Piosenki są jak kobiety

Jacek Cygan to człowiek instytucja. Napisał ponad tysiąc tekstów piosenek dla najwybitniejszych artystów polskiej sceny muzycznej. Jest także poetą, prozaikiem i dramaturgiem. Wydał cztery tomy wierszy, opowiadania, książkę biograficzną, napisał kilka sztuk teatralnych. Jest Kawalerem Orderu Uśmiechu i Mistrzem Mowy Polskiej, został odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Z JACKIEM CYGANEM rozmawia Przemek Skoczek

fot. H Prus

Dla kogo ostatnio napisał pan tekst piosenki?

– Tak się szczęśliwie złożyło, że mój ostatni tekst piosenki napisałem do muzyki związanego z Otwockiem Michała Grotta. Piosenka ma tytuł „Psalm dla Ziemi” i powstała z inicjatywy Niny Terentiew i Telewizji Polsat. Zgodnie z Programem „Czysta Polska” walczymy w tej piosence o naszą Matkę Ziemię, o jej zdrowie, które ludzkość niszczy od stuleci. Piosenkę wykonała z uczuciem Kasia Mosek.

Ponad tysiąc tekstów – wrażenie robi już sama liczba, a tu mamy jeszcze do czynienia z jakością. Ma pan jakiś swój sposób na pisanie czy to po prostu czysty talent?

– Wie pan, nie ma żadnego „sposobu”, nigdzie nie uczą, jak pisać tekst piosenki. Grzegorz Ciechowski mówił, że pomysły na nie wirują gdzieś w niebie i czasami na kogoś spadną. Na mnie czasem spadają.

Bogdan Loebl, z którym mam przyjemność się znać (mieszka w Józefowie pod Otwockiem), zawsze pisze tekst do muzyki, do jej rytmu. Jak to jest u pana?

– Podziwiam Bogdana Loebla od lat, to znakomity autor z duszą! Kiedy zaczynałem pisać piosenki, najpierw pisało się tekst, do którego kompozytor układał melodię. Teraz kompozytor na swoim komputerze tworzy całe demo piosenki ze wszystkimi instrumentami i linią melodyczną. I do tego się pisze. Jednak ja wyrywam się z tej mody do starej formy – prawie wszystkie piosenki do mojej sztuki „Błękitne krewetki”, która jest grana w Teatrze STU w Krakowie, powstały w ten tradycyjny sposób. Po prostu rozdałem teksty kompozytorom według ich specjalizacji. I tak np. Staszek Sojka otrzymał dwie ballady, Grzegorz Turnau dwa teksty charakterystyczne, a Piotr Rubik piosenki „kantylenowe”. Wszyscy wywiązali się ze swoich zadań fantastycznie. Podzielę się z Czytelnikami wiadomością, że „Błękitne krewetki” z genialną Beatą Rybotycką w głównej roli przyjadą do Warszawy 20 i 21 listopada i będą wystawione gościnnie w Teatrze Polskim na Scenie Kameralnej.  

Jak wyglądała pana droga na tekściarski Olimp? To nieoczywisty wybór, zważywszy na to, że ukończył pan Wydział Cybernetyki WAT. To znaczy, że ma pan umysł ścisły.

– Bez przesady z tym Olimpem. Odpowiem krótko, studia techniczne, które uczą logicznego myślenia, jeszcze nikomu nie zaszkodziły!

Polska piosenka ma kilka tekściarskich legend: Osiecką, Młynarskiego, Koftę i Cygana. Został tylko pan. Jakie były relacje z pozostałymi? Pojawiał się jakiś rodzaj rywalizacji?

– Prawda jest taka, że gdyby nie Agnieszka Osiecka, Wojtek Młynarski i Jonasz Kofta, na pewno nie uprawiałbym tego zawodu. Oni byli moimi guru, wyznaczyli pewien kierunek, sprawili, że pisanie tekstów piosenek stało się sztuką. Miałem z nimi wspaniałe relacje, często korzystałem z ich przyjacielskiej pomocy.

Lista artystów, dla których pan pisał, jest imponująca. Ma pan ulubieńców?

– Zaczęło się od piosenek z „krainy łagodności”, od Jurka Filara i Naszej Basi Kochanej – grupy, którą założyliśmy z przyjaciółmi. Te czasy nadal są mi drogie, to jest moje źródło. Najwięcej piosenek, dodajmy – znaczących piosenek – napisałem z Ryszardem Rynkowskim. Od „Wypijmy za błędy” po „Dary losu”, od „Za młodzi na sen” po „Wznieś serce” – zawsze mieliśmy doskonałe porozumienie. Jednak bardzo cenię sobie również moje piosenki, które napisałem dla kobiet. Dla Edyty Geppert „Jaka róża, taki cierń”, dla Edyty Górniak „To nie ja byłam Ewą”, dla Anny Jurksztowicz „Diamentowy kolczyk”, dla Maryli Rodowicz „Łatwopalni”. Mógłbym tak dalej wymieniać, ale nie mamy tyle czasu. 

I które piosenki szczególnie leżą panu na sercu?

– Wszystkie. Nie wyróżniam żadnej, bo jakaś mogłaby poczuć się pokrzywdzona. A z piosenkami jest jak z kobietami, trzeba uważać…

 Zdarza się, że wykonawcy mają swoje uwagi i wprowadza pan zmiany?

– Oczywiście, wykonawca jest dla mnie najważniejszy, nie autor. To on jest twarzą piosenki, to on odczuwa pierwszy, czy piosenka działa na publiczność, czy też pozostawia ją obojętną.

 Na „Dyskotece Pana Jacka” wychowało się całe moje pokolenie. Jak pan wspomina ten czas?

– Z wielkim sentymentem. To był cudowny okres, a piosenki z „Dyskoteki”, takie jak „Laleczka z saskiej porcelany” czy „Zakazany owoc”, do dzisiaj są śpiewane na dziecięcych festiwalach.

Zapewniam pana, że nie tylko dzieci do nich wracają. Nie każdy wie, że pana twórczość to również proza, poezja, dramaty. Ta wszechstronność przyszła z czasem, czy od początku próbował pan różnych form?

– Od początku równolegle z tekstami piosenek pisałem wiersze, z tego powstały późniejsze tomiki. Proza, zwłaszcza ta, która jest w moich opowiadaniach wydanych w książce „Przeznaczenie, traf, przypadek”, przyszła później, widocznie potrzebne było doświadczenie. Sztuki teatralne to sprawa ostatnich kilku lat, ale bardzo mnie to wciągnęło. Osobnym rozdziałem jest moja współpraca z żydowskim kompozytorem i pianistą Leopoldem Kozłowskim zwanym ostatnim klezmerem Galicji. Przez prawie 30 lat współpracowaliśmy i występowaliśmy na scenie razem z grupą krakowskich artystów. Napisałem o nim książkę „Klezmer. Opowieść o życiu Leopolda Kozłowskiego-Kleinmana”. Niestety Poldek zmarł w 2019 roku w wieku 103 lat. Razem z dyrektorem Teatru STU postanowiliśmy uczcić jego pamięć. Powstała sztuka mojego autorstwa „Leopold. Ostatni klezmer z Krakowa”, która w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego będzie miała swoją premierę 28 listopada.

Trudno wypić szklankę soku z cytryny i się nie skrzywić? Pan słynie z uśmiechu i pogody ducha, więc chyba było łatwo.

– Proszę pana, kiedy otrzymywałem „Order uśmiechu”, jedyne odznaczenie przyznawane przez dzieci, wypiłem szklankę soku cytrynowego z rozkoszą. A co do mojego uśmiechu i pozytywnego nastawienia do świata, to powiedzmy sobie szczerze – ludzie mają dość swoich zmartwień i kłopotów, żebym ja jeszcze dokładał im swoich. A poza tym… czas nas uczy pogody.

 

Z ostatniej chwili: niedzielny koncert, 7 listopada, odbędzie się jednak bez osobistego udziału Jacka Cygana, który ma problemy zdrowotne. Repertuar pozostanie jednak ten sam a z towarzyszeniem Grott Orkiestry zaśpiewa dla nas znakomity artysta, Janusz Radek.

One thought on “Piosenki są jak kobiety

  • 24 listopada 2021 o 20:48
    Permalink

    Bardzo fajny wywiad!
    A Panu Jackowi życzymy szybkiego powrotu do zdrowia!!!

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.