Dulcynea mieszka w Otwocku

Pierwsza dama polskiej piosenki i adresatka Stu listów do Dulcynei wciąż koncertuje i zachwyca publiczność. Sława Przybylska od blisko ćwierć wieku mieszka na skraju Śródborowa. Sama o sobie żartuje: „Znajoma życzyła mi, żebym śpiewała do później starości, a ponieważ ja się tego w ogóle nie spodziewam, będę śpiewać jeszcze długo.” Z artystką o sztuce i o życiu rozmawia Sylwia Wysocka

W 1998 roku Sława Przybylska wraz z mężem Janem Krzyżanowskim postanowiła zamieszkać w Otwocku. Trudno jednak ją tu spotkać, bo zaproszeń na koncerty i wydarzenia artystyczne nie brakuje. Nam udało się umówić z nią na krótką rozmowę w jednej z otwockich kawiarni.

 

Lubi pani Otwock, dobrze się pani tu czuje?

– Sprowadziliśmy się tu głównie dlatego, że mój mąż ma tu rodzinę, a także ze względu na to, że wychowywałam się na Podlasiu, w Międzyrzecu Podlaskim. To miasteczko jest trochę podobne do Otwocka – pełne zieleni, kwiatów, rozśpiewane. Zawsze tęskniłam za mniejszymi miejscowościami. Warszawa bardzo mnie męczyła. Teraz prawie mieszkamy w lesie, na granicy ze Śródborowem. Tam jest cichutko, są sosny, przepiękne drzewa. Jestem związana z przyrodą od dziecka, za tym tęsknię. Dla mnie natura jest źródłem siły i piękna. To dar od Boga. Moja mama pochodziła ze wsi, z Drelowa, i miała tę cudowną potrzebę zauważania piękna przyrody. Była dla mnie wzorem – to od niej nauczyłam się wyrażania zachwytu nad przyrodą. Drzewa, kwiaty, zachody słońca, stworzenia – cała przyroda była boska. Przytulam się do drzew, do dębu, do brzozy, i czerpię z tego energię. Otwock mi to daje i jest dla mnie źródłem siły.

Ma pani tu swoje ulubione miejsca, oczywiście poza lasem?

– Przez długi czas razem z mężem jeździliśmy po okolicy na rowerach, oglądaliśmy tutejsze pięknie położone osiedla, dojeżdżaliśmy nawet do Wilgi, ale odkąd mężowi nie pozwala na to zdrowie, samej nie chce mi się już jeździć, poza tym nie bardzo mam na to czas. Po pandemii z trudem daję sobie radę, by wygospodarować wolny czas, tyle mam wyzwań zawodowych i prywatnych. Oczywiście nie narzekam, los zesłał mi coś takiego i muszę się z tym zmierzyć.

W wywiadach wspomina pani, że zna prof. Marię Szyszkowską i jest pani bliska jej filozofia codzienności, czyli czerpanie radości ze zwykłych, powtarzalnych czynności.

– Tak, to cudowna osoba, która może być drogowskazem, jak żyć, bo w dzieciństwie nikt nas tego nie uczy. Dzieci uczą się tylko elementarza. Tymczasem bliska jest mi myśl dalekowschodnia, w której człowiek jest traktowany jako całość. Zachodnia filozofia każe ludziom gonić za sukcesem. Sukces tak rozumiany to pieniądz i ludzie się gubią, bo nie ma harmonii między tym, co duchowe, a pieniądzem. Ludzie popadają w banalny materializm, a sprawy kultury i ducha są drugorzędne. Nie ma na to czasu. Ludzie stają się ubodzy, bo nie ma harmonii w człowieku.

 

Udało się pani zobaczyć duży kawałek świata, zwiedzić kilka kontynentów. Te podróże były dla pani ważne?

– W podróżach ważny jest kontakt z ludźmi. To oni tworzą dany kraj, miejsce. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy do Hiszpanii. Zanim to nastąpiło, był Cervantes, filozofia Don Kichota, flamenco, muzyka, García Lorca, poezja, literatura.

Uczyliśmy się hiszpańskiego, żeby pojechać do tego kraju, bo jak się nie zna języka, to niewiele się skorzysta. I to była dla mnie najbogatsza podróż, ponieważ porozumiewaliśmy się z Hiszpanami w małych wioskach, i to był kontakt zupełnie inny niż powierzchowny, turystyczny, w hotelach. Podróże wzbogacają o tyle, o ile mamy kontakt z ludźmi. A nam tak się właśnie zdarzało. Natomiast moje podróże związane z występami są inne. Po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie podróżowałam w takim tempie, że właściwie prawie nic nie można było zwiedzić. Dlatego jak ktoś mnie pyta na przykład o to, jak było w Worcester, żartuję, że była tam bardzo zła garderoba, nie wspominając o tym, że występowaliśmy najczęściej dla Polonii, więc po każdym koncercie był bankiet. Po miesiącu takiej podróży orientowaliśmy się, że niewiele zobaczyliśmy, za to stale spotykaliśmy się ze spragnioną kontaktu Polonią.

Słynie pani z niezwykłej otwartości na publiczność. Kilka tygodni temu została pani Honorową Obywatelką wsi Koszyce. Podobno spotkanie, oprócz części artystycznej, przypominało zbiorowy wywiad z panią.

– Mam przyjaciela, z którym znam się od 20 lat, i zawsze, gdy koncertuję w Warszawie, przyjeżdża autokarem z kilkudziesięcioma mieszkańcami swojej wioski. I on sobie wymarzył, że zorganizuje mi jubileusz. Faktycznie tak się stało – we wsi Koszyce koło Krakowa odbył się jubileusz 65-lecia mojej pracy artystycznej. Następnego dnia zaprosił mnie do wsi, w której mieszka, i tam miałam spotkanie z mieszkańcami, którzy faktycznie zadawali mi pytania, a ja ich prowokowałam do śpiewu. Dwie godziny trwało to serdeczne i bardzo miłe spotkanie. Byli na nim i ludzie starsi, i młodzi, którzy nie pamiętają dawnych czasów. Jak napisał poeta Baliński: „Noce i morza przepłyną, lecz pieśń zostaje”. I tak z pokolenia na pokolenie. A ja od wielu lat nie śpiewam właściwie piosenek, tylko wiersze. Sięgam do poezji, ponieważ nie ma dziś takich twórców jak Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. Nie umiem śpiewać o niczym. Inspiruje mnie poezja. Mogę śpiewać tylko takie wiersze, z którymi się utożsamiam. Ciągle do tego sięgam i ludzie chcą tego słuchać, śpiewają ze mną te moje piosenki lekkie, ale też niegłupie.

Ma pani jakieś ulubione piosenki, z którymi wiążą się ciekawe historie?

– Wywodzę się ze Studenckiego Teatru Satyryków (STS), w którym poznałam Agnieszkę Osiecką i innych ciekawych autorów. Po tym, jak byłam już dosyć znana i gdy piosenka „Pamiętasz, była jesień” stała się hitem, Agnieszka zaproponowała, żebyśmy zrobiły teatrzyk. Wymyśliła wtedy tytuł „Tingel-Tangel”. Działali w nim Krysia Sienkiewicz, która wtedy nie była jeszcze tak popularna, Stasio Młynarczyk, świetny kwartet Krzysztofa Komedy. Agnieszka napisała dla mnie wtedy kilka piosenek, ale pamiętam szczególnie jedną – „To wszystko z nudów”. Muzykę stworzył Lucjan Kaszycki, autor utworu „Pamiętasz, była jesień”. Szczególnie cenię tę piosenkę, bo ona była świetna muzycznie. W późniejszych czasach zapomniałam o niej, ale potem na któreś lecie Kaszyckiego przypomniałam sobie o niej. Jest to piosenka właściwie dramatyczna, bo opowiada o dziewczynie, która była szefem bandy, ale jest w niej specyficzny klimat Polski Ludowej – marność, nic nie ma pusta szklanka. To był symbol tej nudy panującej w Polsce. Agnieszka to świetnie uchwyciła. I teraz śpiewam to na każdym koncercie i bardzo to lubię. Ale lubię też wszystkie piosenki, w których wiem, że mogę przekazać coś publiczności. Proszę sobie wyobrazić, ile przez 65 lat pracy tych piosenek się przewinęło. Części nawet nie pamiętam – ani tekstu, ani muzyki.

Jest pani człowiekiem wielu talentów – było i liceum plastyczne, i studia w zupełnie innej dziedzinie. Nie żałuje pani, że wybrała śpiew?

– Śpiewanie od dziecka było moją potrzebą. Śpiewałam z siostrami na trzy głosy. Śpiewanie było takim imperatywem. Przez śpiew się wyrażałam. Miałam dużo kompleksów – że jestem taka mała i byle jaka. Śpiew był dla mnie ucieczką w inny świat. Uciekałam od banału w poezję, w piosenkę, w książkę. Żyłam dzięki temu innym życiem. Faktycznie w liceum plastycznym bardzo interesowała mnie rzeźba, miałam nawet w tym dobre wyniki. Ale zapytałam siebie, co jest ważniejsze, i uznałam, że śpiewanie. I kiedy przyszedł konkurs, to się zgłosiłam, a jak otrzymałam najwyższą nagrodę, zdecydowałam, że mogę śpiewać zawodowo. Chociaż trzeba się było wtedy wiele nauczyć. Szpilman, który zorganizował konkurs, przez rok prowadził studium dla tych, którzy zajęli główne miejsca w konkursie. Byli tam profesor Bardini, Hanna Skarżanka. To było bardzo ważne, bo Bardini miał niesamowity talent pedagogiczny. Uczył nas, jak wykonując piosenkę, zapomnieć o sobie, zapomnieć, że się ma jakiś głos, i potraktować wykonanie jak obrazek, w którym najważniejsza jest wyobraźnia. Wszystko trzeba było sobie wyobrazić – jeśli śpiewasz do chłopaka, to musisz go sobie wyobrazić – jaki on jest, jak wygląda. Mając portret w wyobraźni, można stworzyć obraz, który słuchacz we właściwy sposób odbierze. Jeśli śpiewa się tylko zewnętrznie, to jest pustka. Myślę, że Bardini miał rację – jak się wychodzi na scenę, trzeba zapomnieć o sobie, tylko być tą piosenką. Dlatego jak śpiewam „To wszystko z nudów”, jestem tą bohaterką, która opowiada swoją historię.     

Ma pani jakieś niezrealizowane artystyczne marzenie?

– Nie myślę o przyszłości. Cieszę się, że mogę koncertować. Wspaniale, że odrywam się od obowiązków. Znajoma życzyła mi, żebym śpiewała do później starości, a ponieważ ja się tego w ogóle nie spodziewam, będę śpiewać jeszcze długo.

Czuje się pani gwiazdą?

– Jeśli człowiek jest wychowany w taki sposób, że utrwala się w nim od dzieciństwa pewne kompleksy, to będzie tak do końca życia. Nigdy nie jestem stuprocentowo pewna, że coś było wspaniałe. Zawsze mam do siebie jakieś uwagi. Nie uznaję słowa „sukces” i słowa „gwiazda”. Kocham śpiewać i cieszę się, że ludzie odbierają to tak, że wciąż mam zwolenników i wielbicieli, którzy na stare lata na stojąco domagają się bisu i śpiewają mi „Sto lat”. To dla mnie prawdziwa satysfakcja, że moja twórczość jest potrzebna, że ludzie mają dzięki niej przemyślenia, nawet płaczą. U mnie w domu wszyscy śpiewali, czuło się dzięki temu więź i przejście w inny wymiar. Poezja i piosenka to bogactwo. Człowiek odrywa się od konkretu i żyje w baśni. Wróciłam ostatnio do lektury „Ani z Zielonego Wzgórza”. Jaka to jest piękna książka. Ta biedna Ania wychowana jako sierota dzięki swojej wyobraźni wchodzi w zupełnie inny świat. Dzięki temu przetrwała. To jest właśnie lekcja życia.

Sylwetka

Sława Przybylska, a właściwie Stanisława Przybylska-Krzyżanowska

Urodziła się 2 listopada 1932 roku w Międzyrzecu Podlaskim, gdzie spędziła dzieciństwo i pierwsze lata nauki. Po zakończeniu II wojny światowej wychowywała się w Domu Młodzieży w Krzeszowicach. Po ukończeniu nauki w Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie studiowała w Szkole Głównej Służby Zagranicznej. Kształciła się na kierunku handel zagraniczny, w 1954 roku uzyskała dyplom i kwalifikacje ekonomisty.

Artystycznie Sława Przybylska udzielała się już podczas studiów, a przed większą publicznością debiutowała pod koniec lat 50. ubiegłego wieku. Rok 1957 okazał się przełomowy i najważniejszy w życiu artystycznym Sławy Przybylskiej.

Podwójne zwycięstwo w konkursie Polskiego Radia, a następnie w konkursie Telewizji Polskiej na najlepszego piosenkarza amatora zapoczątkowało pasmo sukcesów piosenkarki i przesądziło o wyborze jej drogi życiowej i zawodowej. W kolejnych latach podjęła naukę w Szkole Muzycznej i Radiowym Studiu Estradowym. Ogromny sukces przyniosło jej nagranie w 1958 roku piosenki „Pamiętasz, była jesień” do filmu Hasa „Pożegnania”. W latach 1958-1960 nagrała utwory do filmów: „Popiół i diament” i „Niewinni czarodzieje” Wajdy, „Rozstanie” Hasa, „Zezowate szczęście” Munka. Uczestniczyła w kształtowaniu życia kulturalnego Polski, inicjując powstanie Teatrzyku Piosenki „Tingel-Tangel”. Występowała w kabarecie Krukowskiego „U Lopka”, Pietrzaka „Pod Egidą” oraz kabarecie „Kurierek”. W latach 1983-1988 była związana z Teatrem na Targówku w Warszawie.

Ważne miejsce w działalności piosenkarki zajmują pieśni i piosenki Żydów polskich oraz piosenki izraelskie, szczególnie muzyczne motywy biblijne. Na przełomie wieków XX i XXI uczestniczyła w Festiwalach Kultury Żydowskiej, przyczyniając się do popularyzacji kultury tego narodu oraz działając na rzecz polsko-żydowskiego porozumienia. Za swoją działalność w 2000 roku została odznaczona przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2015 roku otrzymała Diamentowy Mikrofon.

Piosenka „Minuty nadziei” w interpretacji Sławy Przybylskiej stanowi eksponat Muzeum Holokaustu w Stanach Zjednoczonych.

W niedzielę, 19 czerwca 2022 roku Sława Przybylska i jej mąż Jan Krzyżanowski zostali Honorowymi Obywatelami Kuchar, miejscowości w gminie Nowe Brzesko.

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.