Kamienica to nasz drugi dom

Justyna Sieńczyłło i Emilian Kamiński to mieszkająca w Józefowie aktorska para. Od 13 lat prowadzą w Warszawie popularny Teatr Kamienica. Jest ich oczkiem w głowie i niezmiennie wielką pasją, choć ostatnie dwa lata nie rozpieszczały artystów. O pracy w teatrze, społecznym zacięciu i dawaniu nadziei w tym trudnym czasie JUSTYNA SIEŃCZYŁŁO i EMILIAN KAMIŃSKI opowiadają w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

Co słychać w Kamienicy?

Emilian Kamiński: – Dziś wracam prosto z próby bajki o Koperniku, która ma przybliżyć dzieciom postać naszego astronoma, ale też przynieść trochę wiedzy o Układzie Słonecznym. Jest dobrze napisana, wierszowana, zabawna, mądra. Jestem pewien, że spodoba się młodym widzom i porwie ich w kosmos! W poprzednią niedzielę wystawiliśmy bajkę dla dzieci z Ukrainy, była tłumaczona na żywo. Gdy te maluchy do nas przyszły, były cichutkie, wylęknione, a po spektaklu głośne, radosne, rozbawione. Miały klaunów, szczudlarzy, malowanie buziek, mogły wejść na scenę. Miło było widzieć tę przemianę, wiedzieć, że na ten krótki czas zapomniały o okropnościach wojny, o tej złej bajce, o której niech jak najszybciej zapomną.

Justyna Sieńczyłło: – Ponadto po mojej prośbie w dwa dni szkoły w Józefowie i dom kultury zebrały mnóstwo zabawek i słodyczy, z których zrobiliśmy paczki dla tych dzieci. Były przeszczęśliwe! Cały czas angażujemy się w pomoc. Pochłaniają nas teraz przygotowania do urodzinowego koncertu charytatywnego „Szczęśliwa trzynastka”, który odbędzie się już w najbliższą środę, 23 marca i będzie dedykowany walczącej Ukrainie. Cały dochód chcemy przekazać na pomoc uchodźcom. Wystąpią wspaniali, rozśpiewani artyści, między innymi: Joanna Liszowska, Maciej Miecznikowski, Michał Milowicz, Robert Rozmus, Kacper Kuszewski i wielu innych. Będzie też artystka z Ukrainy. Zapraszamy serdecznie do Teatru Kamienica, ale też przed monitory, ponieważ koncert będzie streamingowany, a dostęp do niego zapewnia wykupienie cegiełki.

Czy ta wojna znajduje już odbicie w sztuce? Powstają spektakle odwołujące się do niej?

E.K.: – Sądzę, że na to jeszcze za wcześnie, to przed nami. Na pewno stanie się tematem dla twórców. Teraz jednak, gdy tragedia trwa, nie chcemy opowiadać o wojnie, lecz odwrotnie – pozwolić na oderwanie się od niej. Chcemy dawać nadzieję i siłę, dostarczać chwilę refleksji, ale też rozrywki, tej mądrej rozrywki.

To chyba specjalność Teatru Kamienica?

J.S.: – Każdy teatr ma własny profil. W naszym repertuarze dominują tak zwane mądre komedie, które bawią i budzą śmiech, ale dają do myślenia. One pozwalają odreagowywać rzeczywistość. Tego oczekuje od nas ogromna większość widzów.

E.K.: – Oczywiście mamy też spektakle poruszające ważne kwestie społeczne, my nazywamy je misyjnymi. To na przykład spektakl „Dopalacze” dla młodzieży. Gramy także „My dzieci z dworca ZOO” oraz „Wszechmocni w sieci” o zagrożeniu hejtem w internecie. One wszystkie poruszają, budzą niepokój, są ostrzeżeniem przed różnym złem, ale dają także nadzieję. Pokazują, że można się tego zła wystrzec, tylko trzeba być go świadomym. Widzę po tych przedstawieniach, że one działają na wyobraźnię młodych ludzi, poruszają ich. To ważne. Mamy także spektakle z nurtu obywatelskiego: „Pamiętnik z powstania warszawskiego” według Mirona Białoszewskiego, „Wrońca” traktującego o stanie wojennym na podstawie prozy Jacka Dukaja czy „Apel katyński” i wiele innych.

Od 13 lat prowadzą państwo jeden z zaledwie kilku prywatnych teatrów w Warszawie. Proszę powiedzieć, jak radzicie sobie w czasie pandemii?

E.K.: – Teatr siadł, to niewątpliwe. Przed pandemią mieliśmy początek najlepszego sezonu w historii, sześć premier w planie, najwięcej ze wszystkich polskich teatrów. Zapowiadało się wyśmienicie, bilety sprzedawały się na dwa miesiące wcześniej. Aż przyszedł marzec i ciach! Wszystko padło.

J.S.: – Musieliśmy wziąć na chwilę kredyt, na szczęście uratowały nas tarcze rządowe. Potem były momenty lepsze i gorsze, chwilowe powroty do normy i ponowne zamknięcia. Niestety nic nie zapowiada tego, że będzie łatwiej, ale bierzemy sobie za punkt honoru, by utrzymać nasz teatr i naszą Drużynę.

E.K.: – Mamy wspaniałą Drużynę, to oddani i zaangażowani ludzie. Dla nich i dla nas teatr jest jak drugi dom. Naszym problemem jest to, że nie mamy dotacji, jedynie niewielkie wsparcie jednego mecenasa. Musimy utrzymać się sami, czyli ze sprzedaży biletów. Gdy tej sprzedaży nie ma, bo odwołujemy spektakle, to jest tragedia. Musimy utrzymać ludzi, a zatrudniamy na etatach prawie 40 osób. Musimy zapłacić olbrzymi czynsz. Trudno to robić, gdy teatr nie gra. Jednak zawsze jesteśmy dobrej myśli i wierzymy, że wszystko będzie dobrze.

J.S.: – Dodam, że od kilku lat prowadzimy przy teatrze policealną dwuletnią szkołę rzemiosł artystycznych Kamarti. Uczymy operowania światłami, dźwiękiem, multimediami, czyli tej całej obsługi technicznej, ale nie tylko teatralnej. To wiedza przydatna do pracy w telewizji, na koncertach i innych eventach czy w radiu. Za działania tej szkoły też czujemy się odpowiedzialni.

E.K.: – Zawsze powtarzam, że Kamienica to więcej niż teatr. Wkładamy w to miejsce całe serce i chcemy, by nasi widzowie i goście wszelkich wydarzeń czuli się u nas dobrze. Każdego witamy z szacunkiem i radością, bo jesteśmy tu dla tych ludzi i dzięki tym ludziom. Bo gdyby nie kupiony przez nich bilet, nie byłoby nas. I wiem, że ludzie do nas wracają, lubią tu przebywać, chłonąć atmosferę tego historycznego miejsca. Kamienica ma już 130 lat i to czuć w jej starych murach.

Skąd wziął się w państwa życiu pomysł na teatr, aktorstwo?

E.K.: – U mnie zaczęło się dość przypadkowo. Byłem co prawda w szkolnym kółku teatralnym, ale głównie śpiewałem tam sobie z gitarą. Dopiero w klasie maturalnej wpadłem raz na kolegę, który ćwiczył jakąś rolę i opowiedział mi, że zdaje do szkoły teatralnej. Pojawiła się wtedy myśl, że to może być interesujące. Niedługo po tym w szkole odbywała się jakaś impreza gwiazdkowa i prowadziło ją trzech studentów szkoły teatralnej, między innymi Jerzy Radziwiłowicz. Koleżanki z klasy poprosiły ich, by mnie sprawdzili. Wzięli mnie pod prysznice obok sali gimnastycznej, bo tam była lepsza akustyka, i coś im zaśpiewałem. Spodobało się, zaprosili mnie więc do szkoły teatralnej i tam zrobili taki „próbny egzamin” przed innymi kolegami i koleżankami ze swojego roku. Po nim usłyszałem: „Chłopie, zdawaj do szkoły teatralnej, ale pamiętaj o tym, by nikt cię nie przygotowywał! Przygotuj się sam, bądź prawdziwkiem, bo tak będzie dobrze.”

J.S.: – Moja droga rozpoczęła się od tego, że rodzice zapisali mnie jako pięciolatkę do szkoły baletowej i muzycznej, uczyłam się grać na skrzypcach i gitarze. W drugiej klasie szkoły średniej trafiłam do teatru amatorskiego Klaps w moim rodzinnym Białymstoku. Prowadziła go przez prawie 50 lat niezwykła osoba, Antonina Sokołowska, którą wszyscy nazywaliśmy Panią Tosią. Poświęciła się pracy z młodzieżą i była w tym rewelacyjna. Gdy jej podopieczni szli potem na egzaminy do szkół teatralnych i mówili, że są z Klapsa, to zawsze słyszeli: „A, to ty na pewno się dostaniesz”. To Pani Tosia namówiła moich rodziców, by pozwolili mi zdawać do szkoły teatralnej. I miała rację, bo się dostałam (śmiech).

Oboje jesteście absolwentami warszawskiej PWST, ale nie mieliście szans spotkać się w szkole. Kiedy zatem skrzyżowały się te ścieżki?

E.K.: – Justynka jest ode mnie 16 lat młodsza, więc faktycznie nie było na to szans. Poznaliśmy się przy realizacji spektaklu „Na szkle malowane”, to było chyba rok po ukończeniu przez nią szkoły teatralnej. Zeswatała nas na scenie Krysia Janda i – jak się okazało – miała dobrą rękę, widząc w nas parę.

J.S.: – Jeśli chodzi o ścisłość, to pierwsze spotkanie mieliśmy już wcześniej, ponieważ jako 15-latka brałam udział w castingu do tytułowej roli w filmie „Szaleństwa panny Ewy”, gdzie Emilian grał jedną z głównych postaci. Dostałam się nawet do finałowej piątki i mieliśmy wspólne zdjęcia próbne. Ostatecznie mnie nie wybrano, ale to dobrze, bo pewnie wtedy nie bylibyśmy małżeństwem (śmiech).

Trudno być parą w życiu i na scenie?

E.K.: – Nigdy nie było to dla nas problemem. Mamy wspólną pasję, idziemy w jednym kierunku, bo żyjemy teatrem. To jest zresztą tak, że w teatrze rozmawiamy o domu, a w domu o teatrze (śmiech). Wspieramy się, czasem też spieramy, to normalne, ale dobrze się dogadujemy, bo przede wszystkim jesteśmy przyjaciółmi.

J.S.: – Życie jest za krótkie, by tracić je na spory i kłótnie. Ostatnie czasy, z pandemią, a teraz wojną, dobitnie nam to pokazały. Trzeba szanować każdy wspólny czas. Mamy nasz teatr, on nas w dużej mierze pochłania. Od pewnego czasu w jego prowadzeniu wspiera nas także starszy syn, Kajetan, który mimo wykształcenia w innym kierunku postanowił nas wesprzeć, widząc, ile pracy i zdrowia nas to kosztuje. Jego pomysły i pracowitość wzbudzają nasz podziw i dumę. Młodszy syn, Cyprian, maturzysta, stworzył stronę studia nagrań przy teatrze Kamienica.

E.K.: – Teatr kochamy, choć wysysa on sporo sił. Jednym z moich ulubionych profesorów na uczelni był Aleksander Bardini. Wspaniały, ciepły i mądry człowiek. Pod koniec czwartego roku poprosiłem go o jakieś słowo na pożegnanie. A on na to: „Emilian, synku, jeśli przyrównać szkołę teatralną do krowy, to wydoiłeś ją do końca. Ale teatr to jest świnia, mój synku!”

Jak widać, potrafił pan jednak tę świnię oswoić i nawet osiodłać. Pomogły w tym z pewnością wieloletnie doświadczenia wyniesione z pracy z największymi mistrzami polskiego teatru: Tadeuszem Łomnickim, Adamem Hanuszkiewiczem, Kazimierzem Dejmkiem, Kazimierzem Kutzem, Gustawem Holoubkiem.

E.K.: – Rzeczywiście miałem to szczęście i bardzo wiele im zawdzięczam. To byli ludzie wielkiej klasy i wrażliwości. Szczególnie wspominam pracę z Tadeuszem Łomnickim, którego uważam za najwybitniejszego polskiego aktora. Obdarzył mnie przyjaźnią, to dla mnie, wówczas młodzika, było bardzo ważne. Piękne rzeczy mi mówił, uczył mnie aktorstwa, uczył teatru, szacunku dla języka, dla tekstu. Był tytanem pracy. Gdy pracował nad spektaklem, powtarzał tekst nie 50, nie 100, ale 300 razy. By wszystko było idealnie skomponowane, by grało, miało energię. To też moja filozofia pracy, którą zawdzięczam właśnie Tadeuszowi Łomnickiemu.

Ja w ogóle bardzo żyję przeszłością. Ludzie, których spotkałem na swojej drodze, są wciąż w mojej głowie. Często młodzi aktorzy zachowują się tak, jakby teatr zaczynał się od nich, tu i teraz. To, co było wcześniej, jest nieważne. Takie podejście jest dla mnie niewłaściwe! To wszystko przecież trwa, przenosi z pokolenia na pokolenia, jesteśmy częścią pięknej tradycji i trzeba pamiętać o dawnych mistrzach. Tak jak chcemy, by kiedyś pamiętano o nas.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.