Znów można patrzeć na twarze widzów

Konrad Szymański ma 26 lat. W 2020 roku ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Ma angaż w Teatrze Dramatycznym, gdzie obecnie można oglądać go w trzech spektaklach. Pierwsze doświadczenia teatralne zdobywał na scenach Powiatowego Młodzieżowego Domu Kultury, otwockiego „Jaracza” i Miejskiego Ośrodka Kultury w Józefowie

O aktorskiej pasji i dotychczasowych doświadczeniach KONRAD SZYMAŃSKI opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem

Miło cię spotkać po latach, już jako zawodowca. O ile pamiętam, na otwockiej scenie spotkaliśmy się chyba w dwóch spektaklach.

– Na pewno pamiętam jeden. Zagrałem epizod homoseksualnego dostarczyciela pizzy w szalonej komedii „Oczy królika”. Reżyserował ją Krzysztof Czekajewski, który był moim pierwszym mentorem i wiele mu zawdzięczam. To on jako pierwszy pomógł mi spojrzeć dojrzalej na teatr, pokazał, że można się tym bawić i mieć z tego frajdę, być bardziej kreatywnym w budowaniu roli, a nie tylko robić to, co każe reżyser albo jest napisane w didaskaliach. Pamiętam, że byłem bardzo zaangażowany w te działania.

Pierwsze doświadczenia sceniczne zdobywałeś jednak nie jako aktor, ale muzyk.

– Zawsze byłem nadpobudliwym dzieckiem, więc próbowałem różnych rzeczy, od sportu po muzykę. Uprawiałem karate, akrobatykę, byłem w prawie wszystkich reprezentacjach szkolnych. No i chodziłem sześć lat do szkoły muzycznej w Otwocku na zajęcia z perkusji. Teraz myślę, że chyba przedawkowywałem cukier. Naprawdę! (śmiech). Poza tym od zawsze mam tak, że jak mi się coś podoba, to wolę być wśród wykonawców niż widzów. Grania na perkusji uczyła mnie Barbara Galas, świetna nauczycielka, ale dopiero w zespole, który założyliśmy z przyjaciółmi z liceum, poczułem, co to jest prawdziwe granie. To była rockowa grupa Pomelo i choć nie jestem typem rockmana, to granie sprawiało mi wielką radość. To była taka nowa i dzika energia. Do dziś lubię pograć na perkusji, ale już tylko dla siebie.

W którym momencie pojawiło się aktorstwo?

– Chodziłem wtedy do gimnazjum, do otwockiej „Czwórki”, miałem 15 lat, słuchałem rapu i byłem takim chłopakiem z podwórka, z nie najlepszą opinią w szkole. Uczyłem się nieźle, ale gorzej z zachowaniem. Miałem dużo uwag, nie mogłem usiedzieć na miejscu. Zapisywałem się do różnych kółek teatralnych, ale zawsze na krótko. Czułem, że tam nie pasuję. Pamiętam jednak pewną przełomową chwilę. Oto pewnego dnia dowiedziałem się, że w Otwocku jest realizowany projekt „Profilaktyka a teatr”. Poszedłem na casting do PMDK z kolegą, zaczęło się od pogadanki, którą prowadził policjant, który był też reżyserem. To było dziwne. Ciekawe, ale dziwne. No i my patrzyliśmy na to wtedy z lekką pogardą, bo jak to, z policją mamy coś robić?! Stwierdziliśmy, że wychodzimy.

I wtedy miała miejsce sytuacja trochę filmowa. Otóż podszedł do nas pewien pan, jak się potem okazało Grzegorz Jach, który odpowiadał za ten projekt, i spytał, czy może jednak nie zostaniemy, bo jest sporo dziewczyn, a mało chłopaków. Mój kolega stwierdził, że on leci, ale ja zostałem. Zwyciężyła ciekawość. Mimo ogromnego skrępowania i poczucia, że nie pasuję do tego wszystkiego, wygrałem casting i dostałem jedną z dwóch głównych ról. To była sztuka o narkomanach, dość wstrząsająca. Mieliśmy kilka tygodni prób, a potem taki set, że przez trzy dni graliśmy w PMDK trzy spektakle dziennie dla lokalnych szkół. Wtedy po raz pierwszy miałem namiastkę prawdziwej teatralnej pracy, wciągnęło mnie. Coś mi przeskoczyło w głowie i zmieniło moje myślenie. Przestałem się wstydzić, uwierzyłem w swoje możliwości. Do tego zamiast spodziewanego zlekceważenia wśród kumpli usłyszałem, że to fajne, podobało im się i w ogóle dobra robota. Sam temat też dał im do myślenia, więc i to mnie cieszyło. Tylko dzięki temu doświadczeniu odważyłem się później pójść do „Jaracza” i zacząłem grywać w otwockim teatrze amatorskim.

Kiedy poczułeś, że to coś więcej niż kolejne hobby?

– Coraz częściej było tak, że gdy z braku czasu musiałem wybierać między różnymi aktywnościami, to łatwiej mi było zrezygnować z siłowni albo perkusji niż prób w teatrze. Zaświtało mi w głowie, że może to jest jakiś pomysł dla mnie na przyszłość. To już było liceum, więc zaczynałem myśleć o tym, co chcę robić w życiu. Pomysł na studia aktorskie nie był jednak mój, ale mojej mamy. To ona zawsze mnie wspierała we wszystkich moich hobby, motywowała, pchała do działania. Tata też, ale on, jak to facet, w inny sposób, a mama zawsze robiła to z wielkim zaangażowaniem. I gdy zobaczyła, że aktorstwo jest dla mnie ważne, zaczęła mi wyszukiwać różne castingi, a wreszcie zachęciła do zdawania na studia teatralne i pomagała znaleźć kurs, który miał przygotować mnie do egzaminów.

Zdawałem do wszystkich czterech szkół państwowych w Warszawie, Łodzi, Krakowie i Wrocławiu. Nie dostałem się do żadnej za pierwszym razem. Postanowiłem spróbować ponownie za rok, a w tym czasie postudiować coś innego. I tu znów wkroczyła mama, która przekonała mnie, że skoro jestem zdecydowany na aktorstwo, nie ma sensu trwonić czasu i energii na inne rzeczy. W ten sposób trafiłem na rok do prywatnej Szkoły Machulskich. Miałem szczęście, bo dostałem się z pierwszego miejsca, co gwarantowało mi zniżkę w opłatach. Dość szybko dostałem tam pierwszą rolę w musicalu „Śluby panieńskie”. Podszedłem do nauki bardzo sumiennie, to był ważny czas obfitujący w cenne doświadczenia. Równocześnie weekendowo uczęszczałem na kurs przygotowawczy. Po roku dostałem się do Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Próbowałem znów do wszystkich szkół i szło mi nieźle, ale gdy już wiedziałem, że jestem przyjęty tutaj, odpuściłem pozostałe egzaminy. Chciałem studiować w Warszawie. Lubię ją, mam blisko do rodzinnego domu i to jednak miasto największych możliwości.

Które wykorzystujesz świetnie. Nie każdy tak szybko zdobywa angaż w warszawskim teatrze i ma na koncie ciekawą rolę filmową. Do tego jednak wrócimy. Opowiedz o latach studenckich.

– Przede wszystkim są to studia, które angażują na sto procent i zabierają niemal cały czas. Zajęcia trwają od rana do późnych godzin wieczornych. Bardzo ważna jest też integracja, więc w natłoku zajęć zawsze znajdował się czas na imprezy. Najbardziej pochłaniający był pierwszy rok. Nie miałem wtedy czasu na spotkania ze znajomymi spoza studiów ani dla rodziny. Szalony, ale świetny czas. Miałem zajęcia z takimi znakomitościami jak: Jan Englert, Wiesław Komasa, Zbigniew Zamachowski, Wojciech Malajkat, Cezary Kosiński, Andrzej Domalik, który był opiekunem mojego roku. Uczyła nas też Ania Sroka-Hryń, z którą na egzamin z piosenki aktorskiej przygotowaliśmy spektakl „Lunapark” bazujący na piosenkach Grzegorza Ciechowskiego. Tak bardzo spodobał się on Janowi Englertowi, że włączył go do repertuaru Teatru Narodowego, którego jest dyrektorem, i gramy go tam na scenie Studio już od trzech lat.

Szkoły teatralne mają też ciemną stronę. W ostatnich latach dużo mówi się o mobbingu ze strony niektórych wykładowców. Miałeś z tym styczność?

– Nie, nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Nigdy też na moich oczach nie wydarzyło się nic nieodpowiedniego w stosunku do kolegów i koleżanek z roku. Zwłaszcza koleżanek, bo przecież to przekraczanie granic dotyczyło przede wszystkim kobiet. Wydaje mi się, że byliśmy rokiem dość silnych osobowości, odpornych na takie zewnętrzne zagrożenia i nie dawaliśmy sobie wejść na głowę.

Miałeś na roku kogoś, kto już bardziej się wybił?

– Z pewnością Zuzanna Saporznikow, która jest aktorką Teatru Narodowego i gra tam m.in. w ważnym spektaklu „Sonata jesienna” z Danutą Stenką, ale ona jest rozpoznawalna głównie dla widzów teatralnych. Zdecydowanie najbardziej znana jest Vanessa Aleksander, która gra w serialach i zrobiła już kilka dużych filmów. Zagrała główne role w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i granym właśnie w kinach „Marcu ’68” Krzysztofa Langa. Ja zresztą też pojawiam się tam kilka razy epizodycznie jako student PWST.

Ty też masz na koncie sporą rolę filmową, ale ta produkcja nie miała chyba jeszcze premiery?

– Z pewnością masz na myśli film „Orzeł. Ostatni patrol” Jacka Bławuta. Niestety pandemia pokrzyżowała wszystkie plany. Nagrywaliśmy ponad dwa lata temu, zaraz po ukończeniu przeze mnie szkoły, i dotąd film nie trafił do kin. Czekam na premierę z utęsknieniem, bo to była niesamowita przygoda i bardzo jestem ciekaw efektu. To prawdziwa superprodukcja o okręcie podwodnym ORP „Orzeł”, który w czasie II wojny światowej wsławił się bohaterskimi czynami w starciach z niemiecką flotą i przepadł bez śladu. Do dziś nie odnaleziono wraku. Na potrzeby zdjęć stworzono wspaniałą scenografię, odwzorowując w hali wnętrze okrętu w skali jeden do jednego. To było kilka modułów zamocowanych na platformie hydraulicznej, która poruszając się, imitowała ruchy okrętu, na przykład podczas eksplodujących obok niego bomb. Granie w tym klaustrofobicznym wnętrzu było sporym przeżyciem. Myślę, że to będzie fascynująca historia również pod względem wizualnym, ponieważ Jacek Bławut, zanim zaczął reżyserować, przez wiele lat był operatorem filmowym. Obsada jest znakomita: Adam Woronowicz, Tomasz Ziętek, Mateusz Kościukiewicz, Antoni Pawlicki, Rafał Zawierucha.

Ja odtwarzam postać kadeta Eryka Sopoćki. Co ciekawe, w rzeczywistości nie brał on udziału w tym ostatnim patrolu „Orła”, choć pływał na nim wcześniej. Później był członkiem załogi niszczyciela ORP „Orkan” i zginął na nim podczas wojny. Jacek zdecydował się włączyć go do scenariusza, ponieważ to Eryk Sopoćko zdążył przed śmiercią nagłośnić historię okrętu i załogi ORP „Orzeł”. Napisał o nich książkę „Patrole Orła” i dzięki jego wspomnieniom zachowały się opisy codziennego życia i walk na takim okręcie, relacji między marynarzami. Fascynująca sprawa.

Najważniejszy dla ciebie pozostaje jednak teatr. Nie było problemu ze zdobyciem angażu?

– Miałem to szczęście, że już na czwartym roku pojawiła się propozycja grania. To czas, gdy przygotowuje się różne spektakle dyplomowe i na pokazy są zapraszani m.in. dyrektorzy teatrów, którzy chcą wypatrzeć ciekawych młodych aktorów. Zaproszono mnie na casting do spektaklu „Dziwny przypadek psa nocną porą” o nastolatku z zespołem Aspergera, który grano w Teatrze Dramatycznym. Szukano zastępstwa dla aktora, który nie czuł się już dobrze w roli 16-latka. Wygrałem ten casting, przydał się mój chłopięcy wygląd (śmiech). Premiera odbyła się zaraz po zakończeniu studiów i gram ten spektakl do dziś.

Co do angażu, to grając w Teatrze Dramatycznym, dostałem najpierw propozycję etatu z Teatru Współczesnego, ale nie przyjąłem jej, bo miałem wyidealizowaną wizję aktora niezależnego, wolnego w swoich wyborach. W tym przekonaniu utwierdziła mnie propozycja pana Macieja Englerta, dyrektora Teatru Współczesnego, żebym zagrał u niego w spektaklu gościnnie, co też uczyniłem. Byłem świeżo upieczonym aktorem, grałem bez etatu dwa spektakle w dwóch warszawskich teatrach. Do tego były już jakieś dubbingi. Superukład! Tylko nagle przyszła pandemia i okazało się, że bycie wolnym strzelcem nie ma szans. Na szczęście dosłownie kilka dni po ogłoszeniu lockdownu skontaktował się ze mną Tadeusz Słobodzianek, dyrektor Teatru Dramatycznego, i zaproponował mi stałą pracę, najpierw było to pół etatu. Tym razem oczywiście nie wahałem się ani chwili (śmiech).

Pandemia dała w kość artystom, ale najgorsze chyba już za wami. Czujesz, że wraca normalność?

– Zdecydowanie jest lepiej. Przede wszystkim od niedawna nie ma obowiązku noszenia maseczek i znów widać twarze ludzi, a co za tym idzie ich reakcje, uśmiechy, mimikę. Przez pandemię widzieliśmy tylko ich oczy. W „Kruku z Tower” gramy w małej sali, blisko widowni i ten kontakt jest bardzo ważny. Gorąco zapraszam na ten spektakl, porusza ważny temat trudnych relacji międzypokoleniowych w dobie internetu i osłabienia normalnych kontaktów między ludźmi. Gram zbuntowanego nastolatka, a moją matkę – wspaniała Katarzyna Herman. Myślę, że ta sztuka może pomóc wielu rodzicom i ich dzieciom w budowaniu mostów i wzajemnym zrozumieniu.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.