Złote gody z Melpomeną

Edward Garwoliński świętuje 50-lecie pracy artystycznej. Zaczynał w warszawskich klubach, ale od początku lat 80. jest związany z otwockim Teatrem Miejskim im. Jaracza, gdzie gra i reżyseruje, przez pewien czas był także jego dyrektorem. W tym roku skończył 75 lat, ale wciąż wraca na scenę

Z EDWARDEM GARWOLIŃSKIM rozmawia Przemek Skoczek

Przede wszystkim gratulacje, panie Edwardzie! Piękny jubileusz, a pan wciąż w dobrej formie.

– Dziękuję, ale zdrowie jednak trochę szwankuje. Ja w zasadzie już kilka razy przechodziłem na emeryturę, jednak zawsze coś lub ktoś mnie z niej ściągał. Najpierw, gdy teatr był zamknięty, moja dawna grupa powołała stowarzyszenie i zaczęła realizować spektakl niezależnie. Próby odbywały się w PMDK, reżyserem był Rafał Parzych, który poprosił mnie o przyjście i konsultacje, a na miejscu okazało się, że to „pułapka” i chcą, bym zagrał. Zgodziłem się i koniec końców znów na jakiś czas wróciłem do grania i reżyserowania. Potem ponownie odszedłem, ale gdy szykowano się do otwarcia wyremontowanego teatru, zadzwonił Sebastian Rakowski, ówczesny dyrektor OCK, i poprosił, bym wrócił, bo trzeba ożywić repertuar komediami kostiumowymi, a to niby moja specjalność. Miałem zrobić jeden spektakl, ale wyszło ich kilka i parę lat zostałem. Dopóki dobrze się czułem i miałem repertuar, robiłem swoje.

Ostatnią przerwę miałem w ubiegłym roku. Zrobiłem adaptację francuskiej komedii „Igraszki małżeńskie”, zaczęliśmy nawet realizację przedstawienia, ale musiałem przerwać i na reżyserskim stołku zastąpiła mnie Danusia Duszyńska. Wyszło bardzo dobrze i chyba tak już pozostanie, choć teraz negocjujemy i może jeszcze jakąś jednoaktówkę zrobię. Ostatnią. Chyba (śmiech).

Nie jest łatwo rozstać się ze sceną. Jak to się w ogóle zaczęło? Zanim pan trafił do „Jaracza”, miał już 10-letnie doświadczenia zdobyte gdzie indziej.

– Smykałkę do aktorstwa miałem chyba od dziecka, lubiłem się wygłupiać, wchodzić w różne role. Gdy wyszedłem z wojska w 1967 roku, trafiłem do pracy w PKP. Chętnie popisywałem się zdolnościami parodystycznymi i mój majster uznał, że powinienem występować w Klubie Kolejarza. Obiecywał mi protekcję, ale ciągle coś przeszkadzało i w efekcie nigdy mnie tam nie przyjęto. Pomysł jednak zakiełkował, po drodze jeszcze odezwała się we mnie żyłka reżyserska, bo pomogłem w występie znajomemu, który ubarwiał część artystyczną na dożynkach u mnie na wsi i bardzo się to spodobało. Czułem, że warto coś z tym zrobić. To był rok 1968. No, ale zaraz potem się ożeniłem, urodził się mój syn Robert i były ważniejsze sprawy.

Do pomysłu grania wróciłem dopiero w 1971 roku, wstąpiłem wtedy do klubu kulturalnego przy Zakładach Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych. Duży klub, dwa zespoły muzyczne, śpiewacze, taneczne. Sporo się działo, dawaliśmy mnóstwo występów. Nie były to spektakle, raczej takie występy kabaretowe na wszelkie możliwe okazje. Ja byłem klubowym rozśmieszaczem, takim komikiem, kabareciarzem. Część tekstów pisałem sam. Spędziłem tam pięć lat. To była dobra szkoła aktorstwa, obyłem się ze sceną. Potem nasza ekipa przeniosła się do innego klubu przy Zakładach Przemysłu Odzieżowego. Graliśmy na scenie dawnej operetki. Wspaniałe miejsce, występowałem tam kolejne pięć lat. W 1980 roku przeprowadziłem się z rodziną do Otwocka i trafiłem do tutejszego teatru.

To był chyba dość trudny czas dla otwockiej sceny?

– Oj, tak. Ja w ogóle już w 1975 roku rozmawiałem ze Stanisławem Russkiem, liczyłem na rolę, ale propozycja nie padła. Potem Russek odszedł z teatru i wszystko przygasło. Dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury był wówczas Ryszard Budzynowski, który starał się wznowić działania teatru, ale mimo podejmowania pewnych prób nie było dobrego następcy. Przewinęła się pani Jadwiga Kuszyńska, potem Cecylia Rozum, ale obie miały swoje rodzime grupy teatralne i chyba tu zabrakło im zaangażowania. Sprawy nie ułatwiał fakt, że frekwencja wśród aktorów była niezbyt duża. Tak to jest w teatrach amatorskich. Nie szło to wszystko. Mieliśmy robić „Pana Damazego”, ale nie wyszło. Potem chociaż jakieś dwie jednoaktówki. Też przerwaliśmy. Fatalna passa.

Któregoś razu pani Cecylia poprosiła mnie, bym przygotował krótki satyryczny występ dla uzupełnienia jednoaktówki jej grupy. Zrobiłem to, mój występ – jak się potem okazało
– oglądały panie z Warszawskiego Ośrodka Kultury, który sprawował wtedy pieczę nad wszystkimi okolicznymi klubami kultury. Spodobał im się i zostałem zaproszony z tym recitalem na przegląd kabaretów. Ten mały sukces otworzył mi furtkę do „kariery” w Otwocku (śmiech). Dyrektor zachęcił mnie do dalszych działań, zrobiliśmy trzyosobowy kabaret. Wreszcie padła propozycja, by poprowadzić młodzieżowy zespół w „Jaraczu”, ale do tego potrzebowałem uprawnień, byłem przecież zupełnym amatorem bez papierów. Udało mi się w końcu zdobyć kwalifikacje trzeciego stopnia, warunkowo, na rok, ale mogłem przystąpić do pracy. Był rok 1982 i już po kilku miesiącach mieliśmy pierwszą premierę po kilkuletniej przerwie w działalności otwockiej sceny.

Potem jeszcze się dokształcałem, kończyłem następne kursy teatralne, zdobywałem kolejne kwalifikacje. Mam satysfakcję, bo na samym początku przy wręczaniu uprawnień trzeciego stopnia powiedziano mi: „To jest trójka. Niech pan pracuje, ale o więcej niż dwójka nie marzy”. Sześć lat później, w 1989 roku, odbierałem jedynkę, czyli najwyższy stopień uprawnień reżyserskich.

Liczył pan, ile spektakli zrealizował przez te lata?

– Premier teatralnych było ponad 80, ale robiłem też dużo widowisk, które nie były sztukami, tylko widowiskami kabaretowymi, zlepkiem różnych tekstów. Z nimi łącznie na pewno przekroczyłem setkę. Początki w latach 80. były trudne, a zespół niewielki, ale pod koniec tej dekady zacząłem go odmładzać. Do Teresy Dudzickiej-Donczewy, Marka Cichawy czy Hani Rzempołuch dołączyli Asia Muczke, mój syn Robert, niedługo po nich Basia Leśniewska, Piotrek Poleski, a zaraz potem cała ta młoda generacja, w której byłeś ty, Przemku, Monika Aniszewska, Sylwia Kamińska, Aldona Marton, Magda Plewa, Mariusz Kopyt, Krystian Warda. Chętnych przybywało, w pewnym momencie miałem na liście aktorów kilkadziesiąt osób. Nie każdego dawałem radę obsadzać. Te lata 90. to były jednak złote czasy mojej działalności w teatrze, dużo wystawialiśmy, jeździliśmy na przeglądy teatralne po Polsce. Jest co wspominać.

Widzowie lubią zakulisowe opowieści i anegdoty, na przykład związane z wpadkami wywołanymi tremą. Proszę podzielić się jakimiś.

– Jest takie powiedzenie, które usłyszałem przed laty, pracując w Teatrze Syrena, że teatr stworzyli Grecy, ale tremę wymyślili Włosi. To określenie pochodzi bowiem od włoskiego słowa „tremare”, czyli „drżeć”, „trząść się”. I rzeczywiście trema bywa dla aktora niczym trzęsienie ziemi. Jej źródłem jest oczywiście strach, przed samym wystąpieniem przed publicznością, ale też przed wpadką. Sztuką jest z takiej sytuacji wybrnąć, najlepiej tak, by publiczność się nie zorientowała. Kiedyś graliśmy spektakl „Krewniaki” Bałuckiego. Na scenie gorąca kłótnia małżonków, ja i wiekowa już Maria Oleksiak siedzimy na ławeczce. Pani Maria miała wtedy powiedzieć: „Oho, już się kłócą”. A ja skomentować: „To się na nic nie zda. Bibisia widziała i basta”. Przychodzi ten moment, a tu cisza. Kręcę się nerwowo, śmieję głupio, sufler coraz głośniej podpowiada, a reakcji żadnej. Patrzę, a ona śpi! Nie wiedziałem, co robić, ale w końcu połączyłem jej i swoją kwestie i jakoś dalej poszło. Na drugi dzień przychodzi jedna z aktorek i opowiada, że jej rodzina była na spektaklu i podobało im się, ale zauważyli, że… pan Garwoliński tekstu zapomniał! Kiedy indziej w „Dwóch bliznach” Fredry między Mariuszem Kopytem a Krystianem Hernciszem miał wywiązać się taki dialog: – Pan jesteś Barski? – Tak. – Władysław? – Władysław, kapitan artylerii. Niestety aktor zapomniał nazwiska, utknął, zamotał się i w efekcie zamiast tego widzowie usłyszeli: – Panie Władysławie, to jak pan ma właściwie na imię? Na efekt nie trzeba było długo czekać, ugotowani aktorzy zaczęli dusić się ze śmiechu, wreszcie parsknęli, a wraz z nimi cała widownia.

Często aktorom na scenie nie było do śmiechu. Nieszczęście było tuż-tuż, gdy aktor nie opanował roweru na niewielkiej scenie i prawie zjechał z niej prosto w widownię. Kiedy indziej zbyt ciasna suknia strzeliła aktorce na plecach w środku spektaklu, więc kończyła swoje sceny czerwona niczym burak, wychodząc za kulisy rakiem. Zdarzyło się, że koledzy dla kawału nalali innemu do szklanki prawdziwej wódki zamiast wody. Wypita z zaskoczenia „seta” jakoś weszła (choć wzrok aktora przez chwilę zabijał), ale gdy alkohol zaczął go rozbierać i wpływać na dykcję, było blisko katastrofy.

W jednym ze spektakli wkomponowaliśmy w dekoracje solidny piec i posadziliśmy wewnątrz suflerkę Sylwię Kulawik. Sprawdzało się to świetnie, bo była tuż obok aktorów i pozostawała niewidoczna. Pomysł wypalił dosłownie i w przenośni. Po premierze znajomi gratulują, a jeden z nich pyta: „Z tym piecem superpomysł, ale jak wam się udało sprawić, że z niego prawdziwy dym leciał?!” Okazało się, że Sylwia, namiętna palaczka, w trakcie przedstawienia wypaliła kilka papierosów. Snujący się w świetle reflektorów dym robił ponoć kapitalne wrażenie.

Nasz stary „Jaracz” przed remontem miał wiele wad, ale niezaprzeczalnie bardziej był w nim wyczuwalny duch teatru. To zapewne kwestia sentymentu, ale czy tylko?

– Mamy teraz wspaniały, nowoczesny gmach, ale to już nie jest teatr, mimo nazwy. Dzielenie go z kinem nie przynosi nic dobrego, oddajemy coraz więcej pola. Teraz nawet rekwizytornie i magazyny w piwnicy mają zostać zamienione w studio nagraniowe. Rozumiem rozwój i nowe potrzeby, ale trochę szkoda naszej tradycji. „Kinotieatr” to stary radziecki wymysł, który nigdy się nie sprawdzał i nadal nie zdaje egzaminu. By pogodzić obie funkcje, trzeba wciąż iść na kompromis, a kompromis to porażka obu stron.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.