Mistrzyni z Ukrainy mieszka ze swoimi dziećmi w Otwocku

Uliana Makoid kilka lat temu uciekała przed goniącymi ją rywalkami, teraz musiała uciekać z miasta i kraju, w którym się wychowała, przed piekłem wojny. Była mistrzyni Ukrainy w chodzie sportowym razem z dziećmi znalazła schronienie w Otwocku 

MARCIN SULIGA, LADA TYRINA

Dla mieszkającej w Tarnopolu niedaleko Lwowa Uliany Makoid już dużo wcześniej czwartek, 24 lutego miał być szczególną datą. Właśnie tego dnia miała zaplanowany egzamin na upragnione prawo jazdy. Zamiast udać się na test, jak większość jej rodaków musiała zastanawiać się, co wydarzy się w najbliższych godzinach, jaki los czeka ją i jej najbliższych. To wtedy Rosja postanowiła wkroczyć ze swoimi wojskami na Ukrainę.

–  Obudziliśmy się jak zawsze rano, włączyliśmy telewizor i nagle pojawił się komunikat, że wybuchła wojna. Byliśmy w szoku, trudno było uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Tydzień wcześniej w telewizji mówiono, że Rosja może nas zaatakować, ale każdy myślał, że to takie straszenie, że nic takiego się nie wydarzy… – przyznaje pani Uliana. – Jakiś czas po tym komunikacie po raz pierwszy zawyły syreny ostrzegające przed nalotami i wtedy zrozumieliśmy, że zaczyna się coś strasznego – mówi 35-latka.

Chaos i strach

Długo wyczekiwany egzamin na prawo jazdy w ogóle przestał się liczyć. – Dookoła zapanował chaos i strach. Ludzie nie wiedzieli, co mają robić. Jedni biegli do sklepów robić zapasy jedzenia, inni szukali jakiegoś środka transportu, by wydostać się z miasta – mówi pani Uliana. Ona razem z rodziną postanowiła udać się do domu letniskowego leżącego kilkanaście kilometrów od Tarnopola, by tam przeczekać pierwsze dni wojny. Wcześniej dojazd na działkę zajmował im zaledwie kilka minut, teraz drogi wylotowe z miasta były tak zakorkowane, że dystans 15 kilometrów pokonali w trzy godziny.

– Nasz domek nie leży daleko od miejsca, gdzie mieszkamy, ale uznaliśmy, że tam będzie bezpieczniej – mówi pani Uliana. – Mamy tam taką niedużą piwnicę i gdy pojawiały się kolejne alarmy, schodziliśmy do niej i czekaliśmy do ich odwołania. Przez ten cały czas spaliśmy w ubraniach, żeby być przygotowanym do ewentualnej ucieczki – wspomina.

Zmiana planów

Po pięciu dniach przeczekiwania i wsłuchiwania się, jak rozwija się sytuacja w kraju, ona i jej rodzina zdecydowali się wrócić do Tarnopola. – Nie wiedzieliśmy, co z pracą. Czy chcą, żebyśmy wracali, czy nie – opowiada kobieta. W rodzinnym domu spędzili dwa dni. W tym czasie widzieli próbę ostrzału terenów sportowych w Tarnopolu. Rosyjskie drony, które leciały nad miastem, zostały jednak unieszkodliwione i do bombardowania nie doszło. Te sceny sprawiły jednak, że kobieta wraz z dwójką dzieci, 10-letnią Angeliną i pięcioletnim Arsenem, postanowiła wyjechać.

– Początkowo wykupiliśmy bilety do Monachium, ale gdy dotarliśmy do Lwowa, postanowiłam, że pojedziemy bliżej, do Polski – mówi pani Uliana. Razem z żoną swojego brata wykupiły bilety przez Kraków do czeskiej Pragi. Podróż do stolicy Małopolski trwała półtorej doby, z czego 12 godzin zajął przystanek na granicy ukraińsko-polskiej. Pani Uliana wysiadła w Krakowie, a żona jej brata udała się do Czech. – Uznałam, że z Polski będzie mi bliżej do rodziny, dlatego właśnie tu zdecydowałam się zatrzymać – tłumaczy 35-latka. – Postanowiłam jednak, że nie zostaniemy w Krakowie, tylko pojedziemy dalej, do Warszawy – dodaje. W stolicy rodzinę przejęli pani Joanna i jej mąż Tomasz, którzy dali im dach nad głową w Otwocku.

Traumy wojny

Pani Uliana i jej dzieci w Polsce czują się bardzo dobrze, choć obrazy wojny zostaną z nimi na długo. Najbardziej przeżywają to dzieci, które na dźwięk nadlatującego samolotu nie potrafią ze spokojem spojrzeć w niebo. – Zwłaszcza pierwsze dni były trudne. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się niegroźne, teraz wywoływało strach. Próbowałam je uspokoić i mówić, że nic nam tu nie grozi, ale to wciąż jest dla nich trudne – przyznaje pani Uliana.

Sama też boi się o najbliższych. Na bieżąco stara się śledzić wiadomości z Ukrainy. Mimo że intensywność działań wojennych na zachodzie Ukrainy jest nieco mniejsza niż na wschodzie, pozostaje obawa, że to się zmieni. Sama była tego świadkiem, gdy na krótko wróciła do Lwowa. – Przyjechaliśmy dosłownie na kilka godzin po dokumenty, a w tym czasie widzieliśmy, jak Rosjanie próbowali ostrzelać Lwów – opowiada. – W kierunku miasta leciało sześć rakiet, ale jedną z nich zestrzelił ukraiński śmigłowiec – dodaje.

Pani Uliana w Tarnopolu zostawiła rodziców, męża i brata. Jej mąż Ihor wstąpił do obrony terytorialnej. Na razie w jej rodzinnym mieście jest względny spokój, choć codziennie rozlega się tam dźwięk syren ostrzegawczych. – Tęsknię za nimi i cały czas martwię się o nich. Gdy tylko jest to możliwe, kontaktujemy się z nimi, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku – opowiada pani Uliana. – Był taki moment, że ten niepokój nieco opadł, ale po tym, jak obejrzeliśmy obrazki z Buczy czy Borodianki, obawy znów urosły. Cały czas pozostaje niepewność, co może się wydarzyć. Co wymyślą przeklęci Rosjanie – przyznaje.

Wychodzone medale

Uliana Makoid przez kilka lat uprawiała lekkoatletykę, a konkretnie chód sportowy. Ma na koncie wiele sukcesów. W trakcie naszej rozmowy pokazuje zdjęcia z numerami startowymi, medalami i pamiątkowymi pucharami z okresu startów. Wśród nich są te najważniejsze z 2006 roku. Wtedy została mistrzynią swojego kraju na dystansie 20 kilometrów, a zaraz potem wraz z reprezentacją Ukrainy udała się do hiszpańskiej La Coruny na Puchar Świata. Tam indywidualnie zajęła 21. miejsce, ale drużynowo wywalczyła srebrny medal. – Sport zawsze był dla mnie bardzo istotny i jakoś się w nim spełniałam. Zaczynałam od biegania, ale potem przerzuciłam się na chód. Najpierw był dystans 10 kilometrów, ale okazało się, że mam niezłą wytrzymałość, i zaczęłam startować na dłuższych dystansach – opowiada pani Uliana.

Przez lata startowała w wielu zawodach, również międzynarodowych, na których ramię w ramię rywalizowała z zawodniczkami z Rosji. Jak sama przyznaje, wtedy nie było widać u nich żadnej wrogości wobec Ukraińców. Wszystko wydawało się normalne. Teraz widzi, że wiele rzeczy się zmieniło, i w pełni popiera wykluczenie zawodników Sbornej ze wszystkich dużych imprez sportowych. – To słuszna decyzja, która powinna zapaść wcześniej, bo w mojej ocenie wiele ich sukcesów opierało się na dopingu. Tak naprawdę powinni im wszystkiego zabronić – mówi Makoid, która w kraju została uhonorowana specjalnym wyróżnieniem dla wybitnych zawodników, nagrodą Zasłużonego Mistrza Sportu.

Nie zerwać ze sportem

Swoją karierę zawodniczą kontynuowała do 2009 roku. Później wyszła za mąż i urodziły się dzieci. – Pojawiły się nowe obowiązki i trzeba było się na nich skupić, choć nie wykluczam, że może jeszcze wrócę do treningów, bo ciągnie mnie do czynnego uprawiania sportu – przyznaje.

Pani Uliana po założeniu rodziny nie chciała całkowicie zrywać ze sportem. Do wybuchu wojny pracowała w szkole sportowej w Tarnopolu. Tam do jej obowiązków należało m.in. wypełnianie statystyk, organizacja imprez sportowych, a także ocena kwalifikacyjna dzieci przyjmowanych do szkoły. Poza tym zajmowała się trenowaniem małych dzieci i nauką pływania. Jak sama mówi, być może w Polsce mogłaby podjąć się podobnych zajęć, ale przeszkodą jest bariera językowa.

Czy wrócą?

Obecnie pracuje w Warszawie, gdzie zajmuje się sprzątaniem. Nie wie jeszcze, czy to praca tylko na chwilę, czy będzie szukała innego zajęcia zgodnego z jej kwalifikacjami. Wszystko zależy od tego, jak potoczy się sytuacja na Ukrainie. – Teraz nie mogę powiedzieć, czy zostaniemy tu na stałe, czy nie – zastanawia się pani Uliana. – Gdyby wojna się skończyła, z pewnością byśmy wrócili, ale zdaję sobie sprawę, że to wszystko raczej nie skończy się tak szybko, jak byśmy chcieli – uważa 35-latka.

Na razie domem jej i dzieci jest Otwock. Jak mówi, bardzo urzekło ją to podwarszawskie miasto. – Jest tu tyle zieleni, pięknych sosnowych lasów. Bardzo mi się tu podoba. Warszawa też jest piękna – przyznaje.

Zadowolone z pobytu są też jej dzieci. Arsen chodzi do jednego z tutejszych przedszkoli, a Angelina uczy się w jednej z otwockich szkół. Całej trójce starają się pomagać pan Tomasz i pani Joanna, którzy wzięli ich pod swój dach. – Jestem im naprawdę wdzięczna i nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam się odpłacić za dobro, którym nas otoczyli. Oni zrobili dla nas więcej niż często dla innych robi rodzina. To wspaniali ludzie i bardzo im za wszystko dziękuję – kończy.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.