otwocka i ta odmiana dobrze nam zrobiła. Czasem musi się coś wydarzyć, żeby ruszyć do przodu, coś zmienić. I tak było z nami. Salę dzielimy ze Świdermajer Orkiestrą i to jest fajne. Tam jest dobra energia, lubimy się z chłopakami, pomagamy sobie wzajemnie, użyczamy sprzętu. Zresztą, wiesz co? Dziś instrumenty nie stanowią problemu. Trudniej jest o czas. Zupełnie odwrotnie niż przed laty, gdy mieliśmy mnóstwo wolnego czasu, ale nie było za bardzo na czym grać.

Teraz jednak nie próżnujecie. Nagrywacie właśnie nową płytę. Wreszcie – chciałoby się powiedzieć. Kiedy ukazała się poprzednia, „Once Upon a Train”?

– No, to już prawie 10 lat. Wydaliśmy ją w 2012 roku, a nowy album będzie gotowy – mam nadzieję – wiosną 2022 roku, więc równa dekada różnicy. Mamy ten komfort, że gramy muzykę, bo chcemy, a nie musimy. Każdy z nas ma różne inne projekty, jest praca, rodzina. Nie spieszymy się więc z kolejnymi płytami i one mają czas w nas się uleżeć. Cenimy to sobie.

Teraz pracujemy w bardzo komfortowych warunkach, w nowym The Boogie Town Studio Bartka Mieszkuńca w Otwocku. Stworzył tam niesamowite miejsce, moim zdaniem to jedno z najlepszych studiów nagraniowych w Polsce, światowy poziom. Świetny sprzęt, atmosfera i ludzie. Za konsolą mistrz Falko, czyli Piotrek Rychlec, którego fachowość i siła spokoju bardzo pomagają. No i gospodarz, który sam jest muzykiem i dobrze rozumie potrzeby swoich gości. Potrafi się nimi świetnie zaopiekować. Po pracy w takim miejscu trudno iść do zwykłego domowego studia. Tam też jest OK, tak jak OK jest jazda małym fiatem, bo jest oldskulowy. Jednak jak chcesz mieć komfortową podróż, wsiadasz w większy i lepszy samochód.

Jaka będzie ta nowa płyta? To też koncept album, jak poprzednio?

– Nie, nie było takiego założenia. To są po prostu piosenki. One bardzo się od siebie różnią. Część brzmi trochę jak The Smith w 1985 roku, a pozostałe to po prostu psychodelia. Jedna przypomina Wodeckiego z lat 70. W dodatku niektóre są po polsku, inne po angielsku. To będzie dziwna płyta, ze stroną A i B. Na razie nagraliśmy sześć numerów, docelowo chcemy mieć 10. Wokale są jeszcze nietknięte. Na pewno chcę dograć chórki i zaprosić kilku fajnych gości, między innymi Pawła Jordana, Bolka Błaszczyka i jego syna Mikołaja. Jak mówiłem, nie spieszymy się. Nie ma jeszcze tytułu, pomysłu na okładkę. Plan jest taki, by zrobić winyl, tam wchodzi 45 minut muzyki, oraz płytę do ściągnięcia ze strony w wersji rozszerzonej. Cały czas wahamy się nad CD, bo era tego nośnika chyba się kończy.

Stare mody wracają. Jak nieme kino. Wasz projekt „Brzdące” nie jest nowy, ale wciąż go gracie.

– No nie jest. Wydaje mi się, że zaczęliśmy robić te seanse w 2008 albo 2009 roku. Co ciekawe, premierę „Brzdąca” mieliśmy w Niemczech, w Bremie. Wystąpiliśmy w tamtejszym teatrze, klimat był super. Pamiętam, że skończyliśmy grać, a ludzie mieli jeszcze popcorn, bo nabrali wielkich porcji jak na zwykły film. A tu 50 minut szybko minęło i nastąpiła lekka konsternacja. „Jak to, już koniec?” – dziwili się. I zaczęli wołać „Grajcie, grajcie!” No to zagraliśmy im jeszcze z pół godziny, ale już normalny koncert, z piosenkami (śmiech).

Tak naprawdę przez te lata pokazów „Brzdąca” nie było zbyt dużo. Graliśmy u pani Kulczyk w poznańskim Starym Browarze, na otwarciu biblioteki we Włodawie, oczywiście w Otwocku w nieistniejącej już Biuro/Galerii, a niedawno w Lublinie na festiwalu Inne Brzmienia. Raz daliśmy niesamowity występ na prywatne zaproszenie pewnego bardzo bogatego przedsiębiorcy w jego ogromnej posiadłości. Czuliśmy się jak w filmie; otworzyła się brama, jechaliśmy przez wielki park pełen rzeźb, potem zaprowadzono nas przez długie korytarze do auli z kryształowymi żyrandolami i tam zagraliśmy. Dla gospodarza i jego syna. Z pamiątkowych zdjęć na ścianach wynikało, że przed nami było tam dużo muzycznych gwiazd. Widać, cenią sobie prywatne, kameralne koncerty.

Wasza muzyka do filmu ewoluuje?

– Na początku była głównie improwizowana, bazująca tylko na pewnym zarysie. Dopasowaliśmy się dużymi fragmentami muzyki do obrazu. Pojawiła się jednak jakaś rutyna, a ponieważ dla wykonawcy nudne jest granie cały czas tak samo, teraz tę partyturę rozbudowujemy i zmieniamy, żeby było ciekawiej. Mimo tego nasz kolega Księżyc z zespołu Naczynia, który też gra muzykę do niemych filmów, stwierdził ostatnio, że było fajnie, ale nudnawo. Cóż, oni mocno dźgają, jest ich siedmiu, mają saksofony i dużo innych zabawek. Nam we czterech jest trudniej, ale weszli nam na ambicję i dokładamy jeszcze więcej dźwięków. Dojdzie harmona i laptop, więc będzie trochę fajnej elektroniki. Będzie ciekawiej. Taka krytyka działa na nas mobilizująco.

Zresztą spróbujemy chyba zrobić jeszcze jakiś inny niemy film z naszą muzyką, bo nie jesteśmy jedynymi, którzy grają „Brzdąca”. Odnoszę wrażenie, że dla wielu zapraszających jesteśmy tym drugim wyborem: „Dzwonimy do zespołu Czerwie. Jak nie będą mogli, to zaprosimy Oranżadę” (śmiech). Czas to zmienić!

Jest w czym wybierać i dużo tych dawnych filmów jest bardzo odjechanych, pasujących do waszej psychodelicznej natury.

– Jasne, mamy już listę fajnych tytułów. Na przykład francuski film science fiction „Podróż na Księżyc” z 1902 roku. To byłby sztos. Musimy tylko trochę bardziej zadbać o promocję, bo to u nas trochę kuleje. Chcemy zrealizować materiał z tego józefowskiego pokazu, poprosiliśmy o to Karola Koprukowiaka, znajomego z Otwocka. To się przyda do promocji. Chętnie pojeździlibyśmy z tym po Polsce, po klubach kultury i bibliotekach. Lubimy ten prowincjonalny klimat.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.