Otwocczanin relacjonuje sytuację na granicy: Ludzie mdleją z wyczerpania

Wśród osób, które od początku rosyjskiej agresji angażują się w pomoc dla ukraińskich uchodźców, jest dziennikarz z Otwocka Leszek Cieloch. Wraz z przyjaciółmi ekspresowo zorganizował zbiórkę i wyruszyli na granicę z transportem. Z powrotem przewożą ludzi. Mają za sobą kilka takich kursów i około setki przewiezionych do Warszawy uchodźców. Wyruszyli też z małym konwojem humanitarnym na Ukrainę

fot. Leszek Cieloch

Z LESZKIEM CIELOCHEM rozmawia Przemek Skoczek

Zaczęliście działać błyskawicznie. Kto stoi za waszą inicjatywą, jakieś stowarzyszenie?

    – To jest po prostu spontaniczna inicjatywa grupy znajomych z mediów, z Polsatu i TVN-u, z różnych produkcji filmowych. Rozmawialiśmy dużo o tym, co się wydarzyło, jak można pomóc, i szybko zapadła decyzja o działaniu. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Pierwsza to kierowcy, do której i ja należę. Naszą rolą jest jeździć między Warszawą a granicą z Ukrainą, dostarczać pomoc i przewozić ludzi tutaj. Druga grupa to koordynatorzy działający przy granicy, organizujący wszystko, umawiający ludzi do przewiezienia, sprawdzający, czego tam potrzeba i co przywozić. Są to osoby znające język ukraiński lub rosyjski i mogące swobodnie się porozumiewać, a to ważne do zdobycia zaufania uchodźców, ludzi często przerażonych i straumatyzowanych. No i wreszcie grupa trzecia organizuje pomoc tu, w Polsce. Mamy takie ekipy w Warszawie i Wrocławiu. Załatwiają noclegi, potrzebne środki, zbiórki itp.

Pierwszy wyjazd zorganizowaliście do Medyki. Jakie były twoje wrażenia z granicy?

    – Tak, pojechaliśmy w sześć aut, przewożąc różne rzeczy ze zbiórki. Wielki ukłon w stronę firmy New Rent, wypożyczalni samochodów, która zapewniła nam za darmo pojazdy i paliwo do nich. Na trasie od razu widać, kto jedzie z pomocą. Spotyka się całe konwoje prywatnych aut, które jadą włączyć się do akcji, niektórzy ciągną na przyczepach kuchnie polowe. Czuć tę moc!

    Wrażenia z granicy są takie, że mimo dobrej organizacji panuje tam ogromny chaos, uchodźców wciąż przybywa. Wśród nich jest mnóstwo ludzi, którzy z pewnością nie są Ukraińcami. To trzeba jasno powiedzieć. Najprawdopodobniej to ci ludzie, którzy szturmowali granicę od strony Białorusi, teraz tu przyjechali i korzystają z okazji. 80 procent mężczyzn to Afgańczycy, Syryjczycy, Hindusi, Somalijczycy. Najtrudniejsza sytuacja jest po stronie ukraińskiej. Tam korki przed przejściami granicznymi sięgają podobno kilkudziesięciu kilometrów i czas oczekiwania się wydłuża.

    Polacy są świetnie zorganizowani i po naszej stronie system działa dość sprawnie. Na pewno nie trzeba tam już zwozić żadnych paczek. Jest tego zbyt dużo, nie ma magazynów i zwożone rzeczy lądują jako góry śmieci. Jeżeli organizujcie zbiórki, to przekażcie je do odpowiednich fundacji lub organizacji, których listy znajdziecie w sieci. Zostaną starannie wyselekcjonowane i dostarczane bezpośrednio tam, gdzie faktycznie są potrzebne. Tu jeszcze ważna uwaga – jestem zaskoczony tym, jak dużo Ukraińcy otrzymują pomocy od cywili z Białorusi, którzy są absolutnie przeciwko atakowi, Putinowi, a przede wszystkim Łukaszence.

Jak wygląda sama logistyka i organizacja waszej pracy na granicy?

    – Gdy tam jedziemy, to jest jedna wielka niewiadoma. Na miejscu co prawda koordynatorzy znajdują ludzi, którzy szukają transportu, głównie są to kobiety z dziećmi. Nasi ludzie mają na miejscu busy, w których mogą się ogrzać, przespać, przeczekać w nich z uchodźcami. Nie zawsze jednak jest tak, że te osoby na nas czekają. Gdy znajduje się jakiś szybszy transport, chętnie z niego korzystają. Tam sprawnie organizują to między innymi strażacy. Nie możemy jednak wracać na pusto, trzeba iść w ten tłum, szukać ludzi, pytać, dokąd chcą jechać. Jest przy tym wiele emocji. Uchodźcy są w większości wyczerpani, mają za sobą siedemdziesiąt kilka godzin stania na granicy, w mrozie. Gdy wsiadają już do ciepłych samochodów, to ich po prostu odcina, padają z nóg. Dwukrotnie byłem świadkiem sytuacji, w których sądziłem, że ci ludzie tracili przytomność, a oni po prostu tak nagle zasypiali.

    W takiej formie są w tej podróży zdani na nas. Niby wszyscy tam chcą pomagać, ale zdarzają się kanalie, które mają inne zamiary. Takich przypadków było niewiele, Wojska Obrony Terytorialnej, policja i Straż Graniczna starają się kontrolować sytuację, ale nigdy nic nie wiadomo. Uchodźcy mają swoje obawy, dlatego tak ważne jest zdobycie ich zaufania. Robi się to tak, że pokazujemy prawo jazdy albo dowód osobisty, zakrywając tylko dane wrażliwe, ale zdjęcie, imię, nazwisko, numer rejestracyjny samochodu są pokazywane, czym udowadniamy, że mamy dobre zamiary. Kobiety mogą te dane przesłać do rodziny, by wiedziała, z kim jej bliscy jadą. To daje im poczucie bezpieczeństwa.

    Na granice w ogóle docierają dwa rodzaje uchodźców – ci, którzy faktycznie mają ze sobą tylko to, co najbardziej potrzebne. Ale są i tacy, którzy mają ze sobą pół domu i ciągną po osiem wielkich walizek. Z nimi zawsze jest taki dylemat: czy lepiej zapakować ich z tym wszystkim, czy kazać zostawić większość rzeczy i zamiast tego zabrać dodatkowo dwie czy trzy osoby. Jednak najważniejsi są ludzie. My cały czas kursujemy i przewieźliśmy już około stu osób.

Teraz, jak słyszę, jedziecie dalej?

    – Po stronie ukraińskiej jest dramat i tam trzeba teraz najbardziej pomagać. Dziś w nocy (rozmawiamy w środowe przedpołudnie, 2 marca) wyruszamy w głąb Ukrainy, do Winnicy. To spore miasto mniej więcej 250 km na południowy zachód od Kijowa. Mamy tam dostarczyć pomoc medyczną, jadą dwa busy i karetka z lekarzami, którzy udzielą doraźnej pomocy. Musimy też odebrać stamtąd parę osób i przewieźć do Polski. Zakładamy, że nie zostaniemy tam długo, ale nikt nie planuje konkretnego powrotu. Jak się ogarnie to, co trzeba, wrócimy.

Przed wjazdem na Ukrainę bardziej czujesz strach czy adrenalinę?

    – Towarzyszy mi oczywiście pewne napięcie. Winnica jest dość daleko od rejonu walk, ale różnie bywa. Jednak bardziej niż Rosjan obawiamy się samych Ukraińców, bo zdarzają się ponoć napady uzbrojonych oddziałów wspomagających wojsko. Trwa wojna, jest nerwowo, łatwo można być wziętym za jakichś rosyjskich dywersantów. Na szczęście mamy wsparcie IPA, czyli International Police Association (to organizacja skupiająca funkcjonariuszy i emerytów służb policyjnych z całego świata – przyp. red.). Obiecali, że okleją nam auta czerwonym krzyżem i pojedziemy jako pomoc humanitarna. Dotychczas to działało, więc liczymy, że i my będziemy bezpiecznie poruszać się po ukraińskich drogach.

Dodam na koniec, że udało nam się właśnie zorganizować magazyn przy Wale Miedzeszyńskim 131B, lok 2. Właściciel biurowca udostępnił nam tę przestrzeń za darmo. Zapraszamy wszystkich, którzy mogą i chcą tam dostarczać swoje paczki. Potrzebujemy: opatrunki, opaski uciskowe, leki przeciwbólowe, wodę utlenioną, bandaże, karimaty, koce, śpiwory, ręczniki, grube wojskowe skarpety – damskie i męskie, latarki, konserwy (ale tylko w metalu) i ogólnie suchy prowiant. Na miejscu wolontariusze robią selekcje i rzeczy są odwożone w te miejsca, gdzie są faktycznie potrzebne.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.