Nie lubię się nudzić

Wśród 10 piosenkarzy biorących udział w krajowych eliminacjach do Konkursu Piosenki Eurowizji 2022 znalazła się pochodząca z Sobień-Jezior Karolina Stanisławczyk. Artystka zaśpiewała utwór „Move” w duecie z Kolumbijką Torą Chicą. Nie wygrały, ale ten występ z pewnością pomoże w karierze młodej wokalistce, która ma już na koncie jeden przebój – piosenkę „Cliché”

Z KAROLINĄ STANISŁAWCZYK rozmawia Przemek Skoczek

Występ w preselekcji do Eurowizji to dla ciebie sukces czy tylko etap w karierze?

– Zdecydowanie etap, po prostu kolejne doświadczenie, ciekawe i ważne. Lubię ten konkurs, mimo jego kontrowersyjności, ale nie wiem, czy byłam teraz w pełni gotowa. Mój duet z Torą to pomysł wydawcy. Wyszło fajnie, energetycznie. „Move” to taki typowy portorykański reggaeton. Latynoskie rytmy cały czas są w modzie, choć od „Despacito” minęło już parę ładnych lat. Jednak nie jest to do końca mój klimat i raczej nie będę szła w tym kierunku. Być może w przyszłości zaproponuję coś naprawdę mojego na krajowych eliminacjach Eurowizji.

Można zakwalifikować cię jako wokalistkę popową, czy widzisz to trochę inaczej?

– Zdecydowanie gram popowo, choć bardzo lubię muzykę alternatywną i chciałabym skręcać nieco w tę stronę. To trudniejsze, ale daje też więcej satysfakcji. Grając alternatywny pop z domieszką rocka, można odnieść sukces, czego dowodem jest choćby Daria Zawiałow. Długo pracowała na swój sukces i bardzo mi się podoba to, co robi.

Krótko mówiąc, nie chcesz iść najprostszą ścieżką?

– W muzyce nigdy nic nie jest pewne i lepiej z góry nie nastawiać się na nic. Dużo dzieje się przypadkiem. Robiąc płytę z kilkunastoma piosenkami, mamy swój typ na singiel promujący album, tymczasem okazuje się, że producent stawia na zupełnie inny utwór, którego my byśmy nie wybrali. I on faktycznie osiąga sukces. Nie ma przepisu na hit. Wyznaję zasadę, by po prostu robić dobrze swoje, być w tym prawdziwym, szczerym, bo ludzie wyczują fałsz, a nie lubią być oszukiwani. I taka sztuka zawsze znajdzie odbiorców. To lepsze niż próbowanie skroić coś pod publiczkę.

 Jesteś bardzo młoda, masz 21 lat, ale wykazujesz dojrzałe myślenie.

– To pewnie dlatego, że przygodę z muzyką zaczęłam w wieku 12 lat i mam w sumie spore doświadczenie (śmiech). Pochodzę z Sobień, stamtąd miałam bliżej do Garwolina niż Otwocka i tam chodziłam do szkoły muzycznej, ucząc się aktorstwa i wokalu. Mieliśmy wiele wspaniałych warsztatów. Od początku sporo występowaliśmy na żywo, właściwie co miesiąc odbywały się koncerty dla rodziny i znajomych. Cieszyły się dużą popularnością. To zawsze był dla mnie pewien ceremoniał. Oswajały mnie ze sceną i publicznością. Bardzo ciepło wspominam tamten czas. W dzieciństwie kilka razy uczestniczyłam także w konkursach wokalnych w Karczewie i w Powiatowym Młodzieżowym Domu Kultury w Otwocku. Na obu zajęłam drugie miejsce.

Rozważałam nawet liceum w Otwocku, ale ostatecznie wybrałam ogólniak w Warszawie, bo był tam profil muzyczny i równolegle chodziłam do szkoły muzycznej. Wtedy miałam prawdziwego hopla na tym punkcie, marzenie o karierze mnie nakręcało. Były takie dwa lata, gdy oprócz nauki w obu warszawskich szkołach jeździłam jeszcze na zajęcia w szkole muzycznej w Garwolinie. Nie wiem, jakim cudem udawało mi się to wszystko pogodzić. To chyba dlatego, że nie lubię się nudzić! (śmiech).

Patronem twojej szkoły muzycznej jest Krzysztof Komeda. Mieliście zajęcia z jazzu?

– Tak. Niestety. Nie lubię jazzu, choć wiem, że to muzyka niezwykle rozwijająca i dająca nieograniczone możliwości. Mam jednak trudność z dominującą w tym gatunku improwizacją. Nie da się zagrać dwa razy tak samo koncertu, nawet jednej piosenki, zawsze w pewnej chwili muzycy gdzieś skręcają i odlatują.

I to jest w jazzie najpiękniejsze!

– Może jeszcze do tego nie dojrzałam? (śmiech). W szkole uczyliśmy się historii popu, rocka, jazzu i na ten jazz zawsze był szczególny nacisk. A wiadomo, jak jest w szkole – im większe wymagania, tym mniej się chce. To taki młodzieńczy bunt. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na razie nie odnalazłam w jazzie inspiracji dla swojej twórczości.

Czego zatem słuchasz na co dzień? Jakich masz idoli?

– Najbardziej chyba lubię amerykański zespół The Neighbourhood, grają indie rocka i alternatywny pop. Uwielbiam też Nirvanę i bardzo żałuję, że Kurt Cobain tak młodo odszedł. Jestem bardzo ciekawa, co jeszcze mógł wymyślić, co nagrać. Lubię słuchać nowoczesnych przebojów, ale też niezwykle szanuję Madonnę. Działa od tak dawna, mody i style się zmieniały, a ona w każdej dekadzie miała jakieś hity. Lubię też hip-hop i popularny teraz urban style. Staram się czerpać z różnych gatunków.

Ciężka praca i nauka już przynoszą efekty. Jak wskoczyłaś do branży?

– Zaczęłam robić swoją muzykę dość wcześnie. I walczyłam o marzenia. Udawało się to między innymi dzięki stałemu wsparciu rodziny, która nawet w chwilach zwątpienia pchała mnie do przodu. Starałam się przebić ze swoją twórczością i w pewnym momencie poznałam producenta Jonatana Chmielewskiego, który przedstawił mnie znajomemu prowadzącemu swoją wytwórnię. Zaskoczyło, dogadaliśmy się i podpisaliśmy kontrakt. Tak to się zaczęło. W ubiegłym roku ukazał się mój debiutancki singiel „Cliché”, a wkrótce potem album pod tym samym tytułem.

Start miałam niezły. „Cliché”, który nawiązuje stylistyką do największych polskich przebojów lat 80., ma jak dotąd ponad 10 milionów wyświetleń na YouTube. Nie ukrywamy inspiracji twórczością Bajmu i Beaty Kozidrak, dlatego w naszą piosenkę jest wpleciony fragment linii melodyjnej z „Co mi, panie, dasz”. Wiem, że pani Beata dobrze to przyjęła, w jednym z wywiadów radiowych mówiła, że „Cliché” jej się podoba i cieszy ją, że inspiruje młode pokolenie muzyków. To było bardzo miłe.

Zaczęłaś karierę w środku pandemii. Teraz stoimy w obliczu wojny. Jak odnajdujesz się w tym trudnym czasie?

– Pandemia sprawiła, że nie mogliśmy grać koncertów, co pozbawiło nas kontaktu z publicznością i sceną. To było frustrujące. Poza tym dziś, gdy sprzedaż płyt jest marginalna, to przede wszystkim koncerty pozwalają muzykom zarabiać. Jakoś jednak przetrwaliśmy. Teraz, po ataku Rosji na Ukrainę, jest mi bardzo smutno i boję się tego, co może nas czekać. Jestem dość wrażliwą osobą i bardzo przeżywam to, co się dzieje. Nie sposób pogodzić się z tym wszystkim. Straszne, że ludzie nie uczą się na błędach przeszłości. To szaleństwo, ale musimy pomagać i starać się żyć dalej.

Jakie są twoje dalsze muzyczne plany?

– Na pewno nie obrastam w piórka. Wejść do branży nie jest łatwo, ale jeszcze trudniej się utrzymać i powtórzyć sukces. Na razie mam ten jeden przebój, kilka innych piosenek, w tym „Move”, więc jestem jakoś obecna w mediach, ale idziemy do przodu i intensywnie pracujemy nad nową płytą. Mam teraz nowego menadżera koncertowego i trochę zmieniłam skład zespołu. Przede wszystkim dołączył do nas gitarzysta Jakub Laszuk, o czym od dawna marzyłam. Kuba jest z Otwocka, prywatnie od dawna się przyjaźnimy, a znamy się jeszcze ze szkoły muzycznej. Zawsze byłam pod wielkim wrażeniem jego talentu i wyobraźni muzycznej.

Mam już kilka nowych piosenek. Teksty piszę sama, zawsze po polsku, lepiej mi się w ten sposób wyrażać. Melodie do nich grają mi w głowie, czasem sobie coś brzdąkam na pianinie, bo uczyłam się gry przez krótki czas, jednak w tej materii potrzebuję profesjonalistów, którzy moje pomysły zamienią w muzykę. Myślę, że niebawem wypuścimy nowy singiel. Z kolejną płytą się nie spieszę, bo chcę zrobić album bardziej spójny niż „Cliché”. Gdy go tworzyłam, wciąż byłam na etapie poszukiwania swojego stylu, sprawdzałam różne klimaty i to na tej płycie słychać. Teraz chyba już wiem, czego chcę, i działam bardziej świadomie. Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie. I nie mogę się doczekać koncertów, mam nadzieję, że ten rok mimo wszystko pozwoli nam pograć na żywo. Z chęcią wystąpię dla publiczności w Otwocku, Józefowie i okolicach, więc czekam na jakieś zaproszenia!

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.