Chcemy dać im namiastkę normalności

Jednym z miejsc, w których uchodźcy z Ukrainy znaleźli schronienie, jest Ognisko Wychowawcze „Świder” im. Kazimierza Lisieckiego „Dziadka” w Otwocku. Przed weekendem mieszkało tam ok. 100 osób. Pomagają im pracownicy PCPR w Otwocku i wolontariusze

BARBARA MICHAŁOWSKA

Przed budynkiem Ogniska Wychowawczego „Świder” im. Kazimierza Lisieckiego „Dziadka” widać wzmożony ruch. W środku młyn. Choć w ośrodku zakwaterowano już kilkadziesiąt osób, wciąż trwają prace związane z tym, by miejsce było jeszcze bardziej przyjazne dla przyjezdnych.

– Tu jest strefa z komputerem i Wi-Fi. Niektórzy cały czas siedzą z telefonem w ręku  sprawdzają bieżące wiadomości na temat ich kraju i sytuacji ich bliskich, zarówno tych walczących, jak i czekających na możliwość ucieczki z Ukrainy – mówi Katarzyna Grott, psycholog  pracująca w PCPR i koordynatorka tutejszych wolontariuszy. Dalej w korytarzu jest kilka przytulnych sal dla dzieci z domów dziecka, które co prawda jeszcze nie dotarły, ale miejsca już na nie czekają.

Z relacji dyrektor PCPR Małgorzaty Woźnickiej wynika, że grupy dzieci, które kilka dni wcześniej miały tu zamieszkać, zostały ostatecznie skierowane do innych miejsc. Na razie więc w „Dziadku” schronienie znajdują rodziny z dziećmi. Obiekt może pomieścić ok. 130 osób. Pod koniec ubiegłego tygodnia było zajętych niemal sto łóżek. I czekano na kolejnych gości.

Po drugiej stronie wejścia do ośrodka urządzono stołówkę, z kolei salę gimnastyczną zamieniono w dużą noclegownię. Jest też salka dla dzieci. Widać, że wszystko działa sprawnie.

Bezcenna pomoc wolontariuszy

Ta dobra organizacja to zasługa pracowników PCPR i wolontariuszy, którzy robią  tu właściwie wszystko. Od segregowania darów, przez pomoc w opiece nad dziećmi, wydawanie posiłków czy szykowanie miejsc dla kolejnych grup przybywających do „Dziadka”. Ich pomoc jest nieoceniona, co podkreśla także Kinga Błaszczyk, członek Zarządu Powiatu Otwockiego, która nadzoruje działanie tej placówki: – Oczywiście, punkt noclegowy utworzył samorząd. Ale bez wolontariuszy nie udałoby się go tak wspaniale zorganizować – przekonuje. – Wolontariusze, którzy tu pracują, zasługują na podziw i szacunek. Robią naprawdę dobrą robotę – podkreśla Kinga Błaszczyk.

Sami wolontariusze raczej nie chwalą się swoją pracą. Uważają, że po prostu robią to, co teraz trzeba. – Mam czas, a to, jak się okazuje, również bardzo potrzebny „towar” – mówi wolontariuszka Olga, która przez wiele lat pracowała jako prawnik, a obecnie zajmuje się swoimi dziećmi. Właśnie w ramach wolontariatu segreguje podarowane uchodźcom artykuły higieniczne. – Czasem dobrze jest wyjść z domu i zrobić coś innego, ja w ten sposób oczyszczam głowę. Tu od podejmowania decyzji jest ktoś inny. Ja służę tylko rękami do wykonywania prostych prac. A takich rąk potrzeba teraz bardzo dużo.

Przed południem wolontariuszy jest zaledwie kilku. Więcej osób pomaga pod wieczór, kiedy skończą swoją pracę. Tak robi na przykład Sylwia, która jest przedszkolanką, a po godzinach przychodzi do „Dziadka”. – Pomoc jest teraz bardzo potrzebna – mówi. – Nie mogę udostępnić uchodźcom własnego mieszkania, więc pomagam w ten sposób.

Po godzinach w ramach wolontariatu pomagają także pracownice PCPR. Nikt nie ma czasu na rozmowy, ciągle jest bardzo dużo pracy.

Z myślą o najmłodszych

Przed godziną przyjechał autokar. Wysiadło z niego 30 Ukraińców. Reszta ruszyła w dalszą podróż. W ośrodku od razu zrobiło się gwarno.

– Przyjeżdżają głównie matki z dziećmi. Mamy przygotowane też miejsca dla dzieci z domów dziecka ewakuowanych z Ukrainy. Naszykowaliśmy dla nich specjalne sale. Zostanie też przygotowana osobna sala zabaw dla dzieci, a w jej dawnym miejscu będzie pokój przechodni ze stołem, szafą i kanapą – opowiada Katarzyna Grott, psycholog i koordynatorka wolontariuszy.

Teraz największy ruch jest w świetlicy. Jeszcze dzień wcześniej pomieszczenie wypełniały stoły i kanapy. Teraz zrobiło się kolorowo i przestronnie. Kilkoro wolontariuszy rozstawia stoliki dla dzieci, układa zabawki, rozwija dywany.

– Wcześniej dzieci miały swój kącik w przejściu między salą a jadalnią. Ale jest ich coraz więcej i potrzeby rosną. Dlatego stworzyliśmy miejsce, gdzie będą mogły odpocząć i się pobawić. Celowo mamy tu małe i duże stoliki oraz wyposażenie dostosowane do dzieci w różnym wieku – mówi wolontariuszka Ania.

Na nowej świetlicy mają także odbywać się zajęcia plastyczne, muzyczne i taneczne. Wszystko po to, żeby dzieciaki się nie nudziły.

– Za chwilę, jak przyjedzie jeszcze grupa rodzin albo dzieci z domów dziecka, taka świetlica bardzo się przyda – dodaje wolontariuszka Wiesława.

Zapewnić trochę normalności

Pracownicy PCPR i wolontariusze chcą tu stworzyć osobom, które musiały uciekać przed wojną, namiastkę normalności. Uchodźcy przyjeżdżają często z jedną torbą, bez dokumentów ani planu, co dalej. Tu mają czas, żeby ochłonąć i wszystko sobie poukładać. – U nas w Dniepropietrowsku jest bardzo słabo. Nasz dom jeszcze stoi, ale codziennie słyszeliśmy, jak strzelają – mówią kobiety, które mieszkają w ośrodku. – A tu dostaliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Miejsce do spania, jedzenie, bezpieczeństwo – mówią. I pytają: – Jak się mówi „спасибо” po polsku? Dziękują na każdym kroku wszystkim pracownikom, wolontariuszom, nawet przypadkowo napotkanym Polakom. Ukrainki chętnie też włączają się do prac w ośrodku.

– Niektóre mają potrzebę, by coś robić. Tak sobie radzą z trudną sytuacją. Ale przede wszystkim w ten sposób chcą wyrazić wdzięczność za otrzymaną pomoc – mówi Katarzyna Grott. I opowiada: –  Każda z osób, czy to dorosły, czy dziecko, przyjeżdżających do nas przeżywa swoją traumatyczną historię ucieczki z własnego kraju. Ci ludzie z dnia na dzień zetknęli się z realnym zagrożeniem życia. Sam fakt długich godzin ucieczki, często w nieznane, jest sytuacją zagrożenia. Niedawno przyjechała do nas mama z małym dzieckiem ze wschodniej Ukrainy.  Byli w drodze do Olsztyna, ale ze względu na brak transportu zatrzymali się u nas na jedną noc. Mama i dziecko byli świadkami, jak ich mąż i ojciec zginął. Matka przeżywa traumę, jej zachowania są adekwatne do sytuacji i typowe dla tego, czego doświadczyła. Kiedy otworzyła się i opowiedziała, co przeżyli, jedna z wolontariuszek postanowiła im pomóc i zabrać do siebie na tę jedną noc. Teraz, gdy już są w Olsztynie, dałam kontakt do psychotraumatologa, by od razu podjął z nimi współpracę – mówi. – Ludzie, którzy tu docierają, są w różnym stanie psychicznym, mają za sobą traumatyczne przeżycia. Jedni chętniej się otwierają, inni wcale tego nie robią, co jest naturalną reakcją w tak kryzysowej sytuacji – dodaje. Osoby doświadczające traumy, szczególnie w sytuacji wojny, potrzebują pomocy interwentów kryzysowych, psychotraumatologów i psychologów. Ważny jest też życzliwy gest każdego z nas. No i wsparcie otoczenia. Tu na miejscu próbujemy pomóc przywrócić ludziom, którzy do nas trafiają, równowagę psychiczną, umiejętność samodzielnego radzenia sobie. To wymaga działań długofalowych. Na początek niezwykle ważne jest zapewnienie poczucia bezpieczeństwa, zredukowanie lęku  i wsparcie emocjonalne. Chcemy ludziom w potrzebie dać nie tylko realną, doraźną pomoc, lecz także nadzieję na poprawę sytuacji.

– Czasem przyjeżdżają na jedną lub kilka nocy i ruszają dalej do rodziny albo znajomych w innych częściach Polski, a także za granicą. Ale są też takie osoby, które nie mają tu nikogo, na początku są bezradne i muszą zastanowić się nad planami na najbliższy czas. Bo ile można mieszkać w takich warunkach jak tu, w sali gimnastycznej? To nie jest humanitarne – przekonuje Kinga Błaszczyk.

Oprócz bezpiecznego noclegu i ciepłych posiłków ośrodek zapewnia także pomoc w szukaniu zatrudnienia, stałego mieszkania czy transportu, a także zdobyciu najpotrzebniejszych rzeczy. Pracownicy PCPR i wolontariusze starają się, by każdy przyjezdny był zaopiekowany.

– Na to, by dostosować ten obiekt do potrzeb uchodźców, nie wydano ani złotówki z budżetu jakiegokolwiek samorządu – mówi inna wolontariuszka, która woli pozostać anonimowa. – Wszystko podarowali ludzie, od łóżek i pościeli, przez wyposażenie wnętrz, zabawki, po artykuły pierwszej potrzeby. Wszystko.

Wpadają kolejni darczyńcy. Przywieźli chemię i artykuły higieniczne. – Naszej firmy, której siedziba znajdowała się w Charkowie, już nie ma. W budynek trafił pocisk. Nie mogliśmy nic na to poradzić. Pomożemy chociaż tutaj – deklarują.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.