Planowaliśmy jechać do Hiszpanii, ale zostaliśmy tu

Natalia, nauczycielka języka angielskiego, mieszkała z mężem i siedmioletnimi bliźniakami w Krzemieńcu na Ukrainie. Uciekając przed wojną do Polski, planowali jechać dalej, do ciotki w Hiszpanii, ale 75-letnia babcia chłopców powiedziała, że nie da rady. – Kiedy wyły syreny alarmowe przed bombardowaniem, nie biegłam do piwnicy, chowałam się w wannie, bo każdy blok na Ukrainie to nie bunkier Putina tylko mogiła. Gdyby nie moje wnuki, nie wyjechałabym z ojczyzny – mówi przez łzy 75-letnia Ukrainka o imieniu Inna. Obecnie rodzina zaczęła nowe życie w Otwocku

AGNIESZKA JASKULSKA

Rodzina Natalii mieszkała w obwodzie tarnopolskim. Natalia z mężem i dziećmi w wielorodzinnym budynku, a babcia chłopców w bloku. Natalia uczyła języka angielskiego w kilku szkołach, a jej mąż, mimo że od 2009 roku choruje na stwardnienie rozsiane, również pracował w branży IT (technologia informatyczna).

– Kiedy zaczęła się wojna na Ukrainie, mieliśmy nadzieję, że to szybko się skończy, ale gdy rakiety zaczęły spadać blisko naszego miasta, postanowiliśmy uciekać do Polski. Mój mąż Oleksij nie mógł od razu wyjechać, bo musiał załatwić wiele formalności i domknąć różne sprawy zawodowe, dlatego pierwsza wyjechałam ja i dzieci – mówi Natalia. – Nasi bliźniacy Jurek i Jarosław byli bardzo przestraszeni tym, co się dzieje. Kilka razy w ciągu nocy ze snu wyrywały nas alarmy bombowe, żyliśmy w strachu. Dlatego nie zwlekaliśmy dłużej. Najważniejsze było zapewnienie naszym dzieciom bezpieczeństwa. Spakowaliśmy tylko podstawowe rzeczy, aby uciec przed wojną. Sąsiad zawiózł nas samochodem na granicę ukraińsko-polską, ale nawet gdy byliśmy już bezpieczni w Polsce, synowie nadal przeżywali to, co się działo w naszym kraju i często sprawdzali w telefonie alarmy bombowe. Dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy się wyciszać, chociaż to było trudne, bo na Ukrainie został mój niepełnosprawny mąż i mama, która wahała się, czy wyjechać – tłumaczy nauczycielka angielskiego.

Babcia bliźniaków, 75-letnia pani Inna dodaje: – Mieszkałam w dużym bloku. Byłam przerażona tym, co spotkało moją ojczyznę, że młodzi mężczyźni muszą umierać, miasta są równane z ziemią, a kraj zamienia się w zgliszcza. Aż pęka serce. Codziennie przez to płaczę, bo nie rozumiem, dlaczego tak się stało – mówi przez łzy seniorka. – Gdy wyły syreny alarmowe ostrzegające przed zbliżającymi się bombami, nie biegłam do piwnicy jak moi sąsiedzi. Blok mieszkalny to nie bunkier Putina, tylko jest jak mogiła. Dlatego chowałam się w wannie, bo wiedziałam, że jeśli w blok uderzy bomba, to i tak zginę – wspomina 75-letnia Ukrainka.

– Polska miała być dla nas tylko przystankiem – mówi Natalia. – Planowaliśmy jechać do ciotki w Hiszpanii, ale moja mama jest schorowana i ciągle powtarzała, że nie wytrzyma podróży, że to za daleko. Dlatego gdy przyjechaliśmy pociągiem do Warszawy, zdecydowaliśmy, że zostaniemy, chociaż nie mieliśmy gdzie się podziać. To wolontariusze skierowali mnie i synów do Otwocka. Zupełnie nie znaliśmy tego miasta – podkreśla mama bliźniaków. W tym czasie jej mąż nadal przebywał na Ukrainie. Mógł wyjechać z kraju dopiero po tym, gdy zgłosił się do punktu wojskowego, gdzie z uwagi na stan zdrowia wydano mu zgodę na wyjazd z kraju.

– Nawet gdybym chciał walczyć za ojczyznę i tak bym nie mógł, bo z wielkim trudem stoję na własnych nogach i poruszam się o lasce – mówi smutno Oleksij. – Wyjeżdżałem z ojczyzny z ogromnym smutkiem, bo nie wiem, czy kiedyś do niej jeszcze wrócimy – mówi mąż Natalii. – Moja podróż do Polski była bardzo trudna i samotna. Na szczęście spotkałem mnóstwo ludzi, którzy mi pomagali na każdym kroku, dawali jedzenie, wodę, przynosili krzesło, żebym odpoczął, pomagali wejść po schodach. Bardzo dziękuję wolontariuszom i wszystkim, którzy pomagają uchodźcom, zwłaszcza schorowanym lub w podeszłym wieku – podkreśla Oleksij, który po długim czasie dotarł do tymczasowego azylu w Otwocku, gdzie przebywała jego żona i dzieci.

Jako ostatnia do Otwocka przyjechała babcia chłopców. – Nie chciałam uciekać z własnego kraju, ale potrzebowała mnie rodzina, zwłaszcza wnuki. Gdyby nie Jarosław i Jurek, zostałabym na Ukrainie – tłumaczy 75-letnia Inna, która dopiero niedawno dołączyła do rodziny.

Rodzina Natalii przez miesiąc mieszkała w tymczasowym azylu przy ul. Mickiewicza. Sytuacja zmieniła się, gdy jeden z wolontariuszy zaproponował im samodzielne dwupokojowe mieszkanie w Świdrze. – Jesteśmy bardzo wdzięczni za ten piękny gest. Dzięki temu możemy zacząć życie od nowa – podkreśla Natalia. – Niedawno zaczęłam pracę jako nauczycielka angielskiego m.in. w Szkole Podstawowej nr 2 w Otwocku, gdzie stworzono klasy dla ukraińskich dzieci. Codziennie jeżdżę pociągiem do szkoły, która jest trochę daleko od naszego mieszkania, ale ta praca jest dla mnie bardzo ważna i cieszę się, że mogę uczyć w szkole – podkreśla nauczycielka. I dodaje, że choć jeszcze nie mówi po polsku, wszystko rozumie i szybko się uczy. Natomiast Oleksij szuka pracy w branży IT. Ze względu na stan zdrowia chciałby móc pracować zdalnie tak jak na Ukrainie.

Rodzina podkreśla, że dobrze im się żyje w Otwocku, ale tęsknią za Ukrainą i chcieliby kiedyś tam wrócić. Ich dom nadal stoi, ale nie wiadomo jaka będzie sytuacja za jakiś czas i czy będą mieli do czego wracać. – Bardzo dziękujemy Polakom za okazane serce, troskę, dobre słowo i opiekę na każdym kroku. Bez was byśmy sobie nie poradzili. Takiej pomocy, jaką dają Polacy, nie zapewnia żaden inny kraj. Ci, którzy pojechali w głąb Europy, od początku muszą radzić sobie sami, a to jest bardzo trudne, gdy jedzie się do obcego kraju, nie zna się języka i nie ma się nic poza kilkoma podstawowymi rzeczami. Bardzo dziękujemy za waszą dobroć – podkreślają Natalia i Oleksij.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.