Mama jest tylko jedna!

Dają nam życie, przez dziewięć miesięcy noszą pod sercem i w bólach wydają na świat. A to dopiero początek trudów wychowania. To nasze mamy, których święto obchodzimy 26 maja. Już w czasach starożytnych Grecy i Rzymianie otaczali kultem matki-boginie, symbole płodności i urodzaju. Dziś za poświęcenie i miłość wystarczy im prosta zapłata – ciepło, szacunek, pomoc. I przypomnienie, że też je kochamy. Z okazji Dnia Matki zebraliśmy kilka wspomnień o wyjątkowych kobietach, które poznajemy przez pryzmat opowieści ich dzieci

 

Kama Grott-Tomaszek, dyrektor Europejskiego Festiwalu Muzycznego w Otwocku, współzałożycielka Fundacji Promocji Kultury OtwArte, opowiada o mamie BARBARZE

Mama Kamy, Michała, Kasi i Kuby, babcia Mikołaja, Miłosza, Amelki, Mirona i Leo. Supermenka – to pierwsze określenie, które przychodzi mi do głowy, gdy myślę o mojej mamie. Moja mama zadziwia mnie każdego dnia i choć wydaje mi się, że znam ją na wskroś, to czasem odnoszę wrażenie, że naprawdę ma jakieś supermoce. To jedna z najbardziej dobrych i prawych osób, jakie znam. Jest konsekwentna i wytrwała, potrafi doprowadzić do końca wszelkie sprawy, w które wierzy. Bardzo mi to imponuje. Z drugiej strony ma wielką pokorę do życia i nawet gdy jest jej źle, potrafi to sobie poukładać i żyć spokojnie dalej. Nigdy nie odmawia pomocy, nawet czasem swoim kosztem. Od zawsze jesteśmy blisko, nie przeszłam tzw. okresu buntu, bardzo dużo rozmawiałyśmy, mówiłam jej dosłownie wszystko i w sumie tak jest do dzisiaj (nawet gdy mieszkałam kilka tysięcy kilometrów od domu rodzinnego, to prawie codziennie rozmawiałyśmy).

Z dzieciństwa pamiętam mamę jako prawdziwą kobietę sukcesu – wykreowała od zera i prowadziła prężnie działającą firmę (robi to z powodzeniem do dzisiaj), jeździła po świecie, a w domu była po prostu mamą, która zawsze miała dla nas czas. Dzisiaj ten czas jeszcze znajduje dla wnuków. Nie wiem, jak ona to robi. Mama zawsze dawała mi duże poczucie wolności, wspierała i akceptowała moje wybory (choć oczywiście czasem skomentowała coś dobitnie). Dała mi poczucie, że mogę wszystko. Mama jest wielkim społecznikiem, z potrzeby czynienia dobra, misji rozwoju kulturalnego Otwocka – naszej małej ojczyzny, 15 lat temu powołała do życia Fundację Promocji Kultury OtwArte. Fundację prowadzimy wspólnie i tworzymy świetny tandem, uzupełniamy się fantastycznie. Nie ukrywam, że podczas naszych rozmów czasem iskry lecą, obie mamy mocne charaktery, jednak zawsze dochodzimy do wspólnego mianownika. Chciałabym w jej wieku mieć tyle sił witalnych, zapału i radości z życia. No i chciałabym w jej wieku TAK wyglądać! Mogłabym jeszcze tak długo opowiadać o mojej mamie, ale zakończę tak: Moja mama jest najlepsza! Kocham cię, MAMO!

 

Wanda Góźdź opowiada o mamie REGINIE OSKROBIE, twórczyni piekarni Wanda

Wspomnienia związane z mamą? Odkąd pamiętam, życie rodziców toczyło się wokół firmy. Jak mało która kobieta mama zrobiła prawo jazdy kategorii C – na dużą ciężarówkę, dzięki czemu w czasach, gdy piekarnia sama musiała sprowadzać surowce, mogła jeździć do młyna po mąkę i rozwozić makowce czy serniki po okolicznych sklepach. A poza godzinami pracy ciężarówka służyła nam jako kołyska – podobno wystarczyło tylko odpalić silnik i lekko ruszyć po podwórku, żeby uśpić nawet najbardziej opornego niemowlaka! „Zawodowe” prawo jazdy było też przyczyną pełnych uznania słów i spojrzeń policjantów podczas każdej kontroli drogowej.

Wiosną chyba najbardziej mama kojarzy mi się z przepysznymi lodami, które sprzedawała w okienku: z każdym kupującym musiała zamienić choć parę słów i zawsze nakładała większe porcje, niż mógł unieść wafelek – wtedy też spieszyła z pomocą, dając drugi wafelek do podtrzymania pierwszego. Ze śmiechem zawsze opowiadała o swojej ciężkiej pracy, choćby o tym, jak wysiadała z pociągu z wielkimi torbami w kratę wypełnionymi po brzegi suszonymi morelami z bazaru Różyckiego, które były potrzebne do produkcji lodów. Ciągle w biegu i niesamowicie pracowita – pamiętam, że tęskniła za słońcem, gdy całymi dniami musiała pilnować firmowych spraw. Zdarzało się wtedy, że piekarze wystawiali jej leżak na tyły zakładu, gdzie korzystała z godzinnej przerwy, „smażąc się” w bikini. Zaskoczonym jej piękną opalenizną znajomym pytającym „Reginka, gdzie byłaś na urlopie?” odpowiadała ze śmiechem: „Za zakładem”.

Mamę lubią wszyscy – bliższa i dalsza rodzina, znajomi i znajomi znajomych… Nawet jeśli idzie gdzieś w zupełnie nowe miejsce, gdzie nikogo nie zna, za chwilę ze wszystkimi jest w najlepszej komitywie. Myślę, że to dlatego, że jest autentyczna, ciepła, szczera i bardzo wesoła. Zawsze chce dobrze wyglądać, nie rusza się nigdzie bez szminki i uwielbia się stroić, jest w tym taka kobieca! Niczego się nie boi i do wszystkich codziennych spraw podchodzi z entuzjazmem.

 

 Swoim wspomnieniem z dzieciństwa związanym z mamą IWONĄ dzieli się prezydent Otwocka Jarosław Margielski
fot. archiwum rodzinne

Sięgając pamięcią do lat dzieciństwa i wspomnień związanych z mamą, pamiętam dość dobrze sytuację, która wydarzyła się, kiedy miałem zaledwie trzy lata. Wtedy pierwszy raz rodzice zabrali mnie na Stadion 10-lecia w Warszawie, gdzie był tzw. jarmark Europa. Każdego weekendu było to miejsce oblegane przez dziesiątki tysięcy ludzi różnych narodowości.  Przemierzając wtedy z rodzicami koronę stadionu, powiedziałem mamie, że muszę do toalety. Mama poprosiła, abym chwilę zaczekał, bo w tym momencie rodzice kupowali bratu rower. Nie chcąc dłużej czekać i nie słuchając się mamy, przedarłem się między nogami ludzi w poszukiwaniu ustronnego miejsca. Niestety, gdy chciałem wrócić do mamy, nie mogłem Jej znaleźć i widziałem już tylko tłum obcych osób. Rozpłakałem się i krzyczałem: „Chcę do mamy!”. Jakiś ciemnej karnacji i obcej narodowości wysoki mężczyzna podszedł do mnie i powiedział, że poszuka ze mną mamy. Wziął mnie „na barana” i tak chodziliśmy około pół godziny po koronie stadionu.

Przez megafony zaczęto ogłaszać, że zostało porwane dziecko, i podawano mój rysopis. Pamiętam, że po jakimś czasie spodobało mi się chodzenie z tym panem „na barana”. Przestałem nawet płakać, ale nadal towarzyszyło mi śmiertelne przerażenie, że już nigdy nie zobaczę mamy. Dziś mam wrażenie, że te pół godziny trwało całą wieczność. W pewnym momencie w mijającym tłumie ludzi wypatrzyłem z daleka krzyczącą i szukającą mnie w rozpaczy mamę. Powiedziałem do pana, który niósł mnie „na barana”, „Moja mama!” i zacząłem ją wołać. Zrozpaczona mama zamiast podziękować temu panu, zaczęła szarpać go i krzyczeć, że to porywacz i porwał Jej dziecko, zanim on zdążył coś powiedzieć.

Z tych wszystkich emocji mama po chwili zasłabła. Bardzo szybko przyjechało pogotowie i wszystko dobrze się skończyło, niestety nie dla mojego ośmioletniego wówczas brata, któremu tego dnia z powodu mojego zaginięcia rodzice nie kupili roweru…

Pamiętam bardzo dobrze ten moment, kiedy zobaczyłem i odnalazłem mamę. Dla mnie jako trzyletniego dziecka musiało to być bardzo silne przeżycie, bo do dziś, po upływie przeszło 32 lat, dość dobrze pamiętam całą tę sytuację. Dla mojej mamy było to traumatyczne przeżycie i do dziś wspomina, jak niewyobrażalna rozpacz, bezsilność, bezradność i pustka towarzyszyły Jej w tamtej chwili. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Tylko po tym zdarzeniu rodzice nie zabierali nas już więcej na Stadion 10-lecia.

 

Złota medalistka mistrzostw Europy w pchnięciu kulą Paulina Guba mówi, co zawdzięcza swojej mamie RENACIE, która jest pielęgniarką i współpracuje m.in. z otwockim hospicjum dla dzieci „Promyczek”

Nie będę ukrywać, że bardzo dużo zawdzięczam mojej mamie, jeśli chodzi o moją karierę sportową. Oczywiście ona z tatą wspólnie podjęli decyzję o tym, żeby przyprowadzić mnie na pierwsze treningi, ale myślę, że to jej cechy charakteru, które starała mi się przekazać, pozwoliły mi nie tylko pozostać przy sporcie, lecz także w nim zaistnieć. Od małego dbała o to, żebym była poukładana, sumienna i systematyczna. Zawsze prosiła, abym nie odkładała wszystkich rzeczy na ostatnią chwilę. Dlatego gdy jadę na zawody, to już dzień przed wcześniej mam spakowaną torbę, a potem jeszcze ze dwa razy sprawdzam, czy wszystko jest, czy niczego nie zapomniałam, żeby później niepotrzebnie się nie denerwować.

Mama jest moją najlepszą i najważniejszą przyjaciółką. Jak coś idzie źle, gdy nie wyjdą mi jakieś zawody, to wiadomo, że pierwszy telefon wykonam do mamy. To zawsze pomaga. Mama wspiera mnie nie tylko w tych gorszych, ale i lepszych chwilach. Kiedy zdobyłam złoty medal w Berlinie i mama dowiedziała się, że będą mogli być na trybunach w trakcie dekoracji, obudziła tatę w środku nocy i zakomunikowała mu, że za moment wyruszają do Niemiec, by na żywo zobaczyć, jak staję na najwyższym stopniu podium mistrzostw Europy.

Zawodowo mama pracuje jako pielęgniarka, na co dzień pomagając innym. Podziwiam ją za to, co robi, bo wiem, że sama nie mogłabym wykonywać tego zawodu. Chyba nie mam tak silnego charakteru jak ona, szczególnie w momentach, gdy musi mierzyć się z opieką nad ciężko chorymi dziećmi. Czasami miałam okazję odwiedzić ją w pracy i wiem, jak trudny i wymagający jest to zawód. Myślę, że to, czym się zajmuje, z jakimi problemami mierzy się zawodowo, nauczyło mnie otwartości na drugiego człowieka, empatii, a także tego, by nie użalać się nad sobą, gdy mam trudniejszy moment na treningu. Przypominam sobie wtedy, że inni mierzą się z dużo poważniejszymi problemami. To wszystko, czego mnie nauczyła, to, jak odkrywała przede mną świat, pozwoliło mi stać się tym, kim teraz jestem. Jestem jej za to niezmiernie wdzięczna.   

 

O mamie STANISŁAWIE opowiada Bożena Dziubińska, która jako trener lekkiej atletyki w OKS Start Otwock jest współautorką niezliczonej liczby sukcesów wielu klubowych wychowanków
fot. Tomasz Kasjaniuk

Mama pochodzi z rodziny nauczycielskiej. Dziadek bardzo dobrze grał na skrzypcach, a babcia była nauczycielką, ale zmarła dość wcześnie na samym początku wojny, po tym jak dowiedziała się, że Niemcy rozstrzelali w Bydgoszczy grupę tamtejszych nauczycieli.

Mama tak jak babcia została pedagogiem. Przez wiele lat pracowała w szkole, wykładając biologię. Ze sportem nie miało to wiele wspólnego. Jednak chciała być również nauczycielem w najmłodszych klasach i na dodatkowych studiach musiała odbyć egzamin z wychowania fizycznego. Miała zaliczyć bieg na 60 metrów, ale była już ze mną w ciąży. Jej opiekun stwierdził, że ze względu na jej stan ten egzamin będzie niewskazany i w drodze wyjątku jej go zaliczą, ale mama się uparła. Stwierdziła, że dziecku nic nie będzie, i podeszła do sprawdzianu.

O tej historii dowiedziałam się dużo później, choć mama zawsze się śmiała, że wtedy nastąpiło „skażenie”. Wcześniej liczyła na to, że pójdę w ślady dziadka. Jako że mam dość długie palce, powiedziano mi, że najlepsze dla mnie będą skrzypce, co jeszcze bardziej podziałało na jej wyobraźnię. Miłość do gry nie przetrwała zbyt długo. Pojawił się sport, nieco przypadkowo, bo wystartowałam w biegu w zawodach w moim rodzinnym Chełmie. Udało mi się wygrać, a trener, który tam był, uznał, że mam talent, i zachęcił mnie do trenowania lekkiej atletyki. Pamiętam, że trochę bałam się powiedzieć w domu, że zamiast ukochanej muzyki zacznę uprawiać sport. Obawiałam się, że zawiodę mamę, ale ona zawsze była niezwykle tolerancyjną osobą i zrozumiała mój wybór. Zawsze będę ją cenić za to, że uczyła nas (było nas pięcioro rodzeństwa), żebyśmy umieli podejmować decyzje i sami wybierali swoją drogę życiową. Zawsze mogliśmy liczyć na jej radę i wsparcie. Zawsze była obok, gdy tego potrzebowaliśmy.

Mama jest dobrym obserwatorem i zawsze potrafiła zauważyć, że pojawił się jakiś problem. Był taki moment, że kiedyś miałam kryzys i odpuściłam treningi. Ona to wyczuła, ale najpierw po kryjomu poszła do trenera zapytać, co się stało. Okazało się, że usprawiedliwiłam swoją nieobecność jakimś kłamstwem, i wróciłam do domu. Mama przeprosiła trenera, wyjaśniła, że to, co powiedziałam, jest nieprawdą, i przyszła do mnie. Pamiętam tę rozmowę jak dziś. Pewnym, ale spokojnym tonem – bo nigdy nie podnosiła na nas głosu – powiedziała mi, że jeśli czegoś się podejmuję, to albo robię to porządnie, albo rezygnuję i szukam czegoś, czemu oddam się bez reszty. To, co mi wtedy powiedziała, bardzo mnie zawstydziło i już nie opuściłam żadnego treningu.

Zawsze czułam wsparcie mamy, nawet gdy tego nie mówiła. Gdy zaczęłam biegać i osiągać pierwsze sukcesy, ona szukała wzmianek w prasie i każdą z nich wycinała i chowała do specjalnego albumu, gdzie to wszystko zbierała. Jest  osobą, która potrafi dać wsparcie. W szkole cieszyła się niezwykłą sympatią. Pamiętam, że gdy przychodził Dzień Nauczyciela albo jej imieniny, do szkoły musieliśmy iść razem z tatą, bo dostawała tyle kwiatów i upominków, że jednej osobie trudno było się z tym zabrać.

Może to teraz głupio zabrzmi, ale czasami byłam o nią zazdrosna. Zdarzało się, że szłyśmy razem ulicą i nagle jakieś dziewczyny podbiegały i przytulały się do mamy. Wtedy mnie to denerwowało, ale dopiero po czasie zrozumiałam, że to był dowód szacunkiem i uwielbienia, jakim ją darzono. To pokazywało, jak wspaniałą jest osobą. Nigdy do swoich uczniów nie zwracała się po nazwisku, zawsze mówiła po imieniu, zazwyczaj je zmiękczając. Jak mi potem mówiła, chciała w ten sposób nieco zatrzeć granicę między nauczycielem a uczniem, by ten czuł się w jej towarzystwie komfortowo. To również staram się pielęgnować w pracy ze swoimi podopiecznymi.

Teraz mama mieszka ze mną. Ma 93 lata i ja muszę się nią opiekować. Jeśli tylko jest okazja, zabieram ją na trening albo na zawody. Choć teraz nie mówi dużo, widzę, że dużo radości jej to sprawia. Kiedyś to ona całowała mnie w czoło przed snem, teraz ja robię to samo, gdy kładę ją do łóżka.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.