Mocarz na dwóch kółkach

DAMIAN PAZIKOWSKI z Józefowa jest idealnym przykładem tego, że jeśli się czegoś bardzo chce, to można. Jeszcze niedawno walczył z nadwagą, a obecnie jest jednym z najlepszych ultrakolarzy w Polsce!

Ostatnio trafiłem na tekst dotyczący biegania. Zaczyna się od jednego kilometra, potem jest pięć, za moment przychodzi pierwszy półmaraton, potem maraton, aż nagle „budzisz się” nocą gdzieś w górach na 150 kilometrze ultramaratonu. To chyba pasuje też do ciebie i dyscypliny, którą uprawiasz.

– Moja historia jest dość specyficzna, bo przez większość życia byłem otyłym chłopakiem. To wpłynęło na wybór kierunku studiów, którym jest… dietetyka. Zresztą praktyka naukowa wykazuje, że to właśnie ludzie otyli najczęściej są dietetykami, ponieważ sami chcą pokonać problem, z którym się mierzą. Ja też się tym kierowałem, bo chciałem zmienić swój wygląd, przestać być grubym chłopakiem ze szkoły.

Poza tym chciałem zostać sportowcem. Marzyło mi się wygrywanie, triumfy i całe zamieszanie z tym związane. Próbowałem różnych dyscyplin, ale nie za bardzo odnajdywałem się w tenisie stołowym czy piłce nożnej, a waga rosła. Ostatecznie dobiłem do 130 kilogramów i jakiś wewnętrzny impuls kazał mi to zmienić, szczególnie że byłaby to czysta hipokryzja, gdyby taki człowiek jak ja wtedy, o takich gabarytach, dawał ludziom wskazówki, jak mają zdrowo się odżywiać, by utrzymać odpowiednią wagę.

Kupiłem więc zwykły, prosty rower trekkingowy i zacząłem jeździć. Waga spadała, a ja coraz bardziej zaprzyjaźniałem się z rowerem. Spodobały mi się przede wszystkim prędkości, które już przy wadze 90 kilogramów udawało się osiągać. Kupiłem kolejny rower – tym razem kolarski – zapisałem się do grupy szosowej, a potem pojechałem na pierwszy wyścig Tatra Road Race, w którym zająłem 36. miejsce. Z jednej strony byłem zadowolony, bo to wymagający wyścig i sporo się na nim o sobie dowiedziałem, jak choćby to, że moją mocną stroną jest wytrzymałość. Jednak z drugiej strony minusem było to, że w takich wyścigach startuje spora rzesza byłych zawodowych kolarzy. A z nimi ciężko nawiązać walkę, trudno bowiem nadrobić kilka lat treningu i formy wypracowanej przez nich za młodu. Nadal szukałem więc czegoś dla siebie i tak trafiłem na pewną rowerową „ustawkę”, która była rozgrywana w okolicach Wyszkowa. Okazało się, że moi koledzy po 250 kilometrach nagle zaczęli słabnąć, a ja cały czas jechałem równym tempem, nie czując zmęczenia. Stwierdziłem, że takie wytrzymałościowe próby to może być „to”, dlatego postanowiłem spróbować swoich sił w ultramaratonach.

Z jakimi dystansami się mierzysz?

– Przede wszystkim celuję w wyścigi w trzech segmentach: 500, 1000 kilometrów lub wyścigi 24-godzinne. Oczywiście są imprezy jeszcze bardziej ekstremalne, rozgrywane na większych dystansach lub trwające znacznie dłużej, ale to w pewnym sensie ociera się o survival. Mnie to nie do końca pasuje. Wolę cyferki, statystyki, rekordy.

Moim pierwszym startem był Maraton Podróżnika, który od razu udało mi się wygrać. Później był ponad 600-kilometrowy wyścig Pierścień Tysiąca Jezior, w którym też zwyciężyłem, a potem liczący 500 kilometrów wyścig dookoła Wadowic, czyli Małopolska 500-tka – tu także stanąłem na najwyższym stopniu podium, dojeżdżając do mety z dużą przewagą nad rywalami.

Wygrywanie szybko weszło ci w krew?

– Udawało się, ale nie przychodziło mi to z łatwością. To jest potężne obciążenie i nie zawsze wygrywam. W ubiegłym roku w wyścigu 24-godzinnym byłem drugi, ale teraz zamierzam się odegrać.

Mam lepszy rower, lepszy sprzęt, a do tego solidnie przepracowałem okres zimowy. To były co najmniej 24 godziny treningu w ciągu tygodnia, co przy dwóch pracach było nie lada wyzwaniem, ale szybko zaprocentowało. W tym sezonie wygrałem już wyścig Piękny Wschód 530 km, potem 24-godzinny wyścig w Mszanie, gdzie na metę wjeżdżałem w pięknej obstawie i we wspaniałej atmosferze. Niesamowite przeżycie. Pobiłem rekord ultramaratonu, osiągnąłem 765 kilometrów.

Przed dwoma tygodniami drugi rok z rzędu wygrałem wyścig na Mazurach, gdzie pobiłem rekord trasy. To nie było łatwe, bo przez 400 kilometrów toczyłem ciężki bój z Czarkiem Wójcikiem, z którym sezon wcześniej przegrałem wyścig 24-godzinny.

Czyli konkurencja jest silna?

– Jest. Zresztą w ultrawyścigach jest taka zasada, że na 100 kilometrów przed metą nie rozdaje się pucharów i medali. Wtedy jeszcze wszystko może się zdarzyć, od złapania gumy, po poważny defekt roweru czy nawet „strącenie” przez samochód. Takie rzeczy mogą się przytrafić, zwłaszcza że jeździmy w normalnym ruchu drogowym nawet w nocy.

A jak dokładnie wyglądają wyścigi ultra? To jest ciągłe ściganie?

– Powiem na przykładzie ostatnich zawodów. Na trasie co 80 kilometrów były ustawione punkty kontrolne. Można tam uzupełnić napoje, zjeść coś ciepłego czy po prostu podziwiać widoki, jak ktoś ma na to czas. Ja nie mam, ale zdarzają się osoby, które tego potrzebują.

A co do wyścigu, trzeba jak najszybciej dotrzeć na metę z zachowaniem wszystkich zasad ruchu drogowego. Nie ma tu miejsca na oszukiwanie czy ułatwianie sobie zadania. Organizatorzy, ale też kibice, cały czas obserwują nas za pomocą nadajników GPS i wiedzą, czy poruszamy się zgodnie z zasadami, czy nie. Nie możemy na przykład przejeżdżać przez przejazd kolejowy, gdy są zamknięte rogatki. Za złamanie tych zasad grożą kary.

Czy ten sport jest dla wszystkich?

– Myślę, że jeśli ktoś jest w stanie przejechać 100 kilometrów, może przejechać dużo więcej. A co do wieku, to w naszym gronie jest zawodnik, który ma 73 lata i teraz przejechał wyścig na Mazurach. Wszystko zależy też od tego, czego ludzie oczekują od takich imprez, jakie są ich cele. Jedni, tak jak ja, stawiają się na starcie, żeby się pościgać, inni – by walczyć ze swoimi słabościami, a jeszcze inni chcą podziwiać widoki. Ultramaraton celuje w różne segmenty, to nie są zawody jak zwykły wyścig, gdzie ważna jest niemal wyłącznie rywalizacja.

Jazda na rowerze staje się coraz popularniejsza. Czy widać to też po takich imprezach jak ultramaratony?

– Jeśli chodzi o frekwencję, jest naprawdę dobrze. Mazurski wyścig obstawiło aż 300 zawodników, a na przykład 400 pakietów startowych na wyścig Bałtyk – Bieszczady Tour na trasie ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych, czyli dystansie blisko 1000 kilometrów, rozeszły się w ciągu dwóch dni.

A co do organizacji samej imprezy, to jest coś niesamowitego. Miejscowości, które decydują się na organizację zawodów, przygotowują się do nich przez cały rok i to widać. Ludzie bardzo się w nie angażują. To  dla nich prawdziwe święto, a dzięki stworzeniu takiej otoczki również dla nas.

Wróćmy jeszcze do startów. Czy w trakcie wyścigu nawet takiemu zawodnikowi jak ty zdarzają się poważne kryzysy?

– Oczywiście, że tak. Ktoś może myśleć, że ci, którzy decydują się na udział w takich zawodach, to ludzie ze stali, a to nieprawda. Ja nawet staram się walczyć z tym mitem. W trakcie zwycięskich wyścigów wiele razy miałem kryzys. Wtedy krzyczę, użalam się nad sobą, a nawet zdarza mi się płakać… Najważniejsze, by wytłumaczyć sobie ten kryzys w głowie i czerpać siłę z uwydatnienia tych emocji. Bo co zrobić, gdy kryzys złapie cię w połowie dystansu? Wezwać Ubera? Trzeba to po prostu przezwyciężyć.

A ile razy po takim morderczym wyścigu chciałeś powiedzieć: dość, koniec?

– Wiele razy (uśmiech). Często pytałem siebie: „Po co ci to? Po co, idioto, znów to sobie robisz?”. A potem i tak do tego wracałem. Ultramaraton to nie jest łatwy kawałek chleba. Po takim starcie potrzebuję kilku dni na dojście do siebie, ale wcześniej kilkanaście godzin cierpię, bo organizm stara się dojść do siebie po tym, co sobie zafundowałem. Ciało jest obolałe, pojawiają się stany zapalne, podwyższona temperatura utrzymuje się przez kilka dni, a na przykład stopy puchną tak, że są o kilka rozmiarów większe niż zwykle.

Oczywiście ktoś zapyta, po co się tak zarzynać? Czy nie można tego przejechać spokojniej? Można, tylko uważam, że dla mnie pewnie byłaby to jeszcze większa katorga. I tak przecież muszę spędzić 24 godziny na siodełku.

Czy to prawda, że dopiero w wieku 26 lat wsiadłeś na rower?

– I tak, i nie. Oczywiście umiałem jeździć wcześniej, ale jakoś nie korzystałem z tej umiejętności zbyt często. Może dlatego, że nie dostałem roweru na komunię (śmiech).

Jak mówiłem wcześniej, próbowałem innych sportów, ale nie miałem do nich talentu. Jednak wciąż marzyłem o wygrywaniu i zdobywaniu medali i to marzenie nie mijało. Udało się je spełnić. Pamiętam, że gdy wygrałem po raz pierwszy wyścig Tysiąca Jezior, odszedłem kawałek od bazy ultramaratonu i popłakałem się ze szczęścia.

W jakim stopniu wykształcenie dietetyka pomaga ci w startach?

– Dieta dla sportowca jest naprawdę bardzo ważna. Coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę, ale wciąż są tacy, którzy nie przykładają do tego wagi i potem cierpią. Często na zawodach widzę, jakie ludzie popełniają błędy, i są to zazwyczaj podstawy. Zabierają ze sobą za mało wody i piją jej zbyt mało na trasie. Inni źle rozrabiają izotoniki, bo myślą, że jeśli dosypią więcej proszku, będą mieli więcej energii. Jest tego naprawdę dużo, choć w swoich mediach społecznościowych (można mnie znaleźć na Instagramie jako @ultradietetyk) staram się dzielić wiedzą i edukować ludzi, szczególnie uprawiających tak wyczerpującą dyscyplinę jak ta.

Organizm trzeba też odpowiednio przygotować do wysiłku jeszcze przed startem.

– Zgadza się. Trzeba przyzwyczaić organizm do tego, że czeka go wycisk, i do tego, jak będzie mu dostarczane „paliwo”. Jeśli ktoś nie jadł w trakcie treningu, tylko po nim, a dostarcza potem organizmowi jedzenie w trakcie wysiłku, może być pewny, że pojawi się problem z trawieniem. Organizm będzie miał z tym kłopot, bo nie był przyzwyczajony do takiej sytuacji. Dla zawodnika to może się źle skończyć.

Rywale podpatrują, dopytują, proszą o porady?

– Rywalizacja w ultramaratonach ma to do siebie, że tu nie ma złej chemii między zawodnikami. Jeśli ktoś zapyta mnie o coś, chętnie mu odpowiem, i to działa w dwie strony. Czarek Wójcik, z którym często się ścigam, nigdy nie odmówił mi porady, jeśli chodzi o sprzęt. Zawsze służył wskazówkami czy radą, choć nie musiał. Tu każdy jest dla siebie miły. Rywalizujemy sportowo na trasie, a nie przed nią. Nikt tu nikomu patyków w szprychy nie wkłada.

Ultra uczy ludzi pokory i szacunku?

– Tak i to mi się właśnie w tym podoba, bo w normalnym peletonie widziałem, jak ludzie potrafili do siebie pałać nienawiścią. Wyzywali się, a wręcz kopali w trakcie jazdy. Tu takiego czegoś nie ma.

Wiemy już, że ultrawyścigi nie są łatwe, są wręcz wyczerpujące. Ile takich wyścigów można więc zaliczyć w sezonie, ile startów ty sobie założyłeś?

– To jest dobre pytanie. Na ten sezon założyłem sobie start w pięciu wyścigach. Regulamin Pucharu Ultra, w którym biorę udział, przewiduje dziewięć imprez, ale aby zostać sklasyfikowanym, potrzebne są cztery starty. Ja jeden wziąłem na zapas, gdyby w którymś coś mi się przytrafiło.

Mam już za sobą trzy wyścigi i jeśli pytasz, ile można wytrzymać, to powiem, że mój organizm już odczuwa pierwsze skutki tych startów. Ostatnio zrobiłem sobie mały trening na dystansie do Dęblina i z powrotem i na 130. kilometrze złapałem tzw. kolarską bombę. Czułem, że organizm się buntuje, że ostatnie obciążenie wciąż jeszcze zostawiło po sobie ślad. Jest to więc duże wyzwanie, choć znam chłopaka, który w tym roku postanowił pojechać wszystko. Dla mnie to prawdziwy bohater tego sezonu.

Rozmawiał Marcin Suliga

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.