Ważne, by dzieci szybko znajdowały dom

Pomaganie wzmacnia i daje ogromną radość – przekonuje dr n. med. MAŁGORZATA WIELOPOLSKA, ordynator Oddziału Chorób Płuc i Gruźlicy dla dzieci w Mazowieckim Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruźlicy, która od 22 lat jest też wolontariuszką w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w Otwocku

Widzę, że nosi pani żółto-niebieską wstążeczkę. Wojna na Ukrainie wzbudza w pani duże emocje?

– Takie, że aż nie mogę spać. Dotychczas badałam jedno dziecko przybyłe ostatnio z Ukrainy, ale na pewno będzie ich więcej. Zadeklarowałam swoją pomoc, bo w pobliżu miejscowości, w której mieszkam, w Gliniance, jest tworzony punkt dla uchodźców. My, lekarze, mamy jednak przy tym problem z formalnościami, na przykład receptami dla chorych z Ukrainy. Ponieważ ci ludzie nie mają ubezpieczenia, nie możemy im wypisać recepty ze zniżką. Wiemy, że w szpitalach pacjenci z Ukrainy będą przyjmowani za darmo i traktowani tak samo jak ubezpieczeni. Nie wiemy jednak, jak będzie wyglądała opieka ambulatoryjna. Chcielibyśmy na przykład móc kupić leki w aptece dla tych uchodźców, żeby były już dostępne w placówce, a nie bardzo możemy to zrobić. Nie mamy na kogo wypisać recepty. Myślę, że jeszcze sobie to wszystko poukładamy i będziemy działać.

Działanie to chyba pani domena. Od 22 lat jest pani wolontariuszką w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w Otwocku. Pamięta pani, jak to się zaczęło?

– Placówka działa od 2000 roku. Byłam wtedy ordynatorem oddziału pediatrii w szpitalu przy ul. Batorego. Pani doktor Maria Bramska zaproponowała, żeby utworzyć przy oddziale placówkę, która zaopiekowałaby się najmłodszymi dziećmi. Pomysł był taki, żeby znajdowała się ona blisko oddziału pediatrii, aby była możliwość szybkiej konsultacji lekarskiej na miejscu. I żeby – nie zagłębiając się w problemy ubezpieczeń, statusu danego dziecka, który mógł być nieznany, bo na przykład znaleziono je bez dokumentów lub nie znano PESEL-u – mogło zostać zbadane w tzw. trybie pilnym przez lekarza dyżurnego oddziału. Zaczęłam więc te dzieci badać jako wolontariusz.

Rozpoczynaliśmy od jednej małej sali, w której była trójka czy czwórka dzieci, jeszcze na terenie oddziału. W tym czasie powstawała placówka na terenie starej poradni przy oddziale. Urządzałyśmy ją. W otwockim Bobasie kupiłyśmy łóżeczka, skręcał nam je pan z tego sklepu, przywoziłam jakieś szafki swoim małym samochodzikiem. Takie to były czasy, każdy coś dołożył. Ośrodek został uroczyście otwarty w 2000 roku i zaczęliśmy działać. Naszą misją było to, żeby najmniejsze dzieci, noworodki, których matki z różnych powodów zdecydowały się oddać je do adopcji, jak najszybciej zgodnie z prawem mogły pójść do rodziny adopcyjnej. Było tak, że te dzieci adoptowano po sześciu tygodniach, gdy można było sprawę przedstawić w sądzie. Czyli właściwie prawie jako noworodki.

Jak jest teraz?

– Niestety, przez te 20 lat naszej pracy to się zmieniło. Ostatnie lata to naprawdę fatalna sytuacja, jeśli chodzi o wydłużanie się spraw sądowych i uwalnianie prawne dzieci do adopcji. W tej chwili jest już tragicznie. Proszę sobie wyobrazić, że jeżeli zgłaszamy do sądu wniosek, żeby ten podjął decyzję dotyczącą dziecka, i sąd wyznacza termin rozprawy za trzy miesiące, to dziecko ma już w tym momencie cztery miesiące. Jeśli nie uda się od razu podjąć decyzji przez sąd i wyznacza się następną rozprawę za kolejne cztery miesiące, dziecko ma już osiem miesięcy, prawie rok, czyli to jest dziecko, które już dawno powinno być w rodzinie. A rodzin adopcyjnych oczekujących na dziecko jest dużo.

Są też inne problemy. Teraz o wiele częściej do placówki trafiają dzieci, które są obciążone różnymi chorobami wrodzonymi, na przykład płodowym zespołem alkoholowym, i z różnymi innymi problemami zdrowotnymi, czasem z pogranicza możliwości prowadzenia domowego, np. dzieci karmione przez sondy. Wtedy kwalifikacja dziecka do konkretnej rodziny jest zdecydowanie trudniejsza. Ono wymaga wielospecjalistycznej opieki, wizyt u różnych specjalistów, rehabilitacji. To wszystko jest kosztowne. Wreszcie ich rozwój nie zawsze rokuje. Czasem wiemy od samego początku, że będą to dzieci trudne, które nie osiągną prawidłowego rozwoju.

Od siedmiu lat nie pracuje już pani w szpitalu przy ul. Batorego. Wciąż jednak działa pani w ramach IOP.

– Zmieniły się moje losy, po odejściu ze szpitala przez chwilę prowadziłam oddział pediatrii w Garwolinie, a teraz pracuję w Mazowieckim Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruźlicy. Zawsze jednak tak układam sobie pracę, żeby po nocnym dyżurze móc pójść do IOP, który stał się dla mnie miejscem rodzinnym. Co tydzień robimy obchody z panem doktorem Sławomirem Gęsiorem i panią dyrektor Dorotą Polańską, a także psychologiem, rehabilitantem, pielęgniarkami i opiekunkami dziecięcymi. Badamy wtedy dzieci, omawiamy ich stan, czytamy dokumentację, załatwiamy sprawy związane z ich zdrowiem.

W IOP-ie zajmuje się pani tylko niemowlakami?

– Obecnie mamy dużo dzieci, które wychodzą od nas na własnych nogach. To oznacza, że cały pierwszy rok życia spędziły w placówce. Zgodnie z regulaminem ośrodka musimy do roku załatwić wszystkie sprawy formalne związane z ich statusem. Jeżeli to się nie udaje, na indywidualne wnioski możemy przedłużyć pobyt dziecka w placówce. Na przykład jeśli rodzic jest w więzieniu i pobyt tam kończy mu się za dwa miesiące, to takiego dziecka nie będziemy już kierować do domu dziecka czy rodziny zastępczej, bo to byłoby nieludzkie. Wtedy staramy się, żeby przebywało u nas do czasu pójścia do ostatecznego domu. Mamy taką salę, mówimy o niej sala geriatryczna, w której mieszkają dzieci w wieku powyżej roku. One już biegają, wygłupiają się, bałaganią. Kochamy je bardzo, bo przez cały rok patrzymy na ich rozwój i jesteśmy z nimi zżyci. A jednocześnie bardzo byśmy chcieli, żeby one już znalazły rodziny. Niestety, nie przypominam sobie w ostatnim czasie adopcji dziecka sześciotygodniowego, które trafiło do nas i szybko zostało adoptowane. Sprawy utykają w sądzie.

Praca z maluchami chyba daje na co dzień dużo radości.

– To dla mnie ogromna satysfakcja. Maluchy się pamięta. Szczególnie te, które były najciężej chore. One niestety często potem znikają z naszego horyzontu. Przez wiele lat do okresu pandemii były organizowane coroczne spotkania tych dzieci, które przyjeżdżały ze swoimi rodzicami. Spotykali się wówczas również pracownicy IOP. Oglądaliśmy, jak dzieciaki sobie radzą i co z nich wyrosło. Zresztą rodziny w ramach ośrodka się integrowały, wspierały. Pandemia wszystko zrujnowała, więc przez ostatnie dwa lata nie mamy kontaktu z tymi rodzinami.

Co jeszcze zmieniła pandemia?

– Do czasu jej wybuchu mieliśmy zasadę, że jeżeli w rodzinie biologicznej czasowo wystąpiła dysfunkcja, rodzice mogli odwiedzać dzieci w ośrodku, żeby budować z nimi więź. Więzi zaczyna się tworzyć od urodzenia i stanowią gigantyczną podstawę do budowania emocji i uczuć. To ogromnie ważne, by więzi z rodziną, z najbliższymi były od samego początku.

W okresie pandemii mieliśmy kilka fal zachorowań u dzieci i wśród personelu. Było to logistycznie i organizacyjnie bardzo trudne do uporządkowania, bo dzieci chore na COVID-19 też tam leżały, o ile były w miarę dobrym stanie. To też uległo dezorganizacji. Jednak przede wszystkim ten okres nie przyspieszył umieszczania tych dzieci w rodzinach. To jest dla nas ogromny kłopot. Na przykład te dzieci korzystają z opieki specjalistycznej dużych szpitali warszawskich, dużych poradni. Terminy, które dla nich uzgadniamy na przykład po to, by zdiagnozować ich choroby, się wydłużają. Wszystko dlatego, że dzieci są u nas za długo o te wszystkie tygodnie i miesiące powyżej szóstego tygodnia życia, gdy można je powierzyć.

Pamięta pani poszczególne dzieci?

– Wiele z nich pamiętam. Było na przykład takie dziecko znalezione jako noworodek w toalecie pociągu. Pamiętam przepiękną dziewczynkę, która została znaleziona pod liśćmi w parku niedaleko szpitala im. prof. W. Orłowskiego w Warszawie. I nawet późnej, ponieważ rodzice byli nieznani, sąd nadał tej dziewczynce nazwisko od imienia szpitala. Były dzieci z różnymi chorobami, czasem ciężkimi. Przewinęło się ich przez te lata naprawdę bardzo dużo, ale na ogół pamięta się te najbardziej poruszające historie. Bywało tak, że po adopcji rodzice wysyłali nam kartki na święta, pierwsze zdjęcia z dzieckiem. Potem zwykle kontakt się rozluźniał.

Co skłoniło panią, żeby poświęcić życie zawodowe pracy z dziećmi?

– Mówią, że każdy ma jakieś powołanie. Pediatrią zainteresowałam się na studiach. Gdy je kończyłam i szukałam pracy, wiedziałam już, że to na pewno ma być pediatria. Nie miałam w domu tradycji lekarskiej, bo moja mama nie pracowała, ojciec był inżynierem, jednak mama zajmowała się wspieraniem starszych osób w Wilanowie, gdzie mieszkaliśmy. I myślę, że była dla mnie wzorem troski o drugiego człowieka. Wybrałam pediatrię, bo była mi bliska. I teraz, po wielu latach pracy, wiem, że z całą pewnością wybrałam dobrze. Nigdy, absolutnie nigdy nie zmieniłabym swojego wyboru.

W pracy z dziećmi niesamowity jest optymizm, jaki jej towarzyszy. Dziecko, które ciężko choruje, jest marudne, ma dużo niekorzystnych objawów. Trzeba mu poświęcić wiele uwagi, czułości. A potem z dnia na dzień wstaje i biegnie do życia. Jak widzę zdrowiejące dziecko, które jeszcze wczoraj było ciężko chore, to naprawdę duża radość.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Poświęcony czas, który dajemy w miejscu wolontariatu, to czas, który wielokrotnie zwraca się nam w postaci dobrych emocji i przeżyć. Pomaganie wzmacnia i daje ogromną radość. Być może chodzi o endorfiny. Może to jest uzależnienie od endorfin. Człowiek ma dobre samopoczucie, bo wydaje mu się, że zrobił coś dobrego. My, Polacy, zrywy mamy świetne, tak jak teraz. Wszystko się dzieje, pokazujemy serce. Natomiast trochę brakuje nam wytrwałości. Warto pomagać długofalowo.

Rozmawiała Barbara Michałowska

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.