Ochrona zdrowia musi się zmienić

Celem naszego protestu nigdy nie były wyłącznie płace. Tu chodzi o zmianę całego systemu, który jest jak kolos na glinianych nogach. Od dawna wiadomo, jak ważna jest restrukturyzacja służb medycznych, ale pandemia unaoczniła nam to jeszcze bardziej i zmusiła do działania – podkreśla Gilbert Kolbe, rzecznik prasowy Białego Miasteczka

Mimo młodego wieku otwocczanin sporo już osiągnął. Ma za sobą studia pielęgniarskie na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Jest koordynatorem regionalnym ds. medycznych w dużej klinice, a przede wszystkim rzecznikiem prasowym protestu medyków.

O postulatach Białego Miasteczka, ich znaczeniu dla całej służby zdrowia i pacjentów, a także powołaniu do pracy GILBERT KOLBE opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

Jaka jest aktualna sytuacja protestu medyków?

– Obecnie jest on przeniesiony do internetu. Nasze działania polegają przede wszystkim na informowaniu o tym, co naprawdę dzieje się w systemie ochrony zdrowia, a o czym często milczy lub kłamie rządowa propaganda. Najważniejsza część odbywa się zakulisowo i są to wszelkie rozmowy z decydentami, różnymi ugrupowaniami politycznymi. Mieliśmy też wystąpienie w senacie. Większość z nas jest jednak zaangażowana w pracę związaną z covidem. Wbrew temu, co nieraz insynuowano, nasze działania nigdy nie oznaczały rezygnacji z obowiązków zawodowych. Dlatego jest to protest, a nie strajk.

Insynuowano też, że chodzi wam tylko o pieniądze. Protest formalnie zaczął się we wrześniu, ale pierwsza manifestacja pielęgniarek i położnych odbyła się w czerwcu po opublikowaniu nowej siatki płac dla zawodów medycznych.

– Owszem, ponieważ ta siatka jest skrajnie niesprawiedliwa, wprowadza sztuczny i absurdalny podział między podobnymi zawodami. Przez to wynagrodzenia niektórych są zupełnie nieprzystające do wykonywanej pracy, liczby obowiązków, odpowiedzialności, a także energii i siły włożonej w naukę. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, to już listopadowe spotkanie zespołu trójstronnego i zawarte tam porozumienia wystarczyłyby do zakończenia protestu. Nic takiego się nie stało z tej prostej przyczyny, że pieniądze nie załatwią całościowych problemów w systemie ochrony zdrowia, a nam zależy na tym, by ten cały kryzys, w którym znajduje się ochrona zdrowia, móc zażegnać. O tym od początku mówimy. Niestety rozmowy z ministerstwem do prostych nie należą. Wynika to trochę z braku woli politycznej, trochę z braku jakiejś siły przebicia ministerstwa zdrowia, które jest potrzebne, by skutecznie modernizować system. Zresztą nie jest to problem tylko obecnego ministra, trwa od lat. Covid tylko dobitnie pokazał, jak bardzo jest źle i jak ważne są zmiany. A więc płace były tylko takim kamyczkiem, który poruszył całą lawinę.

Jakie są pozostałe postulaty, które mogą pomóc w postawieniu na nogi polskiej ochrony zdrowia?

– Jednym z najważniejszych jest wprowadzenie działań, które zabezpieczą kadry medyczne, zwiększą ich liczebność, ponieważ ludzi do pracy brakuje. Trzeba przekonywać specjalistów do powrotu do kraju, a młodych do tego, by nie wyjeżdżali, zachęcać pracowników prywatnego sektora ochrony zdrowia do powrotu do sektora publicznego (bo my protestujemy w sprawie publicznej ochrony zdrowia). Żeby to się udało, trzeba im stworzyć odpowiednie warunki do pracy, zapewnić nie tylko godziwe wynagrodzenia, lecz także całe zaplecze.

Bardzo ważnym postulatem jest także zabezpieczenie pacjentów poprzez wprowadzenie systemu no–fault. Wyłącza on odpowiedzialność medyka za ewentualnie popełnione błędy natomiast pacjentowi, jeśli taki błąd się pojawi, od razu gwarantuje odszkodowanie. Z doświadczeń innych krajów, gdzie ten system działa, wynika, że to skuteczne narzędzie, ponieważ lekarze czy pielęgniarki nie czują na plecach oddechu prokuratora. I wtedy chętniej podejmują pewne działania, zwłaszcza przy bardziej skomplikowanych zabiegach.

Z punktu widzenia pacjenta kluczowy jest również wzrost wyceny świadczeń medycznych. O tym pacjenci zazwyczaj nie wiedzą, a to determinuje jakość opieki nad nimi. W tym momencie wycena świadczeń, czyli to, ile Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za daną procedurę albo na przykład za wyżywienie w szpitalu, jest ściśle unormowana. Tyle, że wyceny są niewspółmierne do kosztów, które ponoszą szpitale. Dlatego placówki są bardzo często zadłużone. Te koszty zazwyczaj ponosi też pacjent. Każdy, kto leżał w szpitalu, doskonale wie, jak tam karmią, jakie są warunki, zwłaszcza w tych mniejszych, powiatowych szpitalach. Te warszawskie mają się zdecydowanie lepiej, ale w innych brakuje dosłownie wszystkiego, łącznie ze sprzętem i kadrami. Ja musiałem kiedyś przemywać noworodka namoczonym papierem, bo nie mieliśmy do dyspozycji specjalnych chusteczek.

Kolejny punkt to urlopy zdrowotne po 15 latach pracy zawodowej. Jest to bardzo ważne, ponieważ czas pracy większości medyków przekracza wszelkie normy, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii. To często po 300-400 godzin miesięcznie. Pewien mój znajomy w kwietniu ubiegłego roku przepracował 500 godzin, a więc średnia to ponad 16 godzin dziennie, bez żadnego dnia wolnego. Nie wiem, jak to zrobił i jak wytrzymał takie przeciążenie.

Zależy nam także na wprowadzeniu w Polsce zawodów wspomagających dla kluczowych specjalistów, takich jak lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci. Chodzi o asystentów dokumentacyjnych. Teraz podczas wizyty w przychodni z założonych przez NFZ 15 minut na jedną osobę 80 procent czasu zajmuje wypełnianie dokumentacji, a 20 procent lekarz może poświęcić pacjentowi. Badanie trwa kilka minut, a to za krótko, by rzetelnie je wykonać. Gdyby lekarz miał asystenta, ten notowałby to, co on mówi, diagnozując pacjenta. Z kolei pacjent mógłby więcej opowiedzieć o swoich dolegliwościach i jednostkach chorobowych. Nie czuliby tej presji czasu, a tak wszystko jest w pędzie.

Jest jeszcze jeden postulat dotyczący tych zawodów, które teraz są ujęte ogólnie jako „inne zawody medyczne”. Chodzi o ratowników medycznych i o diagnostów laboratoryjnych, którzy nadal nie mają swoich ustaw o zawodzie. Diagności działają na podstawie jakichś ogólnych ustaw, a ratownicy na podstawie ustawy o państwowym systemie ratownictwa, ale to nie jest ustawa, która regulowałaby wykonywanie ich zawodu, wskazywała jakąś ścieżkę ich rozwoju i sprawiała, że byliby docenianymi profesjonalistami. Teraz często w pamięci społeczeństwa to są tylko tacy „sanitariusze”, a to zmieniło się dawno temu. Ratownicy są wysoko wyspecjalizowanymi fachowcami, którzy potrafią ratować życie. Czas ich docenić.

Reprezentujecie wszystkie grupy i zawody medyczne? Wydaje mi się, że środowisko bywało podzielone w kwestii protestu?

– Tak, Ogólnopolski Komitet Protestacyjno-Strajkowy reprezentuje wszystkie zawody, stowarzyszenia, związki zawodowe. W sumie to 600 tysięcy osób. Zawsze w przypadku dużych inicjatyw, które skupiają wielu interesariuszy, dochodzi do różnicy zdań. Mimo że jesteśmy w jednym kociołku o nazwie ochrona zdrowia, to jednak są to różne zawody mające w szczegółach różne interesy i zdarzały się pewne kompromisy, które musieliśmy wypracować. To się udało i jesteśmy w tym wszyscy razem. Czekamy, aż pandemia nieco odpuści, by znów wrócić do aktywniejszego protestowania, ale nadal bez szwanku dla pacjentów, dla których między innymi protestujemy i z którymi protestujemy. Część organizacji pacjentów poparła nasz protest.

W Białym Miasteczku spotykaliście się z żywymi reakcjami ludzi i nie wszyscy wyrażali poparcie. Doszło też do tragedii. Co dziś czujesz na wspomnienie tamtego wydarzenia?

– Wtedy zdarzyła się najgorsza z możliwych tragedii. Zginął człowiek. Nie jest istotne, jakie miał motywacje, kogo popierał, a kogo nie. Ważne jest natomiast to, co doprowadziło go do tak drastycznego czynu. Co spowodowało, że zdecydował targnąć się na swoje życie. W momencie, w którym przemawiałem na scenie, usłyszeliśmy wybuch, by po chwili biec zrobić to, czego się uczymy najpierw na studiach, a później w pracy – ratować ludzkie życie. W tym czasie nasi przyjaciele, znajomi, inni pracownicy ochrony zdrowia pomagali osobom, które doznały jednej z największych istniejących traum. Byli to między innymi dziennikarze obecni na konferencji, którzy reprezentowali wiele stacji telewizyjnych i radiowych. Po paru godzinach, gdy z pomocą psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów staraliśmy się dojść do siebie, usłyszeliśmy w rządowych mediach, że ten człowiek zabił się w proteście przeciwko naszemu Białemu Miasteczku. To przerażające, jak wygląda poziom debaty publicznej, mediów i polityki w Polsce. Właśnie takie wypowiedzi prowadzą do rosnących podziałów, nienawiści, a wreszcie takiej niepotrzebnej śmierci.

Nigdy nie żałowałeś obranej drogi zawodowej? To obciążająca praca w trudnych warunkach i chorym systemie.

– Nigdy nie miałem takich wątpliwości. Od małego angażowałem się w medycynę, najpierw w harcerskim klubie ratowniczym przy 69 Drużynie Harcerskiej w Otwocku, potem byłem też ratownikiem wodnym, między innymi na basenie w Józefowie. To przeszło płynnie w pielęgniarstwo. Początkowo myślałem o ratownictwie medycznym, ale doświadczeni koledzy ratownicy doradzili mi pielęgniarstwo, ponieważ daje bardzo szerokie możliwości pracy i rozwoju zawodowego. Z perspektywy czasu wiem, że to był dobry wybór. Ukończyłem też studia podyplomowe z zarządzania w ochronie zdrowia. Dzięki temu mocniej wszedłem w system i lepiej go rozumiem.

Dlatego wyznaczono ci rolę rzecznika prasowego?

– Nie ukrywam, że od początku studiów byłem bardzo zaangażowany w działania samorządu zawodowego pielęgniarek i położnych, zwłaszcza tego w Warszawie, gdzie odpowiadałem za social media. Starałem się mocniej promować te zawody wśród licealistów, by wybierali je po maturze. Poznałem w ten sposób wiele osób decyzyjnych i gdy wybuchł protest, zgłosiłem się z gotowością pomocy. Trafiłem do zespołu, który ogarnia social media, a po pewnym czasie zostało mi powierzone zadanie rzecznika.

Szykuje się prawdziwa rewolucja w służbie zdrowia, o ile postulaty zostaną zrealizowane. Te zmiany wydają się wam realne? Państwo polskie jest na nie gotowe?

– Czujemy, że im większa jest presja społeczeństwa na Ministerstwo Zdrowia, tym szanse są większe. Covid paradoksalnie stał się naszym „sprzymierzeńcem” w tym sensie, że pokazał, jak źle jest ze służbą zdrowia i jak bardzo potrzebne są zmiany. Mamy wsparcie ludzi i myślę, że sprawa jest do wygrania. Nie jest to proste i oczywiste, wymaga dużych wysiłków, zmiany będą trwały długo, ale wierzymy w sukces. Wystarczy sięgnąć po gotowe rozwiązania systemowe funkcjonujące w krajach z podobną jak w Polsce liczbą ludności. Są to na przykład Dania czy Norwegia, których systemy ochrony zdrowia są uznawane za jedne z najlepszych na świecie. Warto sięgać do takich wzorców. Jasne, to są zamożniejsze społeczeństwa, ale w Polsce problemem często nie jest brak środków, tylko ich złe wydatkowanie, przepalanie na działania pozbawione sensu. To boli najbardziej. I to trzeba zmienić.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.