Wolontariat to nasza misja specjalna

Praca wolontariusza to najwspanialsza forma pomocy, jaką można sobie wyobrazić. Jedyną zapłatą za bezinteresowną pomoc jest uśmiech dziecka, wdzięczność osoby potrzebującej, uścisk dłoni i często łzy wzruszenia. W powiecie otwockim jest mnóstwo wolontariuszy, którzy zaangażowali się w pomoc uchodźcom z Ukrainy. Za każdym drobnym gestem niesienia pomocy kryje się człowiek. Jedni gotują obiady, inni przewożą rzeczy, pomagają załatwić formalności, wizytę u lekarza, uczą języka polskiego, pomagają zadbać o pupila. – Niesiemy pomoc tym, którzy teraz najbardziej jej potrzebują. To taka nasza misja specjalna – podkreślają wolontariusze w rozmowie z „Linią”

AGNIESZKA JASKULSKA

Wolontariusze to niezwykły sztab ludzi, których łączy jedno: bezinteresowne pomaganie. Obecnie ta pomoc jest skierowana do uchodźców z Ukrainy, którzy masowo docierają również do powiatu otwockiego, gdzie samorządy przygotowały dla nich tymczasowe azyle i miejsca pobytu.

 – Okazało się, że praca urzędników nie kończy się tylko na zawodowych obowiązkach, bo po godzinach nasi pracownicy angażują się w pomaganie uchodźcom. Nasze telefony dzwonią cały czas, zawsze coś jest potrzebne na już: nocleg, jedzenie, jakieś ubranie, wizyta u lekarza. Nikogo nie zostawiamy bez pomocy – podkreśla Krystyna Olesińska, rzeczniczka prasowa burmistrza Józefowa. Z samorządami współpracuje wiele organizacji i wolontariuszy. Każdy pomaga tak, jak potrafi i może. Jedni gotują obiady, inni pomagają w załatwianiu formalności, umawianiu wizyt lekarskich, jeszcze inni uczą języka polskiego, zapewniają nocleg, robią pranie, opiekują się dziećmi. Wolontariat jest jak misja specjalna, ale czasami nie jest łatwo pogodzić niesienie pomocy z życiem zawodowym i prywatnym. „Linia” zapytała o to wolontariuszy z powiatu otwockiego.

Ewa Jedynak z fundacji PRO HOMINI

Nasza fundacja jest od dawna zaangażowana w pomoc tym, którzy tego potrzebują. Bez wolontariuszy ta pomoc byłaby niemożliwa. Codziennie przygotowujemy posiłki dla uchodźców w jednej z otwockich restauracji, gdzie możemy gotować po godz. 16, po jej zamknięciu. Pracy jest bardzo dużo i do późnych godzin nocnych. Nasz sztab wolontariuszy to ponad 50 osób. Każdy jest zaangażowany w pomoc, ja także. Czasami nie wiem, czy mam rzucić obieranie ziemniaków lub smażenie naleśników i biec, aby odebrać transport darów, który przysłali do nas ludzie chcący pomóc. Dzwoni do nas mnóstwo osób z zagranicy. Koordynuję wiele działań fundacji, dlatego mój telefon dzwoni bez przerwy. Każdego dnia przygotowujemy kilkadziesiąt posiłków dla uchodźców, więc codziennie trzeba pojechać po świeże produkty, potem gotowe posiłki zawieźć do punktów w całym powiecie otwockim. Pracy jest bardzo dużo, a przecież wolontariusze mają też obowiązki zawodowe, rodziny. Nie jest łatwo to wszystko zgrać, ale się staramy. Obecnie nie mam życia osobistego, bo zawsze jest coś do zrobienia od rana do późnych godzin. Czasami zapomina się nawet o tym, żeby coś zjeść i zadbać o siebie. Ostatnio z wyczerpania trafiłam do szpitala, ale szybko stanęłam na nogi i nadal działam razem z wolontariuszami. Mamy bardzo dużą motywację, mimo że wiele rzeczy robimy na wariackich papierach. Wiemy jednak, że pomagamy tym, którzy są w kryzysowej sytuacji życiowej.

Barbara Galińska, kaligraf, działaczka z józefowskiej grupy „KobietyPro50+”

Nasza grupa bardzo aktywnie wspiera uchodźców, którzy przebywają w Józefowie. Tu jest dużo dzieci, dlatego chciałam przygotować dla nich coś specjalnego. Własnoręcznie narysowałam chyba największą w moim życiu kolorowankę o wymiarach pięć metrów na półtora metra. Składa się ona z dużej liczby małych rysunków, m.in. owoców, domków, drzew, postaci, roślin, łódek itp. Ukraińskie dzieci były zachwycone i mogły na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Wiele z nich chciało napisać na kolorowance swoje imię po polsku. Okazało się, że mamy też były zainteresowane nie tylko polskimi literami, lecz także nauką podstawowych polskich zwrotów. Dlatego własnoręcznie przygotowałam kolorowankę o wymiarach metr na półtora metra z alfabetem polsko-ukraińskim. To ściągawka zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Coraz więcej osób, nawet spoza powiatu otwockiego, prosi o ten alfabet.

Antoni Benedykt, przedsiębiorca z Karczewa

Mam punkt gastronomiczny i od dawna angażuję się w różne akcje charytatywne. Teraz jeszcze bardziej. Działam wspólnie z wolontariuszami, bo sam niewiele mógłbym zdziałać. Przygotowanie niemal stu posiłków dziennie jest pracochłonne. Codziennie wstaję przed godz. 6 i jadę z długą listą na zakupy, a potem zabieram się do gotowania. Staramy się codziennie przygotowywać coś innego, czasami gotujemy specjalne posiłki, np. bezglutenowe, ponieważ niektóre osoby są na diecie. Moja mama też pomaga, bo pracy jest bardzo dużo. Zazwyczaj mówi, żebym przyniósł worek ziemniaków, to obierze, będzie szybciej (śmiech). Część obiadów jest w pudełkach, które zawozimy w konkretne miejsca w powiecie otwockim. Na halę w Karczewie, gdzie są uchodźcy, zazwyczaj zawozimy obiad na blachach i wielki gar zupy. Uchodźcy są nam bardzo wdzięczni za każdą pomoc, którą otrzymują od wolontariuszy. Naszej firmie pomagają także klienci, którzy wykupują karnety na obiady. Dzięki tym pieniądzom nadal możemy pomagać, a wiadomo, że wszystko podrożało i małym firmom nie jest łatwo funkcjonować, zwłaszcza po obostrzeniach związanych z pandemią.

Marta Lacek, wolontariuszka ze schroniska w Celestynowie

W wolontariat zaangażowałam się jako dziecko i trwa to do dziś. Działam na rzecz zwierząt. Teraz, gdy do Polski przyjeżdża wielu uchodźców ze swoimi pupilami, pracy jest bardzo dużo, bo organizujemy różne akcje. Niedawno przygotowywaliśmy pakiety z żywnością i małą wyprawką dla zwierząt uchodźców, a trzeba działać szybko, bo wiele osób potrzebuje pomocy dla pupila podczas dalszej podróży, niektórzy tylko na kilka dni zatrzymują się w azylach w powiecie otwockim, a potem jadą dalej, w głąb kraju i za granicę. Kilka dni temu pomagałam Ukraince, która przyjechała do Celestynowa z dwoma dużymi psami. Okazało się, że zwierzęta nie mają paszportu, a czekała ich podróż do Szwajcarii, gdzie wymagane są czipy i dokumenty dla zwierząt. Pomogłam z wizytą u weterynarza i formalnościami. Na co dzień pracuję w firmie taty, więc czasami łatwiej jest mi urwać się z pracy i zająć wolontariatem. Tata jest wyrozumiały (śmiech). Kilka dni temu w nocy do schroniska w Celestynowie przyjechało kilkadziesiąt psów z Ukrainy. Wspólnie z innymi wolontariuszami zajęliśmy się nimi.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.