Znaleźliśmy azyl na plebanii

Od kilku dni do powiatu otwockiego docierają Ukraińcy, którzy uciekli przed piekłem wojny. – W nocy obudził nas huk wybuchów. Pakowaliśmy torby w pośpiechu i uciekaliśmy do Polski – mówi Hanna, która przyjechała do Otwocka z częścią rodziny. – Jestem dumna z mojego taty, że został walczyć za ojczyznę. Mama też nie przyjechała – dodaje ze łzami w oczach. 75-letnia pani Marija mówi ze smutkiem: – To straszne, że na stare lata musiałam uciekać z domu i z kraju. Nie chciałam jechać, ale rodzina wsadziła mnie do samochodu i bezpiecznie dotarłam do Otwocka – tłumaczy seniorka, która wraz z innymi kobietami i dziećmi znalazła schronienie w parafii na otwockich Kresach

AGNIESZKA JASKULSKA

W ostatnich dniach do Polski dotarło ponad 500 tysięcy uchodźców z Ukrainy, którzy uciekają przed rosyjską agresją na ich kraj. – Gdy mnóstwo kobiet i dzieci przekraczało polską granicę, w drugą stronę – na Ukrainę – jechało bardzo dużo samochodów z naszymi mężczyznami, którzy wracali do kraju, by walczyć za ojczyznę. Ten widok łamał nam serca – mówią Ukrainki, które kilka dni temu bezpiecznie dotarły do tymczasowego miejsca pobytu w Otwocku.

Kilkanaście osób znalazło schronienie w parafii Matki Bożej Królowej Polski na otwockich Kresach. – Nie każda plebania jest tak duża jak nasza i nie zawsze są możliwości, aby duchowni przyjęli uchodźców. U nas jest dużo miejsca, dlatego mogliśmy zapewnić schronienie osobom uciekającym przed wojną – podkreśla ksiądz proboszcz Jan Śmigasiewicz. I dodaje, że wiele osób zostaje na krótko. – U nas mogą odpocząć, zjeść, wyspać się i wreszcie poczuć bezpiecznie, często po kilkudniowej ciężkiej podróży. Niektórzy jadą potem dalej w głąb Europy, bo tam czeka na nich np. rodzina lub znajomi – tłumaczy ks. Śmigasiewicz.

Kilka dni temu do otwockiej parafii dotarło małżeństwo z Nigerii, które od kilku lat mieszkało w rejonie Odessy nad Morzem Czarnym. – To Ukraina nas połączyła – przyznaje 24-letnia Larysa, która przyjechała na Ukrainę kilka lat temu. – Poznaliśmy się z mężem na studiach. Niedługo potem wzięliśmy ślub, a sześć miesięcy temu na świat przyszedł nasz synek – mówi. Mimo że Larysa mieszkała razem z mężem na Ukrainie, oboje nie mieli ukraińskiego obywatelstwa. – W dniu, kiedy wybuchła wojna, nie wahaliśmy się ani chwili. Wiedzieliśmy, że musimy uciekać. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyliśmy w kierunku Polski. Podróż, która zajęła nam trzy dni, była trudna i przerażająca, zwłaszcza że mamy malutkie dziecko – tłumaczy Larysa. Małżeństwo z Nigerii nie zamierza zostać w Polsce. Jedzie do Niemiec, ale jeszcze nie wie dokładnie, gdzie się zatrzyma. Rodzina liczy na to, że pomogą jej znajomi.

29-letnia Julia uciekła przed wojną razem z dwumiesięczną córeczką Emilią. Przyjechały z okolic Lwowa. – Mój mąż Taras jest w obronie terytorialnej, został na Ukrainie, by walczyć. Wiele osób obawia się, że Białoruś również może zaatakować naszą ojczyznę – mówi Julia. I dodaje, że cały czas ma kontakt z mężem, co przynosi jej ulgę.

Natomiast pani Marija, która ma 75 lat, mieszkała w domu w Łucku. – Nie chciałam wyjeżdżać. Przecież niedługo będzie wiosna i trzeba zacząć robić porządki przy domu – mówi zatroskana kobieta. – Rodzina nie pozostawiła mi jednak wyboru. Wsadzili mnie do samochodu i przyjechałam do Otwocka z częścią bliskich, ale moi synowie i wnuki zostali na Ukrainie, by pomagać w przewożeniu pomocy humanitarnej i walczyć o kraj. Mój wnuk zapisał się do obrony terytorialnej – mówi ze łzami w oczach pani Marija. – To straszne, że na stare lata musiałam uciekać z ojczyzny. Bardzo chciałabym wrócić do domu, ale wiem, że długo nie będzie to możliwe – mówi seniorka, ocierając łzy. Pani Marija cały czas śledzi w telewizji to, co dzieje się na Ukrainie. Kobieta tak bardzo denerwuje się sytuacją w ojczyźnie, że musiała brać leki na obniżenie ciśnienia. – Myślałam, że przyjedziemy do Polski tylko na kilka dni, ale wygląda na to, że tak szybko nie wrócimy. Bardzo dziękujemy za pomoc i wsparcie, które zapewniają nam parafia i wszyscy Polacy – podkreśla pani Marija.

Na plebanię na Kresach dotarła także pani Ludmiła, która do Otwocka przyjechała z 14-letnią córką Darią i trzyletnim synkiem Ardenem. – Liczyliśmy, że sytuacja na Ukrainie się zmieni, ale gdy bomby zaczęły spadać blisko naszego domu, nie wahaliśmy się. W panice pakowaliśmy torby. W takiej sytuacji nie wiadomo, co ze sobą brać ani jak wytłumaczyć dzieciom, że trzeba uciekać z kraju, i jednocześnie ich nie przestraszyć. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i wsiedliśmy do samochodu. Było bardzo zimno – wspomina pani Ludmiła. I dodaje, że na granicy było bardzo dużo ludzi i czekali na odprawę 11 godzin. 14-letnia Daria bardzo przeżywa to, co spotkało jej naród. – Nie wszyscy zdążyli uciec. Na Ukrainie zostały moje przyjaciółki. Mam z nimi kontakt, ale bardzo boję się o ich życie – mówi ze łzami w oczach nastolatka.

Natomiast 26-letnia Hanna, która też przyjechała do Otwocka z Ukrainy, do tej pory trzymała się dzielnie. Jednak podczas rozmowy z dziennikarką „Linii” łzy same popłynęły. – Na Ukrainie zostali moi rodzice. Nie chcieli wyjeżdżać, chociaż nalegałam, ale tata powiedział mi, że nie zostawi swojego kraju. Jestem dumna, że został, aby walczyć za ojczyznę, chociaż to łamie mi serce. Bardzo boję się o swoich rodziców – płacze pani Hanna. – Dziękujemy za serce okazane moim rodakom. Nikt z nas nie spodziewał się, że w Polsce otrzyma taką pomoc, bezpieczeństwo i azyl – podkreśla kobieta. Pani Hanna bardzo dobrze zna język polski, bo kilka lat temu studiowała w naszym kraju.

Uchodźcom jest trudno pogodzić się z rosyjską agresją, która pochłonęła już wiele ofiar. – Na samym początku myśleliśmy, że Rosja chce przestraszyć Ukrainę, tak jak to robiła wcześniej. Nikt z nas nie przypuszczał, że lada dzień wybuchnie wojna i tysiące osób będzie musiało uciekać z kraju – przyznają uchodźcy.

Ksiądz proboszcz Jan Śmigasiewicz pociesza: – Nie jesteście sami. Ta trudna sytuacja pewnie jeszcze trochę potrwa, ale świat już sprzeciwił się militarnej agresji i takiego dużego poruszenia jak w przypadku Ukrainy jeszcze nie było – podkreśla proboszcz parafii na otwockich Kresach. – Staramy się zapewnić uciekającym przed wojną kobietom i dzieciom takie warunki, aby ten czas pobytu u nas był normalny, żeby mogli trochę oderwać się od wiadomości wojennych i nie funkcjonować w stresie – tłumaczy proboszcz Śmigasiewicz.

W parafii niczego nie brakuje, bo pomoc od ludzi dobrej woli napływa każdego dnia. „Linia” zapytała, czy coś jest jednak potrzebne. – Mamy wszystko, co najważniejsze, bo nie brakuje ludzi dobrej woli. Na przykład dziś ktoś z Sulejówka przywiózł na plebanię dwa duże gary przepysznej zupy, za co bardzo dziękujemy – podkreśla proboszcz. W pomoc na plebanii zaangażowana jest także Beata Olszewska, wolontariuszka, która dwoi się i troi, aby uchodźcom niczego nie brakowało.

Takich wolontariuszy w powiecie otwockim jest wielu, bo każdego dnia przyjeżdżają do nas Ukraińcy, którzy uciekli przed wojną. Część osób znalazła schronienie w prywatnych domach udostępnionych przez mieszkańców np. Otwocka, Józefowa czy Wiązowny, inni trafili np. do szkół podstawowych w różnych gminach, gdzie samorządy przygotowały dla uchodźców tymczasowe miejsce pobytu.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.