Musieliśmy coś dołożyć do gabloty

MACIEJ KĘDZIOREK, były szkoleniowiec m.in. OKS Otwock i Mazura II Karczew, a obecnie asystent trenera Macieja Skorży, zdobył razem z ekipą Lecha Poznań swój pierwszy tytuł mistrza Polski. Niedawno udało się nam z nim spotkać i porozmawiać o tym, jaka była droga po tytuł, kto okazał się największym rywalem Lecha, jak wyglądała feta w Poznaniu i czy temat pracy dla kadry jest dla niego otwarty

fot. michalak.pm

Mecz Zagłębia Lubin z Rakowem Częstochowa był najciekawszym spotkaniem, jakie oglądaliście w tym sezonie?

– Nie wiem, czy najciekawszym, ale z naszej perspektywy zdecydowanie najważniejszy w tym sezonie, choć rozgrywany kolejkę wcześniej mecz Rakowa z Cracovią Kraków również był emocjonujący. Gdy wychodziliśmy na rozgrzewkę przed meczem z Wartą Poznań, to tamto spotkanie właśnie się kończyło i w szatni zamiast skupić się już na naszym meczu, to każdy siedział w telefonie i nerwowo śledził to, co działo się w Częstochowie. Jak wybiegliśmy na boisko, był doliczony czas gry i nagle nasz sektor zaczął kipieć z radości. Już wtedy wiedzieliśmy, że dzieją się dla nas dobre rzeczy, że Raków traci punkty i że mamy okazję do tego, by stać się panami własnego losu. Wcześniej to drużyna z Częstochowy miała wszystkie karty w ręku. Wystarczyło, że wygra trzy ostatnie mecze.

A co do meczu, o który pytałeś, to dojechaliśmy do szatni na samą końcówkę. Wówczas był remis, który również dawał nam mistrzostwo, więc nerwowo oglądaliśmy ostatnie minuty, a potem była niesamowita euforia… Wyjątkowe przeżycie.

Puchar za mistrzostwo Polski dużo waży?

– Jest ciężki, co prawda nie tak jak ten za zdobycie mistrzostwa w lidze angielskiej, bo tamto trofeum waży ponoć 25 kilogramów, ale tu też jest co ponosić i niełatwo go podnieść.

To był dla was trudny sezon, bo oprócz tradycyjnych oczekiwań wobec Lecha Poznań – zwłaszcza po słabszych poprzednich rozgrywkach – dodatkowo doszła presja związana z obchodami stulecia klubu. Pewnie nikt w Poznaniu nie wyobrażał sobie, by taki moment nie został uhonorowany kolejnym mistrzostwem Polski.

– Nie będę kłamał, że nie było dodatkowej presji związanej z jubileuszem. Mieliśmy jasno powiedziane przed sezonem, że na 100-lecie musimy coś nowego do klubowej gabloty wstawić. Presja była naprawdę spora, wywierali ją nie tylko kibice, lecz także rywale. Teraz przypominają mi się jednak słowa trenera Macieja Skorży, który mówił, że w takim miejscu jak Poznań, w takim klubie jak Lech musimy umieć radzić sobie z presją.

Z jednej strony wiedzieliśmy, czego chcemy, ale z drugiej pamiętaliśmy, co się stało w poprzednich rozgrywkach, jak daleko w tabeli zakończyliśmy sezon. Pierwszy mecz też nie poszedł zgodnie z naszym planem. Zremisowaliśmy – przy pustych trybunach – z Radomiakiem, i to w sumie dla nich była porażka, nie dla nas, bo to oni lepiej grali w piłkę, mieli lepsze sytuacje. Potem jednak zaczęliśmy wchodzić na odpowiednie tory, rosnąć w siłę, a przede wszystkim staliśmy się drużyną.

W końcówce mieliśmy mały kryzys, bo nie udało nam się zdobyć Pucharu Polski, na który też liczyliśmy, a potem straciliśmy pozycję lidera i do samego końca musieliśmy walczyć z Rakowem i Pogonią Szczecin o ostateczne zwycięstwo w lidze.

Który moment dla Lecha był przełomowy?

– Chyba było ich wiele. Jak ktoś dobrze przeliczył, w trakcie sezonu było dziewięć spotkań, w których jako pierwsi traciliśmy bramkę, a mimo to wygrywaliśmy mecze. A jeśli chodzi o konkretne spotkanie, to chyba pojedynek z Piastem Gliwice. Przed tym meczem wielu specjalistów już nas skreśliło, pojawiły się opinie, że Raków rozegra ligowy finisz według własnego scenariusza, ale my się nie poddaliśmy. Wygrana w dość dramatycznych okolicznościach w Gliwicach dodała nam wiatru w żagle, który poniósł nas do mistrzostwa.

Niespodzianką było dla was to, że w ostatecznym rozrachunku największymi rywalami Lecha były Pogoń i Raków, a nie broniąca tytułu warszawska Legia?

– Przed sezonem z pewnością nikt nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, zwłaszcza jeśli patrzymy pod kątem Legii. Mistrz Polski wciąż był jednym z głównych faworytów do kolejnego mistrzostwa. W trakcie sezonu okazało się jednak, że Legia sama się z tego wyścigu wykluczyła. Natomiast Raków i Pogoń tylko potwierdziły to, co pokazały przed rokiem. Ja zresztą Raków znam bardzo dobrze i wiedziałem, że oni też mogą włączyć się do walki o mistrzostwo. Początkowo w Poznaniu trochę się śmiano z tego, co mówiłem, ale potem okazało się, że to był nasz najgroźniejszy rywal.

Rywalizacja Lecha i Legii często napędzała oba zespoły. Kolejorzowi nie brakowało oddechu Legii na plecach, by stać się jeszcze mocniejszą drużyną?

– Legia może nie liczyła się w walce o mistrzostwo, ale w meczu z nami pokazała, że nie można skreślać mistrza. To właśnie po remisie z Legią straciliśmy w końcówce sezonu pierwsze miejsce w tabeli i nasz pochód po ósme mistrzostwo nie był już taki pewny. Legioniści zrobili więc swoją robotę i mogli się okazać tą przeszkodą, przez którą stracimy wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy przez cały sezon.

W czym tkwi tajemnica drugiego z rzędu sukcesu Pogoni i Rakowa?

– Zarówno jeden, jak i drugi zespół to nie są przypadkowe drużyny, tylko efekt długofalowego projektu. Trenerzy Kosta Runjaić i Marek Papszun pracują tam od lat i obaj od kilku lat według własnej koncepcji budują drużyny, grając w oparciu o konkretny model. Obecność tych zespołów w czołówce to dobry sygnał dla prezesów i kierownictwa wielu klubów w Polsce, że czasami warto przeczekać „burze i sztormy” i dać popracować szkoleniowcom nieco dłużej. Trzeba pamiętać, że gdy trener Runjaić cztery lata temu przychodził do Pogoni, przejmował zespół, który był na przedostatnim miejscu w tabeli. Warto więc podwójnie docenić pracę, jaką wykonał w Szczecinie przez ten czas.

A Lech jest projektem długofalowym? Bo już się mówi, że wiele nazwisk z obecnej kadry Lecha zniknie przed kolejnym sezonem.

– Trudne pytanie. Zmian z pewnością będzie dużo, bo trzeba pamiętać, że ten zespół jest już od jakiegoś czasu przebudowywany. Pewne rzeczy zastaliśmy. Są kontrakty i inne zobowiązania, których klub musi przestrzegać. Przychodząc tu, nie chcieliśmy robić rewolucji, tylko ewolucję i stopniowo przebudowywać drużynę. W ostatnich okienkach transferowych nie robiliśmy jakichś gwałtownych ruchów kadrowych. Teraz skład, z różnych względów, się zmieni. A czy to projekt długofalowy? Chciałbym, żeby tak było, ale to jest polska piłka i jestem w niej już na tyle długo, by wiedzieć, że tu wszystko może się zdarzyć. Na jednym końcu kija mamy przykład Rakowa i trenera, który pracuje tam od kilku lat, a na drugim są kluby, które kontraktowały szkoleniowców na kilka lat, a nie udawało się im dotrwać do końca sezonu.

Tych kilka tygodni wystarczy, żeby zbudować drużynę, która z sukcesami powalczy w europejskich pucharach?

– Z mojej perspektywy ta przerwa letnia jest wyjątkowo długa, bo w poprzednim sezonie odpoczynek od piłki trwał dla mnie zaledwie trzy dni – w czwartek skończyłem baraże o Ekstraklasę z Arką Gdynia, a już w poniedziałek zameldowałem się na pierwszych zajęciach w Lechu.

Patrząc ogólnie na sezon i ewentualne występy w pucharach, faktycznie czasu na przygotowanie nie będzie dużo, a czeka nas wyboista droga. Eliminacje do Ligi Mistrzów zaczynamy już od pierwszej rundy, w której od razu możemy trafić na mocnego przeciwnika. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi oczekiwaniami i uda się nam awansować do fazy pucharowej któregoś z pucharów, to do 15 listopada możemy zagrać łącznie aż 37 spotkań, czyli to tak, jakbyśmy cały sezon ligowy zagrali w ciągu czterech miesięcy. Czasu na szlifowanie zespołu, wkomponowywanie nowych graczy nie będzie zbyt dużo, więc każdy dzień, każdą minutę treningu będziemy musieli wykorzystać do maksimum.

Gdy rozmawialiśmy ostatnio, byłeś członkiem sztabu szkoleniowego w Rakowie, teraz pracujesz w Lechu. Jak wygląda obecnie twoja praca, coś się zmieniło w twoich obowiązkach?

– Sztab w Lechu jest nieco większy niż ten w Rakowie, choć obecnie w Częstochowie też doszło kilka nowych osób i liczebnościowo oba sztaby są do siebie zbliżone. Moja rola jest dość podobna, choć akcenty pracy rozkładają się nieco inaczej. Początkowo byłem odpowiedzialny za grę defensywną, a po trzech tygodniach trener Skorża uznał, że przydam się również przy opracowywaniu gry ofensywnej. Oczywiście nadal zajmuję się stałymi fragmentami gry, przygotowywaniem treningu, czyli tym, co robiłem w Rakowie czy w Arce.

A różnica w miejscu pracy?

– Myślę, że pod względem organizacyjnym Lech jest gotowy, by co roku rywalizować w Europie. Tu każdy szczegół ma znaczenie. Do tego trzeba dodać jeszcze zainteresowanie ze strony kibiców i mediów. Dla mnie to bardzo duży przeskok i nie chciałbym tego porównywać do Rakowa czy Arki, bo to jest zupełnie inny klub.

Miałeś okazję współpracować zarówno z trenerem wicemistrza Polski Markiem Papszunem, jak i teraz ze szkoleniowcem mistrza kraju Maciejem Skorżą. Pokusisz się o porównanie obu szkoleniowców?

– Nie chciałbym oceniać swoich szefów, bo chyba nie do końca wypada mi to robić. Mogę tylko się cieszyć, że miałem czy mam okazję, by czerpać z ich wiedzy, pomysłów i doświadczenia, obserwować, jak zachowują się na co dzień, jak działają w sytuacjach stresowych, jak reagują na pewne wydarzenia. To dla mnie niezwykle cenne, bo – nie wchodząc w szczegóły – to dwie zupełnie różne osobowości, o dwóch innych stylach prowadzenia zespołu, ale o podobnej sile charakteru i z identyczną chęcią wygrywania. Dzięki temu mój warsztat trenerski na pewno się rozwija i wierzę, że w przyszłości będę mógł z tego korzystać.

Dla polskiej piłki ten sezon był dość szalony, i to nie tylko ze względu na zaciętą rywalizację i niespodzianki w lidze, lecz także to, co działo się wokół reprezentacji. Porzucenie kadry przez Paulo Sousę sprawiło, że pojawił się wakat na stanowisku selekcjonera i błyskawicznie ruszyła karuzela nazwisk potencjalnych kandydatów. Wśród nich mocną pozycję miał Maciej Skorża. Jak na to reagowaliście w zespole?

– Tak naprawdę nie za dużo się działo, jeśli chodzi o tę kwestię, bo z tego, co pamiętam, trener Skorża dość szybko złożył jasną deklarację, ucinając wszelkie spekulacje. To osoba, która jeśli da słowo, stara się go dotrzymywać. Obiecał zdobyć razem z Kolejorzem mistrzostwo Polski i na tym skupiał swoją uwagę.

A twoje nazwisko w kontekście kadry? Po wyborze trenera Czesława Michniewicza pojawiły się plotki, że możesz dołączyć do sztabu reprezentacji.

– Jak to bywa w plotkach, czasami jest w nich ziarno prawdy. Obecnie jestem jednak pracownikiem Lecha Poznań, właśnie przedłużono ze mną kontrakt na kolejny sezon, więc skupiam się na pracy w stolicy Wielkopolski.

Nie ma opcji, żebyś godził pracę dla Lecha i dla reprezentacji?

– Jeśli oficjalnie pojawiłaby się propozycja pracy w kadrze i byłaby zgoda ze strony Lecha, z pewnością poważnie bym ją rozważył. Praca w kadrze to zawsze ogromne wyróżnienie i zaszczyt. Znam trenera Michniewicza, był czas, gdy razem pracowaliśmy, więc wiem, czego oczekuje od swoich współpracowników.

Łącząc temat reprezentacji i jej występu na mistrzostwach świata w Katarze z sezonem ligowym, według ciebie jak mundial rozgrywany nietypowo pod koniec roku wpłynie na przygotowania drużyn, na ich plany treningowe? Pojawią się nowe koncepcje?

– To będzie bardzo duże wyzwanie. Przy zespole, który ma ambitne plany występów w europejskich pucharach, najbliższe miesiące, do rozpoczęcia mundialu, będą wyjątkowo intensywne. Przez ten czas możemy mieć tylko dwie wolne środy, a tak na okrągło będziemy w grze, w treningach i analizach rywali. To będzie wymagało pewnych zmian w systemie przygotowań, ale jesteśmy na to gotowi.

W Lechu już od kilku miesięcy działa specjalny dział naukowy Science Department. Jego głównym zadaniem jest zoptymalizowanie systemu tak, by Lech mógł walczyć na dwóch frontach, opierając się o doświadczenia Lecha z gry w Lidze Europy czy w poprzednim sezonie Legii Warszawa. Do sztabu został zatrudniony Adam Owen, specjalista od przygotowania fizycznego, który pracował w Lechii Gdańsk i kadrze Walii. Wszystko po to, żebyśmy poradzili sobie z trudami tego wyjątkowego sezonu.

Przez te pół roku uda się Lechowi przemycić kogoś do kadry?

– Byłoby fajnie, gdyby znów wypłynął jakiś talent na miarę Jakuba Kamińskiego. Nie wiem jeszcze, kto wzmocni zespół latem, ale teraz najbliżej poziomu Kuby jest Michał Skóraś. W tym sezonie miał trochę pecha, bo brakowało mu skuteczności. Jeśli to poprawi, jest w stanie znaleźć się w tym miejscu, w którym obecnie jest „Kamyk”. Mam też nadzieję, że Bartek Salamon po kontuzji szybko wróci do wysokiej dyspozycji i trener Michniewicz będzie mógł znów wysłać do niego powołanie.

Gala Ekstraklasy była ukoronowaniem tytułu mistrzowskiego dla Lecha, ale feta odbyła się już wcześniej. Jakie wrażenia?

– Podczas pracy w Rakowie miałem okazję świętować wygranie drugiej i pierwszej ligi i radość po tych wydarzeniach była czymś niezwykłym, ale to, jak wyglądało świętowanie tytułu mistrza Polski w Poznaniu, to coś niewiarygodnego. Odcinek 10 kilometrów pokonaliśmy w cztery godziny. Jechaliśmy otwartym autokarem i zewsząd widzieliśmy tłumy, które wylewały się na ulice Poznania, by świętować razem z nami. Ludzie byli wszędzie, wchodzili na drzewa, latarnie czy wiaty przystankowe, żeby być bliżej nas. To pokazuje, jakie było zapotrzebowanie na tytuł mistrzowski i jak ważny dla Wielkopolski jest futbol.

To zaostrzyło apetyt na kolejne mistrzostwa?

– To byłoby coś wspaniałego móc to powtórzyć. Teraz planem na tę rundę jest dostanie się do fazy grupowej któregoś z europejskich pucharów, żeby poczuć, jak to smakuje.

Rozmawiał Marcin Suliga

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.